niedziela, 26 kwietnia 2020

Rozdział 2

Z moich wyliczeń mamy już końcówkę kwietnia. Mam nadzieję, że to całe szaleństwo już powoli odchodzi w zapomnienie (nie wiem, bo rozdziały dodaje z automatu z ustaloną wcześniej datą).
Mam nadzieje, że moje wypociny chociaż trochę umilają wam czas.
***********************************************
Zapukałem delikatnie do drzwi czekając na odzew. Zaskoczyli mnie bardzo, kiedy nie znalazłem klucza pod doniczką jak to zawsze było, więc wiedziałem, że są w domu, ale mają zamknięte drzwi. Po kilku minutach czekania usłyszałem charakterystyczny szczęk zamka i drzwi otworzyły się delikatnie. W szparze pomiędzy nimi, a futryną ukazała się pulchna twarz niskiej kobiety. Twarz usiana zmarszczkami. Błękitne oczy, które mnie zobaczyły zaszły łzami. Kobieta mnie nie przytuliła. Nie otworzyła szerzej drzwi.
- Co ty tutaj robisz?- Zapytała kobieta rozglądając się na boki. Wiedziałem czego szuka.
- Przyszedłem odwiedzić dziadków.- Powiedziałem wypuszczając głośno powietrze z płuc.- I jestem całkowicie sam.- Dodałem po czym zostałem wciągnięty do domu i otoczony szczelnie jej ramionami, kiedy drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem.
- Meadrass... mój drogi chłopcze!- Kobieta imieniem Moko rozpłakała się na dobre. Pogłaskałem ją po jej krótkich siwych włosach uśmiechając się smutno pod nosem.
- No już babciu, już. Przecież żyje i nic mi nie jest.- Powiedziałem i pozwoliłem się pociągnąć do salonu, w którym za pewnie siedział mój dziadek. Nie pomyliłem się. Eiichiro siedział na jednym z dwóch zniszczonych foteli. Spojrzał na mnie i otworzył szeroko oczy, kiedy zobaczył wtuloną we mnie babcie.
- Moko! Nie dotykaj go!- Zawołał przerażony. Prychnąłem oburzony i objąłem mocniej babcie.
- Dziadku jestem sam.- Dodałem cicho po czym poczułem jak wtulał się w moje plecy.- Jestem sam.- Dodałem niemrawo powstrzymując swoje łzy cisnące mi się do oczu. Byłem sam i wiedziałem, że już do końca życia pozostanę sam.
- Co się stało, że tutaj przyszedłeś? Pozwolono ci? Napijesz się czegoś? Może zgłodniałeś? Mam na obiad twoje ulubione danie, więc....- Babcia zasypywała mnie masą pytań oglądając dokładnie moje ciało, jakby chciała się upewnić, że u mnie wszystko w porządku.
- Z miłą chęcią zjem to co zrobiłaś. Twoje obiady są najlepsze. Herbatę.- Dodałem. Babcia uścisneła mnie jeszcze raz po czym szybkim truchtem pognała do kuchni, aby wszystko jak najszybciej przygotować. Usiadłem na kanapie i spojrzałem na dziadka, który ciągle wlepiał we mnie swoje spojrzenie.- Tak?
- Co się stało, że tutaj przyszedłeś?- Ponownie padło pytanie, na które wcześniej nie odpowiedziałem. Skrzywiłem się delikatnie. Wiedziałem, że mi nie odpuści nie ważne jak bardzo będę się starał unikać tematu.
- Tęskniłem za wami i chciałem was zobaczyć.- Odparłem i uśmiechnąłem się delikatnie do babci, kiedy położyła przede mną talerz z moim ukochanym daniem oraz ciepłą herbatę. Nie czekając ani chwili zacząłem pałaszować to co mi podsunęła pod nos. Przez swoją ostatnią chorobę mogłem jeść tylko to co przepisał mi lekarz, a nie były to wcale takie dobre rzeczy.
- Dostałeś zgodę, aby nas odwiedzić? I to jeszcze bez męża? Szybko ich przekabaciłeś.- Moja babcia zaśmiała się głośno za pewne coś sobie wyobrażając.
- Nie dostałem zgody. Uciekłem ze szkoły.
- Jak to uciekłeś ze szkoły?- Z twarzy dziadka kompletnie zniknęła cała krew. Spojrzałem na niego odkładając na stolik pusty talerz po daniu, które dopiero co zjadłem.
- Dzisiaj w szkole dowiedziano się o tym, że mam męża i w ogóle o całej tej szopce, więc nie chciałem tam siedzieć. A że szofer odjechał spod szkoły godzinę wcześniej, a ja tak jakby niechcący rozwaliłem swój telefon no to przyszedłem do was. Bliżej jest do was niż do tamtego miejsca. Więc jestem.
- Boże Święty, Dziecko drogie. Wiesz co to będzie, kiedy się zorientują gdzie jesteś?
- Nie pozwolę wam zrobić krzywdy. Jesteście moją rodziną i mogę was odwiedzać.
- My się nie martwimy o siebie.- Zauważyła babcia kładąc mi rękę na dłoni. Spojrzałem na nią. Wiedziałem o co jej chodzi. Sam się tego obawiałem, ale nie ma szans abym się do tego przyznał.- Chodzi nam o ciebie, kochanie.
- Obiecał mi.- Powiedziałem butnie. Dziadek z babcią spojrzeli na mnie jak na obrażone dziecko.- Obiecał, że jeżeli bez narzekania dostosuje się do zaleceń lekarza oraz będę brał wszystkie leki pozwoli mi was odwiedzić wcześniej niż ustalono. Ja dotrzymałem swojej części umowy, on nie, więc nie ma prawa mnie osądzać.
- Zaleceń lekarza?- Zapytał dziadek. Podrapałem się po karku i uśmiechnąłem się delikatnie.
- Byłem chory. Dopiero dzisiaj pozwolono mi wyjść z łóżka.
- Co się stało?
- Um... pamiętacie tą wielką ulewę w połowie wakacji. Tą co trwała dwa dni?- Zapytałem. I babcia i dziadek pokiwali twierdząco głową.- Zdenerwował mnie więc uciekłem z domu. Całą noc spędziłem na dworze. W pidżamie. I się rozchorowałem.- Zaśmiałem się nerwowo, po czym jęknąłem głośno, kiedy zarobiłem w głowę od jednego i drugiego.
- Masz tak więcej nie robić!- Zagrzmiała babcia zrywając się ze swojego miejsca. Poczłapała do szafy i wyciągnęła z niej puchowy koc, którym mnie okryła. Nie byłem już chory, ale nie chciałem się z nią o to spierać. Jeszcze gotowa będzie uderzyć mnie po raz kolejny.
- On nie będzie mi mówił w co mam się ubierać i jak się zachowywać!
- To twój mąż.
- Nie ja go sobie wybrałem!
- Ale twoi rodzice....-
- Moko. Przestań.- Mój dziadek przerwał jej widząc co się dzieje na mojej twarzy. Owszem. To moi rodzice postanowili wżenić mnie w tą rodzinę. Tak samo jak rodzice mojego pożal się Boże męża. My nie mieliśmy nic do gadania. Ani ja ani tym bardziej on nie chcieliśmy tego ślubu, ale nie mogliśmy zaprzeczyć. On uważał, że trafił gorzej, ale to ja miałem gorzej. To ja bardziej za to płaciłem! To mnie bardziej dotknął ten układ.
- Przepraszam, Skarbie.
- Nic się nie stało. To ich i jego wina, a nie wasza więc nie przepraszaj.
- Rozumiem jak się musisz czuć, albo próbuje to sobie wyobrazić, ale nie możesz narażać swojego zdrowia albo życia tylko dlatego, że on powiedział ci kilka niemiłych słów.
- Przystanąłem na tą chorą szopkę, ale od razu powiedziałem i wam jak i jego rodzinie i jemu, że nie będę potulnym barankiem za którego praktycznie każdy mnie ma. On obiecał mi to samo. Od tamtego czasu zdążyliśmy się już około sto razy pokłócić, wyprowadzić do innych pokoi, a nawet trzy razy pobić.
- Pobiłeś się ze swoim mężem?!- Dziadek załamał ręce patrząc na mnie jak na samobójce.
- Pobiłem. I pobije jeszcze wiele razy jeżeli nie zrozumie moich zasad.
- Mam nadzieje, że zrobiłeś to w waszym pokoju.
- Cała wschodnia część domu jest "nasza" więc mam wiele pomieszczeń do ochrzczenia, ale nie martwcie się. Może jestem głupi, ale nie pierdolnięty. Pobiliśmy się w naszym pokoju.- Mruknąłem cicho pod nosem. Usłyszałem zbiorowy jęk. Spojrzałem na nich marszcząc nos.- Nie. Będę. Mu. Posłuszny.- Warknąłem cicho pod nosem. Oboje unieśli ręce w poddańczym geście, na znak, że nie mają zamiaru ze mną walczyć.
- Wygrałeś chociaż?- Zapytał dziadek. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i pokręciłem przecząco głową. Trzy razy się biliśmy i trzy razy to ja leżałem na łopatkach jęcząc z bólu, kiedy mocniej walnął mnie w brzuch, uderzył w twarz albo nawet w nos.
- Babciu nie oszukujmy się. Mogę się rzucać jak przysłowiowa pchła na grzebieniu, ale nie ma fizycznie szans aby kujon w okularach wygrał z kimś, kto codziennie spędza dwie godziny w sali treningowej ćwicząc swoje ciało. Podejrzewam, że gdybym go porządnie zdenerwował złamał by mi rękę ewentualnie dwie. Ale ten idiota nie panuje nad swoją siłą więc i tak dostawałem.
- Przemoc w związku.- Jęknęła babcia kręcąc przecząco głową.
- Ej. Bo ja czasami się zastanawiam czy wy trzymacie jego stronę czy moją?
- Trzymamy tą stronę, która swoim zachowaniem i myślami cię najmniej skrzywdzi. A w tym przypadku, przegrywasz młody.- Zauważył dziadek. Pokazałem mu język udając obrażone dziecko. Babcia zaśmiała się cicho i usiadła obok mnie zgarniając moje o wiele jak na nią za duże ciało w swoje drobne ramiona.


^^~^^


Przekręciłem się na bok marszcząc przy tym nos. Ktoś w uparte ciągnął mnie za ramię, próbując mnie wyrwać z przyjemnych objęć Morfeusza. Zakląłem szpetnie pod nosem zrzucając z siebie gruby koc, którym byłem okryty i spojrzałem na intruza, który miał czelność zakłócać mój spokój.
- Babciu co się stało?- Zapytałem przecierając zaspaną twarz. Kobieta pochyliła się do mojego ucha i szepnęła bardzo cicho wiadomość, która wywołała na mojej twarzy skrzywienie.- A więc już tutaj są?
- Tak.- Odparła bardzo formalnie. Wiedziałem, że na więcej sobie nie pozwoli. Nie mogła. W przeciwnym razie czekała ją kara. Jak i dziadka. A jeżeli to by nie pomogło to by ukarano mnie. Nie tak mocno jak ich ale coś by wymyślono.
- Długo?
- Dopiero co przyjechali. Proszę...
- Rozumiem. Nie przejmuj się.- Mruknąłem i uśmiechnąłem się do niej. Zapragnąłem ją przytulić, ale nie zrobiłem jej tego. Nie mogę jej tak skrzywdzić. Usiadłem na kanapie w salonie i rozejrzałem się dookoła siebie. Skrzywiłem się delikatnie widząc tutaj tyle ludzi. Pomijając mnie, moją babcie i dziadka w pomieszczeniu było jeszcze siedem innych osób. A każdej z nich po kolei nie chciałem coraz bardziej widzieć. Zatrzymałem się na ostatniej osobie, która tutaj stała, a której nie chciałem oglądać w ogóle już nigdy w życiu.- Musiałeś tutaj przyprowadzać te wszystkie psy?- Zapytałem bez ogródek podnosząc się z kanapy i poprawiając pomięte ubrania oraz roztrzepane włosy. Mój mąż zacisnął usta w cienką linie przyglądając mi się dokładnie. Wiedziałem co ta mina oznaczała. Przez ostatnie półtorej miesiąca nauczyłem się tego i owego. Teraz chodziło mu o moje słownictwo. Nie podobało mu się ono. Miałem je gdzieś. Zgarnąłem w dłonie swój plecak, pożegnałem się z dziadkami na tyle na ile mi pozwalano i zmierzyłem w stronę drzwi wiedząc, że cała ta maskarada ruszy za mną aby mnie przypilnować bym znowu nie uciekł. Przed domem moich dziadków czekał na mnie zaparkowany czarny wóz. Nie czekając na odzew sam otworzyłem sobie drzwi i wszedłem do środka wygrzebując z torby MP3 i wciskając na uszy słuchawki zamknąłem oczy i czekałem. Głowa nadal mnie bolała. Nie ściemniałem rano, że głowa mnie bolała. Ściemniłem tylko, że udam się do pielęgniarki po tabletki. Zjadłem jedne. U dziadków w domu. Położyłem się spać. Odpoczęłam. Pozwoliłem ochłonąć umysłowi jak i emocją. Musiałem zregenerować siły, aby nie zwariować i w przypływie agresji nie zadźgać całej rodziny we śnie.
A dużo mi nie brakowało. Czym oni się w ogóle nie przejmowali. Nie pozwalali mi robić tego co lubiłem ani spotykać się z tym z kim chciałem. Miałem wszystko robić tak jak oni chcą, mówić to co oni chcą oraz widzieć się z tymi z kim oni chcieli. Więc na dobrą sprawę praktycznie z nikim. Tyle, że ja nie byłem taki. Wiele osób mi mówiło, że wcale nie jestem taki na jakiego wyglądam. Daleko mi do osoby miłej i opanowanej. Chociaż i tak było mi daleko do mojego męża, u którego wygląd, a charakter dzieliła wielka przepaść.
Ktoś wyszarpnął słuchawki z moich uszu. Nie musiałem patrzeć, aby wiedzieć kto to był. I tak wiedziałem, że zacznie swoją tyradę. Zacznie ją tutaj. Będzie kontynuował w naszym pokoju. Tutaj jest z nami szofer i jego osobisty ochroniarz, którzy siedzą za pancerną szybą więc nas nie usłyszą. W naszym pokoju nie usłyszy nas nikt. Reszta ochroniarzy po tym jak przyjadą za nami do domu udadzą się do swoich pokoi, aby odpocząć przed jutrzejszym dniem.
- Teraz to przegiąłeś pałę.- Warknął do mojego ucha. Nie ruszyłem się o milimetr. Niech myśli, że śpię i da mi święty spokój.- Zignorowałeś mój rozkaz i z pełną samowolką oraz samotnie udałeś się do tego domu.
- Jestem twoim mężem nie niewolnikiem, więc nie będę wykonywał twoich rozkazów. Obiecałeś, a nie dotrzymałeś słowa więc sam sobie na to pozwoliłeś. To nie ten dom tylko dom moich dziadków.- Warknąłem przez zaciśnięte zęby nie otwierając oczu. Czułem na sobie jego spojrzenie.
- Czeka cię za to kara, ale to później.- Powiedział chłodno. Zmarszczyłem czoło. Jak to później? Uchyliłem delikatnie lewe oko i zerknąłem na niego. Siedział na przeciwko mnie, ale wpatrywał się w okno. Co było jednoznaczne z tym, że skończył na chwilę obecną ten temat.
- Ah tak... to wcisnę gdzieś tą twoją debilną karę do mojego grafiku pomiędzy twoimi tyradami na temat tego co mam mówić, a czego nie oraz na temat tego jak wolno mi się zachowywać i ubierać, a jak nie. Ale od razu ci powiem, że to dalekie terminy są.- Zakpiłem sobie z niego i zamknąłem oko zakładając ręce na piersi i oddychając spokojnie.
- W ten swój śmieszny grafik wciśnij coś na dzisiejszą noc.- Zauważył chłodno.
- Taaaa.... a niby jaki teraz wykład mi walniesz o wielki panie i władco?- Zakpiłem. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Dzisiaj wieczorem kończy się twój Bǎohù qī.- Powiedział. Wyprostowałem się gwałtownie otwierając szeroko oczy. Zimny sopel lodu uderzył o dno mojego żołądka. Po plecach przebiegły zimne dreszcze. Gapiłem się na niego drżąc delikatnie na całym ciele. Czyli to znaczy, że...
- Nie.- Pisnąłem cicho. Pokręciłem przecząco głową, próbując odgonić sprzed oczu cisnące mi się do głowy niechciane obrazy.
- Tak zostało postanowione.
- To... to za wcześnie... proszę...- Pisnęłem. Wiedziałem, że teraz musiałem sobą reprezentować obraz nędzy i rozpaczy. Powinienem również wiedzieć, że takie słowa na niego nie podziałają.
- Skorzystałeś z tego przywileju na samym początku. Gdybyś z niego nie korzystał już dawno miałbyś wszystko za sobą, a teraz znowu musisz przez to przechodzić.
- Proszę, zrób coś z tym. To za wcześnie!
- Ta decyzja nie należy do nas tylko do mojego dziadka. Jak zawsze z resztą.
- Nie...
- Nie upieraj się.
- Nie zgadzam się.
- To będzie miało miejsce, nawet jeżeli nie wyrazisz na to zgody.
- To gwałt.
- W tym układzie nie ma czegoś takiego jak gwałt. Trzeba było zgodzić się już pierwszej nocy na konsumpcje małżeństwa, a nie korzystać z Bǎohù qī. Okres ochronny, który ma na celu bliższe poznanie się przymuszonych do ślubu. Okres ochronny minął, więc dzisiaj w nocy to zrobimy. Czy tego chcesz czy nie.
- Cyrus!- Krzyknąłem na niego łapiąc połać jego koszuli w dłonie i przysuwając się do niego. Jego złote oczy spojrzały najpierw na moje drżące dłonie, później powoli skierowały się na moją twarz. Przyglądał mi się obojętnie przez dłuższą chwilę, a ja ewidentnie czułem jak spod moich nóg ucieka grunt.
Dzisiejszej nocy miałem oddać dziewictwo swojemu mężowi Cyrusowi- księciu tego kraju.


********************************************************
Mam wrażenie, że jego tożsamość była aż za bardzo oczywista, dlatego postanowiłam to od razu napisać. Chociaż dwa lata temu chciałam to ciągnąć a ciągnąc. żeby jego tożsamość do samego końca praktycznie pozostała tajemnicą. Tylko że nie potrafię tak operować piórem i od razu by się wszystko wydało.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Rozdział 1

Witam. I bez ogródek zapraszam do czytania.
************************************
Przełknąłem głośno ślinę wchodząc do klasy. Wczoraj skończyły się wakacje. Rozpoczął się nowy rok szkolny. Ostatni w liceum. Jak dla mnie najgorszy. Wczoraj nie mogłem pojawić się w szkole, więc to ON rozmawiał z nauczycielami i dyrekcją. To ON im wszystko wytłumaczył i powiedział jakie są zasady. Sam chciałem to zrobić, ale jeszcze dzisiaj był u mnie lekarz i sprawdzał czy mogę już wrócić do świata żywych czy nadal jestem trupem. Okazało się, że moja gorączka mi minęła i mogłem na nowo cieszyć się świeżym powietrzem.
Nie na długo, ale mogłem...
- Meadrass! A co to się stało, że wczoraj nie było naszego kujonka!- Zawołał do mnie Pochi, kumpel od gimnazjum. Wysoki, czerwonowłosy członek rockowego zespołu szkolnego.
- Chory byłem.- Powiedziałem słabym głosem. Gorączka minęła. Gardło nie.
- Słychać. Siadasz do nas.- Nie zapytał. Stwierdził fakt. Skrzywiłem się delikatnie kiedy już się na mnie nie patrzył. Mam nadzieje, że nie będę miał przez to awantury. Podszedłem niemrawo do stolika przy którym siedział. Był tam już Bunta, którego całkowicie zignorowałem oraz drugi członek naszej paczki. Tama. Od przedszkola trzymał się z Pochim. Miał ciemniejsze i krótsze włosy niż Tama, ale również w odcieniu czerwieni i był od niego o dwa centymetry niższy. Dość często kłócili się o te dwa centymetry.
- Wybaczcie, ale dzisiaj z wami nie usiądę.- Powiedziałem przystając, kiedy zorientowałem się, że jedyne wolne miejsce znajdowało się przy Buncie.
- Co? Dlaczego?
- Meadrass... przestań, proszę... nie zaczynaj tego tutaj.- Poprosił chłodno Bunta. Zacisnąłem mocniej zęby, aby nie zacząć krzyczeć.
- Po tym co zrobiłeś...
- Nie miałem wyboru! Przecież ci tłumaczyłem dlaczego tak postąpiłem! Jak również powiedziałem ci, że od tamtej sytuacji on nie ma na mnie wpływu. Sam tak powiedział. Że teraz to ty decydujesz.
- Skoro ja decyduje, to się nie odzywaj w moim towarzystwie.- Warknąłem. Chłopak zagryzł dolną wargę, ale nie odezwał się nawet słowem, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.- Głupek!- Warknąłem i odwróciłem się do nich tyłem, kiedy zatrzymała mnie czyjaś wielka ręka. Drgnąłem i spojrzałem za siebie. Na moim ramieniu spoczywała ręka Pochi'ego.
- Co ty odpierdzielasz?- Warknął. Bunta próbował go powstrzymać, ale nieskutecznie jak widać.
- Pochi... zabierz rękę... ja nie chcę kłopotów. I nie chcę abyś i ty je miał...- Powiedziałem cicho, kiedy koło nas zaczęło się robić małe zbiorowisko.
- Odpowiedz mi jak...
- Pochi.- Głos zabrał nauczyciel od angielskiego. Lubiłem tego faceta. Niski po pięćdziesiątce. Sąsiad moich dziadków. Okularnik z postępującą łysiną. Odwróciłem się w jego stronę, ale on również unikał mojego wzroku. On TEŻ!- Puść go bo czeka cię Guìzú de chéngfa.- Dodał belfer. Skrzywiłem się. Nie chciałem aby w taki sposób im to przekazał. W klasie zapanowała grobowa cisza. Każdy jak jeden mąż wlepiał we mnie swoje gały. Nie ma prostszego sposobu, aby to przekazać. Guìzú de chéngfa kara narzucana tym, którzy ośmielają się dotknąć lub ukraść to co należało do szlachty. Dość często takie kary narzucane są na tych, którzy ośmielili się współżyć z żoną bądź mężem kogoś szlachetnie urodzonego.
- Meadrass...- Zaczął Pochi. Uśmiechnąłem się do niego blado i pokazałem mu swoją lewą rękę, na której serdecznym palcu widniała obrączka z białego złota. Gest ten był jednoznaczny.- Kiedy?- Zapytał chłopak ledwo łapiąc oddech przez zaciśnięte zęby.
- W pierwszej połowie wakacji.- Odparłem cicho. Wiedziałem, że cała klasa się temu przysłuchiwała.
- Z kim?- Warknął. Przełknąłem głośno ślinę. Wiedziałem, że będą źli. Tym bardziej, że nie było ich na tej całej "szopce" i nie mogli ze mną wtedy być. Nawet moich dziadków nie mogło przy tym być!
- Chénmò de yī nián.- Użyłem formuły, która oznaczała nie mniej nie więcej to, iż poznanie tożsamości osoby, z którą powiedziałem sobie "tak" wcześniej niż przed upływem roku albo wcześniej niż ta osoba mi na to pozwoli równa się z publiczną chłostą dla osoby, która poznała tą tajemnicę. Chłopak wypuścił ciężko powietrze i usiadł na swoim wcześniejszym miejscu.
- Nie mogłeś nam powiedzieć wcześniej?- Zapytał. Pokręciłem przecząco głową.- Ożeniłeś się?
- N...Nie...- Szepnąłem cicho patrząc na swoje stopy. To ja tutaj byłem kobietą. ON był moim mężem.
- Pobraliście się?- Zapytał z nadzieją w głosie, że kiedyś wyrwę się z tego koszmaru. Nawet jakbym chciał nie mógłbym się gorzko zaśmiać.
- Nie.- Odparłem chłodno. Spojrzał na mnie gwałtownie.
- Wziąłeś ŚLUB?!
- Ciekawe zbiorowisko... co się stało?- Usłyszałem zaciekawiony głos Księcia, który właśnie teraz postanowił zawitać w progach klasy. Zacisnąłem mocniej zęby czekając co odpowie mu jego rozmówca. Nie miałem ochoty się odwracać.
- Nasz kujonek zawarł Zhèngzhì hūnyīn. Właśnie cała klasa się o tym dowiedziała. Nie chce powiedzieć z kim. A ten idiota z którym rozmawia jeszcze chwilę, a zarobił by Guìzú de chéngfa, ale mu się upiekło.- Usłyszałem głos za sobą. Ostatnimi czasy dobrze znany mi głos. Osamu. Wysoki, szczupły, białowłosy chłopak o czerwonych oczach. Chodził z nami do jednej klasy od roku. Spojrzałem w jego kierunku przez ramie, ale się nie odezwałem.
- Nauczyciele nie zdążyli ogłosić zasad?- Zapytał książę całkowicie ignorując wlepione w niego oczu. Zacinałem dłonie na swoim plecaku i udałem się na swoje standardowe miejsce. Na samym końcu klasy. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i wystukałam na klawiaturze wiadomość Chcę się dzisiaj zobaczyć z dziadkami. Po czym wysłałem ją do NIEGO. Wiedziałem, że na odpowiedź będę musiał trochę poczekać, ale tym razem nie odpuszczę.
- Wpadł do klasy i mało co zawału nie dostał, kiedy zobaczył jak tamten go obmacuje.
- Nikt mnie idioto nie obmacywał więc przestać szerzyć nieprawdę, bo sprowadzisz przez swój zły dobór słów kłopoty na mnie i na tego bogu ducha winnego chłopaka.- Warknąłem na pół klasy, tak aby mnie usłyszał, co nie było problemem skoro siedział trzy stoliki przede mną.
- Sam widziałem jak cię obmacywał.
- Złapał mnie za ramię, abym nie upadł.- Odparłem. Zmrużył oczy przyglądając mi się uważnie.
- Widziałem coś innego.
- Musiałeś spojrzeć w złym momencie. Gdyby mnie nie złapał pewnie teraz zszywali by mi głowę w szpitalu, więc tutaj prędzej należą się podziękowania, a nie szykanowanie mnie oraz jego oraz próby zhańbienia dobrego imienia mojego męża.- Powiedziałem chłodno. Musiałem nas jakoś z tego wybronić, bo jeżeli cała ta sytuacja trafi do JEGO uszu nie będzie za ciekawie.
- Może dobrze by było aby twój mąż wiedział z kim się łajdaczysz i gdzie to robisz, aby miał na ciebie oko i na twoje poczynania.
- Śmiało. Powiedz mu.- Prychnąłem i spojrzałem w stronę okna całkowicie ignorując ich obecność. Nie chciało mi się tutaj dzisiaj siedzieć, ale wiedziałem, że już tego nie zmienię. Sam w uparte chciałem wrócić szybciej do szkoły, a nie siedzieć zamknięty w czterech ścianach. Więc teraz cierp ciało co chciało.
Nauczyciel odczekał chwilę aż wszyscy zajmą swoje miejsca i zabrał się za prowadzenie godziny wychowawczej najbardziej skupiając się na wycieczce klasowej, która miała mieć miejsce za trzy miesiące. Zwiedzanie zamku królewskiego oraz poznanie całej rodziny królewskiej. Już teraz wiedzieliśmy, że księcia nie będzie w szkole przez jakiś miesiąc. Wszak to miesiąc dla ostatniej klasy licealnej. Pobłogosławienie przyszłych dorosłych oraz ich przyszłości. Z każdej szkoły na terenie państwa przyjedzie każda klasa trzecia. Każdy uczeń zostanie wpisany do specjalnej księgi w której zostanie zanotowanie kim jest, skąd pochodzi i kiedy udzielono mu królewskiego błogosławieństwa oraz o zgrozo czy rodzina królewska pozwala danej osobie na konstytuowanie nauki w takim zawodzie jaki sobie wybrała czy narzuci jej całkowicie inny zawód.
Wywody nauczyciela ciągnęły się w nieskończoność. Każdy z nas musiał przynieść zgodę opiekuna prawnego na udział w tej wycieczce. Każdy taką zgodę dostawał. Wszak takie błogosławieństwo to jak wygranie miliona w loterii.
Mój telefon zawibrował cicho w kieszeni. Wysunąłem go delikatnie i odczytałem wiadomość od osoby, do której napisałem nim zaczęła się lekcja. Odpowiedział. Jednym słowem. Słowem, które wywołało u mnie istny napad agresji.
Odmawiam.
Cisnąłem telefonem przez całą długość klasy rozwalając go na tablicy tuż przy twarzy nauczyciela. Ten pisnął niczym panienka i spojrzał na mnie przestraszony.
- Przepraszam. Proszę kontynuować.- Powiedziałem i zacisnąłem mocno palce na nasadzie nosa. Okulary mi trochę przeszkadzały, ale nie przejmowałem się tym. Pozostawiłem to kwestii przyzwyczajenia oraz wprawy. Nie podniosłem głowy do góry aż lekcja się nie skończyła. Kiedy to nastąpiło podszedłem do swojego strzaskanego telefonu i nawet na niego nie patrząc zgarnąłem go do torby po czym skierowałem swoje kroki w stronę wyjścia.
- Meadrass gdzie idziesz?- Zapytał Tama. Spojrzałem w jego kierunku i uśmiechnąłem się delikatnie.
- Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa więc idę do pielęgniarki. Przekaż nauczycielowi, że nadrobię zaległości.- Powiedziałem ponownie naciskając na nasadę nosa. Wiedziałem, że on to zrozumie. Pokiwał twierdząco głową.
- Zgadamy się po lekcjach.- Zawołał dla nie poznaki. Pomachałem mu tylko ręką i faktycznie udałem się do gabinetu pielęgniarskiego wiedząc jednocześnie, że długo w nim nie zabawie. Kiedy zadzwonił dzwonek odczekałem dwadzieścia minut po czym układając na zajmowanym przeze mnie łóżku dodatkowy koc i przykrywając go kołdrą wymknąłem się z gabinetu przez okno, dziękując niebiosa, że znajdował się on na parterze i przyklejony do ściany budynku czmychnąłem w stronę najbliższych krzaków dobrze pamiętając o dziurze jaka się tam znajdowała, a która zaprowadzi mnie do skrótu prowadzącego do miejsca w jakim teraz najbardziej chciałem się znajdować.
****************************************
mam nadzieje, że się spodobało
pozdrawiam
gizi03031

niedziela, 12 kwietnia 2020

PROLOG

Z racji tego co się dzieje teraz w Polsce i na świecie i przez charakter pracy jaką wykonuje i w każdej chwili mogą mnie w niej zamknąć na dwa tygodnie postanowiłam usiąść i dokończyć pisać coś co zaczęłam pisać 2 lata temu. Zmienił mi się kompletnie zamysł i w ogóle. Nie tak to się miało potoczyć, ale cóż.... ważne, że skończyłam to pisać.
Będzie mało.
będzie dennie.
Ale będzie....
Zapraszam do czytania.
******************************************************************
Kiedy po raz pierwszy postanowiłem udać się na wagary i mało inteligentnie wybrałem sobie dach szkolny jako moje miejsce docelowe nie przypuszczałem, że to właśnie tam będę po raz drugi w życiu rozmawiać z księciem tego kraju. Mogłem śmiało powiedzieć, że to również książę mojego kraju. W końcu to tutaj przyszedłem na świat, wychowałem się i aktualnie byłem w drugiej klasie liceum, którą tak na marginesie skończę za jakieś cztery dni.
Przyglądałem mu się przez chwilę nie wiedząc czy mogę sobie pozwolić na przebywanie z nim sam na sam na tym dachu. Ok, chodziliśmy do jednej klasy, ale do cholery jasnej! To był CHOLERNY książę tego PIEPRZONEGO kraju. Nawet nauczyciele nie traktowali go tak samo jak innych uczniów. No cóż.... Ciężko by było aby i go tak poniżali jak tych bez nazwisk....
Ta....
Nazwiska...
Przywilej każdego szlachetnie urodzonego człowieka w tym kraju. Ba! Na ziemi! Nazwisko pokazywało, że kimś jesteś, należysz do elity. Mogłeś pochwalić się nazwiskiem mogłeś wszystko. I taki sobie nasz książę był posiadaczem nazwiska znanego w całym królestwie. Był na samym wierzchołku góry szlachty... Rządził zgrają zapatrzonych w siebie bufonów... jak i pospólstwem.
Takie sobie pospólstwo- jak ja na przykład- nie posiadało nazwisk. Kiedy się przedstawialiśmy mówiliśmy imię, kogo jesteśmy dzieckiem (chodzi tutaj o imię ojca) oraz podawaliśmy miejsce, w którym mieszkaliśmy.
Oczywiście żeby było szybciej prości ludzie poprzerabiali trochę swoje przedstawianie. Tak na przykład ja Meadrass syn Fitczego z Czarnej Dzielnicy przedstawiałem się jako Meadrass Fitzcz, ale tego skrótu używałem tylko wśród przyjaciół...w szkole używałem pełnej formułki... rozumiecie ja... syn... z... i tak dalej.
A osoba, która właśnie teraz mnie zobaczyła i wlepiła swoje patrzały we mnie to nie kto inny jak Cyrus Arezzo... osobliwy przedstawiciel gatunku ludzkiego.
Książę kraju z długimi dreadami i kolczykiem w języku....
Ta...
Mu wolno....
Współczułem tylko tym ludziom, którzy tak go "oszpecili"... do dzisiaj przebywają w królewskich lochach... na rozkaz Króla Dziadka (rodzice Księcia zginęli gdy ten miał trzy miesiące- wychowywał go dziadek prawowity władca tego królestwa. Mieszkał też z siostrą Miko), któremu nie spodobała się metamorfoza wnuka. Wyrok był prawomocny, publiczny... nie miły...
- Słucham?- Usłyszałem jego głęboki głos. Drgnąłem. Książę nie odzywał się kiedy nie musiał. On nie rozmawiał praktycznie z nikim.
- Em...- Podrapałem się zakłopotany po głowie. Co miałem mu powiedzieć? Że urwałem się z lekcji? A jak każe mnie za to wychłostać?- Książę wybaczy mi moje najście...
- A co ty taki miły jesteś?- Zapytał zaskoczony. Skrzywiłem się. No bo to nie moja wina była! W domu telewizor mamy od jakiegoś roku (od pamiętnej chwili, kiedy nie wiedząc kim on jest- brak telewizji równał się z brakiem możliwości zapoznania się z jego twarzą- naskoczyłem na niego i zjebałem go równo z każdej strony) więc dopiero teraz wiedziałem, że jego wizerunek jest wyświetlany dosłownie wszędzie i każdy wie jak wygląda... no cóż... od mojego ukrzyżowania uratował mnie mój długoletni przyjaciel, który niby żartem zaczął mówić, że muszę w końcu dziadków namówić na zakup tego cholernego telewizora, skoro nie wiem nawet jak wygląda mój książę. Przeprosiłem go oczywiście i w ogóle... ale wiecie jak to jest...
- Przeprosiłem wtedy.- Burknąłem cicho pod nosem ignorując jego przeszywające spojrzenie.- Jak powiem Księciu czego chce to mogę zostać wychłostany.
- Próbuj. Jeżeli zasłużysz na chłostę sam z miłą chęcią wykonam na tobie wyrok.- No właśnie... Książę tak jakby ma do mnie uraz od tamtego czasu...
- Poszedłem na wagary i niefortunnie wybrałem sobie to miejsce na kryjówkę...- Mruknąłem cicho pod nosem. Usłyszałem ciche prychnięcie. Spojrzałem zaskoczony na księcia. Czy on... prychnął?! Chwila! To książę wie jak się prycha?!
- Za to nie czeka cię chłosta, bo i mnie by musiała spotkać, a to nie wykonalne.- Zauważył i zgarnął w dłonie swój plecak.- Ale nie będę ci zabierać tej namiastki wolności.- Zauważył i ruszył w stronę drzwi, które otworzyły się gwałtownie ukazując za sobą niskiego, ciemnoskórego blondyna ze śmieszną blizną pod szafirowymi oczyma.
- Bunta? Też się urwałeś??- Zapytałem patrząc zaskoczony na swojego długoletniego przyjaciela. Ten spojrzał na mnie zaskoczony po czym przeniósł spojrzenie na Księcia. Drgnął delikatnie i znowu spojrzał na mnie.
- Przyszedłem ci powiedzieć żebyś dzisiaj na mnie nie czekał. Wracam szybciej do domu. Dostałem telefon z roboty. Ekstra fucha. Wpadnie mi trochę hajsu, to wyskoczymy sobie jutro na lody po budzie.
- Spoko. Tylko pamiętaj następnym razem ja płace.
- Kieszonkowe od dziadka?- Zapytał uśmiechając się zadziornie.
- Ciężko wypracowana premia za oceny.
- Kujon.
- I tak mnie kochasz.- Pokazałem mu język. Prychnął i przesunął się w bok robiąc miejsce Księciu, który chciał koło niego przejść.- A! Książę!- Zawołałem za nim. Ten odwrócił się w moją stronę.- Gratuluje zaręczyn.- Dodałem. Dzisiaj w telewizji na naszej godzinie wychowawczej wyemitowali ogłoszenie, w którym zawarto informację o tym, że nasz Książę doczekał się narzeczonej.
- To będzie interesujący ślub, ale dziękuje.- Odparł i zniknął zostawiając mnie i Bunte oniemiałych z wrażenia.
Ślub... Czyli, że jego zaręczyny są czysto polityczne. Obie strony się nie znają. Poznają się dopiero na ślubie. Uroczystości tej nie można odwołać.
Jeżeli by się pobierał.... to byłaby to osoba, którą wybrali mu rodzice, ale którą zdążył poznać, nawet polubić...
Kiedy wychodził by za mąż jego wybrankiem byłby mężczyzna.
Kiedy by się żenił, jego wybrankiem byłaby kobieta.
W przypadku ślubu płeć jest nieznana. Ślub się odbywa. Nie można go zerwać. Tylko śmierć ich rozłączy.
- Ja nie wiedziałem...- Szepnąłem cicho patrząc na Bunte. Ten spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie.
- I właśnie przeleciała ci ostatnia szansa aby mu powiedzieć, że trzepiesz sobie do jego zdjęcia i to wszystko z czystej miłości.- Jęknął zrezygnowany. I ja jęknąłem... ten przygłup znowu musiał wspominać o moim głupim zauroczeniu, które trwało już blisko rok i za cholerę nie mogłem się go pozbyć.
Dla kogoś takiego jak ja Książę był celebrytą. Gwiazdą. Plakat z jego podobizną wieszało się nad łóżkiem i wzdychało do jego twarzy.... takiej osobie nie wyznawało się uczuć. Połowa szkoły do niego wzdychała, druga połowa się go bała.
Ja na swoje nieszczęście musiałem należeć do tej pierwszej połowy...
A teraz on bierze ślub...
**************************************************************
mam nadzieje, że wam się spodoba. Już teraz wam powiem, że powoli  myśle na OS do tego opowiadania. Jak myślicie, na kim się w nim skupie??
pozdrawiam
gizi03031

niedziela, 8 marca 2020

ODI ET AMO rozdział 4

to już ostatni rozdział tej historii. Będzie on najkrótszy z nich wszystkich, który ma być po prostu zakończeniem całej historii, aby nie zostawić jej takim nieogarnięciu.
Mam nadzieje, że takie zakończenie was usatysfakcjonuje.
Zyczę miłego czytania:)
**************************************************************

Mówiłem już, że ja to mam zajebiste szczęście? Jeżeli nie mówiłem tego wcześniej to powiem to własnie teraz.
 W tym o to momencie.
 A więc...
 Ja to mam zajebiste szczęście!
 Wszystko zaczeło się dość niewinnie.
 Kto by pomyślał, że grill, woda, ładna pogoda, kompielówki i chwila relaksu przyprawią mnie o mini zawał i poprzewracają moje priorytety oraz zasady życiowe o stoosiemdziesiąt stopni.
 Na pewno nie byłem to ja.
  A zaczeło się tak banalnie.
 Korzystając z ostatniego słonecznego wekeendu w tym roku razem z rodzinką zrobiliśmy grilla nad basenem. Lano oraz Eta zaprosili swoich znajomych. Było grillowane mięcho i fajna chłodna woda. Mogłem sobie pogadać z innymi Omegami. Pierwszy raz od początku roku miałem zrobione wszystkie lekcje i projekty. Serio miałem pierwsze takie wolne i fajne trzy dni.
 A tak własnie myślałem jeżeli mam być dokładny w swoich wyjasnieniach.
 No bo tak miało być!
 Więc jak skończyłm w zaborczym uścisku wkurwionej Alfy, która warczała na każdego, kto chciał się do mnie zbliżyć wciskając moją twarz (ogólnie całe ciało) w swój wielki tors. Zaciskał zęby na swoim przedramieniu, aby nie zrobić mi krzywdy.
 A ja?!
 O zgrozo!
 Ja właśnie drżałem w jego ramionach, złapany w sidła gorączki. Ruja przyszła o dwa tygodnie za szybko. Przez tego idiotę wszystko się u mnie poprzestawiało!
 Jak do tego mogło dojść?
 Jakbym był pod wodą słyszałem głos mojej ciotki tłumaczący Pablo, że nic mi nie zrobi i nie musi widzieć w niej zagrożenia. Prosiła go aby podał mi zastrzyk.

 JAKI ZASTRZYK?! CHCEMY ABY NASZA ALFA NAS WZIĘŁA! TU! OD RAZU! WIEM! CHCEMY MIEĆ Z NASZĄ ALFĄ MŁODE! TO GENIALNY POMYSŁ! WTEDY NASZA ALFA BĘDZIE Z NAMI JUZ ZAWSZE!

 Nie chce tego! Gadasz głupoty bo mamy ruje!

 MY TEGO PRAGNIEMY!

 Głos w mojej głowie zabrzmiał tak intensywnie, że aż mnie zabolało i zamdliło. Dosłownie. Miałem wrażenie, że moje ciało uderzyło o coś z impetem przeszywając mnie bólem. I do tego te mdlości,
 - Pablo....- Powiedziałem słabo. Błagalnie. O co prosiłem? Nie miałem pojęcia, ale chciałem aby w końcu coś z tym zrobił.
 - POŁÓŻ SIĘ.- Pierwszy raz w życiu usłyszałem jego głos Alfy. Był inny niż te wszystkie głosy, które wcześniej wydawały mi wkurwiające mnie polecenia. Był głeboki i zachrypnięty. Brzmiał jakby dobiegał z dna jakiejś studni. Całym moim ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Posłusznie wykonałem jego polecanie mimo, że nie chciałem tego robić. W moich oczach pojawuiy się łzy, kiedy ubrany tylko w kompielówki pochylił się nade mną. Chciałem temu zaprzeczyć, ale jego polecenia nie mogłem zignorować. Moje ciało nie chciało się słuchać. Jego głos był jedyny któremu musiałem się podporządkować nawet jeżeli upokorzenie jakie odczuwałem miałoby mnie z tego tytułu zabić.
 Pablo wsunął twarz w zagłębienie mojej szyi i zaciągnął się mocno moim zapachem. Nic więcej. Oddychał spokojnie w moją szyje nie pozwalając mi się nawet ruszyć. Po kilku minutach poczułem straszliwy ból w lewym udzie. Mogłem ruszyć ciałem. Gorączka zaczęła powoli ustępować- podał mi zastrzyk.
 Leżąc pod nim wyciągnąłem delitanie rękę do góry i dotknąłem jego szyi. Drgnął, ale tylko tyle. Spojrzałem na pozostałych. Stali bądź siedzieli w bezpiecznej odległości.
 - Lano serio?- Zapytałem zaskoczony kiedy zobaczyłem jak siedział na krzesełku najbliżej nas. Na drugim postawił popcorn, butelkę coli oraz paczkę chusteczek nawilżanych.
 - Pornola na żywo jeszcze nie oglądałem, więc wiesz.- Powiedział obojętnie wzruszając ramionami i wpychając sobie do ust garść popcornu.
 Przyszykował się jak do seansu w sexkinie!
 - Głupi Dupek.- Mruknąłem. Ten zaśmiał się cicho.
 - Do usług. Dzisiaj trochę dłużej zajmie mu uspokojenie się jak widzę. Weźcie się w końcu bzyknijcie i spoarujcie to będzie po problemie.
 - Nigdy się z nim nie sparuje.- Syknąłem. Podskoczyłem przestraszony, kiedy koło mojego ucha usłyszałem głośne warknięcie.- Co warczysz?!
 - Dobra rada Młody.- Zaczął mój kuzyn. Spojrzałem na niego i klepnąłem Pablo delikatnie w tył głowy bo nie przestawał warczeć.- Mów takie rzeczy, iedy to on panuje nad swoim ciałem i ma głęboko w dupie zdanie swojej Alfy, bo w przeciwnym razie w złości i zazdrości serio cię gdzieś bzyknie na środku uliy i jakoś zerwie z ciebie tą obrożę, aby cię ugryźć.
 - Co ma do tego jego Alfa?
 - Jesteście tacy sami. Ty nie chcesz go, a on nie chce ciebie. Tylko, że jego alfa chce ciebie, a twoja Omega jego. Po prostu jak z dziećmi. Gdybyście tylko dopuścili do władzy swoje drugie ja już pierwszego dnia w kawiarni byście to zrobili. Mając gdzieś to, że inni patrza.

     ****
 O.K.
 Postanowiłem.
 Dogadałem się z moją Omegą. Przedyskutowaliśmy tą kwestię. Oboje. Szanując swoje zdanie i poglądy. Ona uszanowała moją niechęć do wszelkich Alf i wysłuchała co mam do powiedzenia. Ja wysłuchałem jej starając się spojrzeć przez jej różowo-lukrowy pryzmat na Pablo.
 Podsumowując.
 Pablo szanuje Omegi, nie narzuca im swojego zdania ani woli. Jest inny. Pomaga nam, a czasami ma przebłyski tego, że o nas dba.
 Myśląc o nim w tej kwestii kilka długich dni i nocy doszedłem do druzgocących wniosków.
 Tak samo jak moja Omega chcę Pablo. Chcę jego jak i jego Alfę. I nie, że moja Omega tego chce. To ja tego chcę! A najgorsze jest to, iż wiedziałem że i tak nie będę go mieć.
 Ponieważ jestem Omegą.
 A on najbardziej na świecie nie chcę się właśnie z żadną wiązać.


     *****


 Wiedziałem, że tym ruchem wywołam zamieszanie w jadalni, w której znajduje się ciotka z rodziną oraz znajomi Lano, którzy przyszli odbębnić z nim kilka zaległych projektów.
 Z początku każdy spojrzał na mnie tak normalnie, odpowiadając na moje powitanie i wrócili do swoich wcześniejszych czynności. Ale kiedy tylko zasiadłem do stołu coraz więcej osób zaczęło mi się przyglądać z niedowierzaniem
 Nie zdziwiłem się kiedy po chwili usłyszałem ostrzegawcze warczenie. Każdy odsunął się ode mnie momentalnie nie chcąc niepotrzebnie drażnić zaborczej natury Pablo. Widać było, że chłopak jest niezadowolony z faktu iż to znowu jego Alfa wzięła górę i postanowiła się odezwać.
 - Nora gdzie masz obrożę?- Zapytała moja kuzynka. Była zaskoczona Z resztą jak wszyscy o czym chwilę wcześniej wspomniałem. No i tylko ona miała na tyle odwagi aby zadać nurtujące wszystkich pytanie przy wtórze warczenia Pablo. Widać było, że chłopak ma problem z zapanowaniem nad swoją Alfą. Wzruszyłem ramionami. Za chwilę i tak mu przejdzie i będzie miał mnie głęboko gdzieś.
 - Zdjąłem.
 - Dlaczego?
 - A dlaczego by nie. Nawet jak jej nie mam żadna Alfa bez mojej zgody nie ma prawa mnie ruszyć.
 - Innofre.- Zagapiłem się na Pablo bo to on użył w ten osobliwy sposób mojego imienia.- W tej chwili idź z łaski swojej ubrać tą cholerną obrożę, bo jak nie to sam osobiście ci w tym pomogę nim się na ciebie rzucę.
 - Nie ty, a twoja Alfa. i tak w sumie mi to zwisaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!- Krzyknąłem, kiedy zostałem gwałtownie uniesiony do góry i zarzucony na ramię człowieka giganta. Bez słowa ruszył ze mną w stronę schodów.- Pablo! Postaw mnie do cholery jasnej! Masz mnie postawić ty.... ty.... ty.... zmutowana genetycznie brzozo!
 - Sam się o to prosiłeś. I nie krzycz.
 - Bo co? Już nawet nie mam prawa....
 - W tej kwestii nie!- Rzucił mnie na łóżko w moim pokoju i rozejrzał się po nim dokładnie. Wiedziałem czego szuka. Kiedy ją znalazł podszedł do mnie razem z obrożą w ręku.
 - Nie! Ja nie chcę!
 - Nie rozumiesz, że mogę Ci się stać coś złego. Że ja mogę Cię zaatakować?!
 - Może ja właśnie tego chcę?!- Krzyknąłem. Warknął i popchnął mnie na poduszki po czym usiadł na mnie okrakiem. Miał całe czerwone oczy. Z jego ust wystawał ostre kły. Wkurwił się na całego. Ale ja nie miałem zamiaru tak łatwo odpuścić. Broniłem się, kopałem, szczypałem, drapałem, ale nie miałem najmniejszych szans. Zapiął obrożę na mojej szyi i zostawiając swoje dłonie pochylił się delikatnie w moją stronę.
 - Wiem Mały, że chcesz. Od jakiś trzech miesięcy chcesz. Obiecuje, że to ja cię ugryzę i zostanę twój. Ale to jeszcze nie ten moment. Poczekaj do ukończenia szkoły. Po zakończeniu roku szkolnego pierwsza ruja jaką dostaniesz będzie momentem kiedy cię oznaczę. Dobrze?- Zapytał patrząc mi głęboko w oczy. Czekał cierpliwie. Wiedziałem, że przemawia teraz świadomy swoich słów Pablo mimo, że jego oczy w niektórych miejscach zmieniły barwę na czerwoną. Alfa czaiła się pod powierzchnią obserwując mnie uważnie. Jedyna Alfa której pragnąłem i która nie zrobi mi krzywdy.
 - Dobrze.- Odparłem cicho. Pochylił się nade mną i pocałował mnie delikatnie w czoło.
 - Dziękuje, że na mnie poczekasz, ale proszę Cię. Nie ściągaj tej cholernej obroży.


      ****


 Tak jak obiecał tak zrobił. W wakacje po zakończeniu roku szkolnego oznaczył mnie i uczynił swoim. Chociaż on mówił, że się mylę, bo to ja uczyniłem go swoim i to on należał do mnie.
 Poszliśmy na ten sam uniwerek, a kiedy obaj obroniliśmy swoje prace magisterskie Pablo dotrzymał kolejnego danego mi słowa i został moim mężem.
 Alfa nienawidząca Omegi.
 Omega nienawidzący Alfy.
 Z jednym wyjątkiem dla obu przypadków. Bo jak kochać to tylko jedno i na zawsze. Z własnego wyboru, a nie wyboru więzi i pragnień ciała. Jeżeli przetrzyma się pragnienia pozna się naprawdę danego człowieka. Wtedy pragnienia i więź to miły dodatek do prawdziwego uczucia.
 Tylko wtedy jest się naprawdę szczęśliwym.....



Koniec:)

***************************************************************************

I to tyle z naszej historii się wyklarowało. 
Zyczę wam miłego popołudnia i pozdrawiam serdecznie:)
Gizi03031

niedziela, 1 marca 2020

ODI ET AMO rozdział 3

Witam! Jak tam się czujecie z tym, że za 20 dni już będzie wiosna?
Ja to się szczerze nie mogę doczekać lata, ale mam nadzieje, że wiosna w tym roku będzie dla mnie bardziej łaskawa niż rok temu.
Zyczę miłego dnia i miłego czytania.
***************************************************
Ostatnie dwa tygodnie wakacjji zleciały mi bardzo szybko i w miare bezstresowo. Cieszyłem się z tego ogromnie, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że to w szkole będę narażany na wielkie pokłady strasu. Jak nic będę jedyną meską Omegą w tym instytucie zrzeszającym idiotów. Skąd to wiem? Ponieważ przez całe swoje życie spotkałem tylko jedną meską omegę. Jesteśmy żadkością. Prędzej spotka się żeńskie omegi.
 Fajnie, nie. Nie dość że Omega to jeszcze męska na dodatek. Lepiej być nie mogło. A stresu w szkole dołożą mi na pewno tłumy Alf. Już się dowiedziałem od LAno, że ta szkoła to jakiś ewenement bo ukrywa w sobie sporo Alf, średnią ilośc bet i mały odsetek Omeg. No i już zdążył niby przypadkiem powiedzieć, że nie mam co liczyć na znalezienie tam męskiej Omegi.
 Więc postanowiłem się tym nie przejmować i w spokoju spędzić ostatnie dni wakacji tak jakbym w miarę chciał. Zapoznałem się z rozkładem domu- KONIECZNOŚĆ!
 Zostałem zabrany przez kuzynkę i jej przyjaciółki na wielkie zakupy, na które wyciągnęła kase od rodziców ubolewając nad moją bogatą ((dla mnie tak dla niej nie koniecznie) garderobą- według niej KONIECZNOŚĆ!
 Do Lano przyszedł kolega Alfa (nniski, szczupły blondyn o twarzy cherubinka- więc wnioskuje, że to nie on dostał paralizatorem w zadek), który przywitał się ze mną z odległości dziesięciu metrów, pomachał mi i wciskając ręce w kieszenie rybaczek rozsiadł się na leżaku w ogródku obserując jak Lano tłumaczy mi instrukcje obsługi paralizatorów i gazu pieprzowego. Druga Alfa czasami dodała coś od siebie poprawiając moje błędy- to też była KONIECZNOŚĆ!
 Ciotka Nova doszła do wniosku, że musze się nauczyć chociaż podstaw samoobrony. Zrezygnowała, kiedy rozłożyłem na łopatki instruktora (Betę) oraz ją. Patrzyła na mnie jakoś tak dziwnie, jak na okaz w zoo, który został ostatnim przedstawicielem swojego gatunku i niewątpliwie czego go wymarcie, a ja tylko próbowałem unormowac swój oddech i złapać w końcu pożądny chaust powietrza do płuc. Musiałem jej później wytłumaczyć, że jeżeli nie mam rui to poradze sobie w większości przypadków z jedną Alfą- na tyle, aby od niej uciec. A dzięki zabawce od Lano moje szanse wzrastają.
 Ciotka Lina ustaliła Czerwony Dziennik. Wyliczyliśmy w nim, kiedy dostanę kolejnej rui. Powiedziała, że będzie wiarygodny dopiero przy trzeciej rui, kiedy będzie miała wgląd w to jak czesto i długo ona u mnie trwa.
 Dwa dni temu całą piątką udaliśmy się na zakupy do księgarni, sklepu obuwniczego, sportowego oraz z artykułami szkolnymi. Powiedziano, że jeżeli coś mi się spodoba mam krzyczeć. Milczałem ponieważ nic nie przykuło jakoś zbytnio mojej uwagi.
 Na sam koniec wędrówki przez sklepy spodobała mi się pichowa bluza z naszytymi na kaptur kocimi uszkami. Zerknąłem na nią kilka razy, ale kiedy dojrzałem jej cenę zrezygnowałem. Odwróciłem się z zamiarem ucieczki co zostało uniemożliwione przez kuzyna zastępującego mi drogę ewakuacji sprzed tego drogiego sklepu. Spojrzał na mnie, na bluzę, znowu na mnie po czym uśmiechnął się jak psychol. Nie ruszając mojego ciała złapał za materiał bluzy na moim ramieniu i mając gdzieś moje protesty zaciągnął mnie do sklepu. Rzucił mi cztery bluzy z tej samej kolekcji, ale w innych kolorach.
 - Idź przymierz.
 - Po co?- Burknąłem jak obrażone dziecko zaciskając mocniej palce na materiale ciuchów, które trzymałem. Chciałem się mu postawić, ale moja cholerna natura Omegi obawiała się sprzeciwienia Alfie. Chociaz tak bardzo mnie kusiło. Co by mi zrobił? Użyłby na mnie swojego drugiego głosu? Musiałby mi za to zapłacić. Uderzyłby mnie? Chyba bym go za to zabił w tym sklepie. Wiec jak mnie zmusi do przymierzenia tego?
 - Idź przymierz, bo powiem mamie, że spodobały ci się te różowe stringi z ostatniego sklepu, ale nie wiesz jak o nie poprosić.- Powiedział przebierając między wieszakami. Nawet na mnie nie spojrzał, a poczułem się jakby dał mi w twarz. Powiedział to normalnie, ale dobór słów sprawił, że poczułem się jakby użył swojego drugiego głosu.
 - Dupek.- Wyrwało mi się na głos. Byłem przekonany, że się na mnie zdenerwuje i tym razem serio mi się od niego oberwie, ale on się tylko zaśmiał. Nic więcej.
 - Do usług. Mama idzie.- Powiedział. Drgnąłem. Dupek gotowy będzie to powiedzieć, jeżeli się nie posłucham.
 - No już!- Krzyknąłem i schowałem się w przebieralni. Głupi Dupek się śmiał. Zasadze mu kiedyś kopa jak nikt nie będzie patrzył. Wcągnąłem na siebie ciepłą bluze i spojrzałem w lustro. Była długa, szeroka i puchowa.
 IDEALNA!
 - Pokarz się.- Puknał kilka razy w drzwi przymierzalni. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i wyszedłem do niego. Kontrola osobista polegała na tym, że ten dupek zmierzył mnie od góry do dołu i spowrotem po czym spojrzał na mnie i przekręcił głowę w bok.- Nie za duża?
 - Idealna.
 - Wyglądasz jakbyś miał na swobie worek.- Próbował postawić na swoim, ale tym razem wiedziałem, że mam rację i nie zamierzałem tak łatwo się poddawać. Skoro chce wydać kasę na bluze z tej kolekcji to bierzemy taką jaką JA uznam za idealną, a nie ON.
 - Jest idealna.
 - Jesteś pewien?
 - Znasz jakieś Omegi?- Zapytałem otulając się szczelniej bluzą. Spojrzałem na swój tyłek w lustrze wiedząc, że to zachcianka mojej drugiej natury. Mi przeważnie zwisa jak wygląda mój tyłek w ciuchach, to ona się piekli i denerwuje przez co często mam migrene i dla świętego spokoju zerkam tam gdzie ona chce. Nie zawszę. Prędzej żadziej niż cześciej ale nie nigdy.
 - Znam, ale jak już mówiłem żadnej męskiej.
 - Chodzą te twoje znajome Omegi w jakiś luźnych, ciepłych bluzach czy swetrach?- Zapytałem. Spojrzał na mnie jak na upośledzonego umysłowo.- Nie ciągle. Tylko tak sporadycznie kilka dni i znowu wracają do swojego perfekcyjnego wyglądu, który ma na celu wepchnięcie się do łóżka jakiejś biednej Alfie, która nie będzie mogła się powstrzymać i ją przeleci. Ah te biedne Alfy co one z nami mają.- Dodałem sarkastycznie. Warknął ostrzegawczo odwieszając jakąś bluzkę na miejsce. Odsunąłem się delikatnie. Kilka osób zapatrzyło się na nas.
 - Noooo, znam.... - Nic więcej nie powiedział. Chyba się obraził, ze to co przed chwilą powiedziałem. Oceniając tak wszystkie Alfy oceniłem tak też jego. A wiem, że on i Aleta szukają swoich przeznaczonych i starają się z całych sił nie skrzywdzić żadnej Omegi oraz nie ruszają ich. Nie chodzą, ani nie spotykają się z nikim.
 - Są wtedy po rui. Przez kilka dni po niej jest nam zimni. Ogrzewamy się ciuchami. Ucz się takich rzeczy. Tego w szkole ci nie powiedzą, a mogą ci ułatwić życie z twoją przeznaczoną lub przeznaczonym. O ile to będzie Omega.- Podrapałem się po skroni.- No więc... tego... no to tu- wskazałem na bluzę- jest idealne.- Dodałem. Drgnąłem, kiedy złapał za dolny róg bluzy i pomacał go.
 - Ciepłe. Idealne.- Dodał i cofnął się kilka kroków.- Jeszcze coś ci się podoba?
 - Nie. Tylko to.- Powiedziałem zamykając się w przymierzalni. Po chwili stałem koło niego z jedną z czterech bluz, które mi wybrał. Wyciągnął rękę po pozostaałe trzy. Już się przyzwyczaiłem, że ten chłopak jest po prostu tak wychowany. Byłem pewien, że chce je odwiesić na miejsce. Jakie wielkie było moje zaskoczenie, kiedy ruszył z nimi do kasy. Stałem oniemiały na środku sklepu nie mogąc ogarnąć co on właśnie wyprawiał.
 - Idziesz?
 - Po co kupiłeś wszystkie cztery?- Zapytałem piskliwie. Przecież za tą kase jaką on na to wydał śmiało mógłbym kupić nowy telefon!
 - Mówisz, że chcesz jeszcze cztery? Spoko.- Nim zdążył chociaż drgnąć wypchnałem go ze sklepu. Śmiał się głosno.
 - Serio jesteś Głupi Dupek.- Warknąłem. Zaśmiał się jeszcze głośniej. Prychnąłem pod nosem. Ja go obrażam a ten się cieszy jak szczebraty na widok suchara. Musze się zapytać ciotki czy jej dzieci byly badane pscyhiatrycznie. Jak nie to może pora w końcu o tym pomyśleć.
 - Idziemy.
 - Gdzie?- Już się bałem co on takiego wymyślił.
 - Na lody.- Odparł. Rozejrzałem się. Byliśmy sami. Chciałem mu zabrać torby z zakupami, ale tylko na mnie spojrzał i prychnął jak obrażony kot. Wychowana Alfa. Zapomniałem.
 - Gdzie reszta?
 - Doszły do wniosku, że zabranie cię tak szybko do kosmetyczki to przesada. Mamy się szwendać po centrum, aż nie skończą.
 - Do kosmetyczki?
 - One jako kobiety o siebie dbają, a ty jako Omega....
 - Nie spuszczam się nad swoim wyglądem, jak z resztą widać.
 - Dwa duże lody z posypka i sosem owocowym.- Powiedzial stojąc w kawiarni. Stałem koło niego. Rozejrzał się po wnętrzu kawiarni jakby czegoś szukał po czym wzruszył ramionami i spojrzał znowu na osobę przyjmującą zamówienie.- I bez dbania o siebie jesteś ładny.- Dodał od niechcenia. Zachwiałem się mało co nie wgniatając go w ekspedietnkę, która zachichotała na widok mojej twarzy. Mogłem się założyć, że była czerwona. Było mi gorąco więc musiała być czerwona (moja twarz! Nie ekspedientka).
 - Zdurniałeś do reszty.- Powiedziałem speszony. Zaśmiał się tylko i wziął w ręce dwa ogromne puchary z lodami. Ruszyłem za nim dotykając ukradkiem swoich policzków. Były gorace. Głupek!
 - Siadaj. Jedz. Nie marudź.- Trzy polecenia. Miałem ochotę pokazać mu język, ale i tak nie zobaczyłby go przez moją maskę. Zmarszczyłem nos co poskutkowało zmarszczeniem czoła oraz przymrużeniem oczu. Spojrzał na mnie i wiedział o co mi chodzi. Pokazał palcem na miejsce naprzeciwko siebie. Wypuszczając teatralnie powietrze z płuc usiadłem naprzeciwko niego i ściągając maseczkę odłożyłem ją obok prawej ręki. Lano podsunał mi pod nos jeden z pucharków z lodami i zabrał się za pałaszowanie swojego. Postanowiłem do niego dołączyć. Słodko-kwaśny smak rozlał się po moim języku, kiedy tylko spróbowałem pierwszej porcji lodów.
 Kiedy zostało mi tylko kilka łyżeczek do końca (całe lody zjedliśmy w ciszy) Lano rzucił mi na głowę swoją bluzę. Spojrzałem na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi. Nie patrzył na mnie. Siedział napięty. Zaciskał dłonie w pięści. Jego oczy przybraly delikatny odcień czerwieni. Jego Alfa czaiła się tuż pod powierzchnią. Przełknąłem głośno ślinę. Co go zdenerwowało?
 - Ubierz.- Byl zdenerwowany. Jego głos mnie w tym jeszcze bardziej utwierdził. Postanowiłem się tym za bardzo nie interesować. Jeżeli do tej pory nie rzucił się na mnie z pazurami to oznaka, że nie ja go zdenerwowałem więc nic mi nie będzie. Wzruszając delikatnie ramionami naciągnąłem na siebie jego bluzę zostawiając kaptur na głowie (kiedy chciałem go ściągnąć warknął cicho. Wiedziałem, że to do mnie). Podciągnąłem delikatnie za długie rękawy i sięgnąlem po łyżeczkę aby skończyć swoje lody.
 - Kogo ja tu widzę?- Usłyszałem nieprzyjemny głos za sobą. Odwróciłem się delikatnie w stronę tego głosu. Za mną stało czterech chłopaków ubranych w czarne znoszone ciuchy, ciężkie buty. Cała czwórka z mniejszą lub większa ilością włosów na głowie. Alfy! Byłem otoczony Alfami! Cicho przełknąłem ostatnią łyżeczkę lodów i spojrzałem na swojego kuzyna. Drgnąłem. Patrzył na mnie. Kiedy zorientował się że zerkam w jego stronę przeniósł chłodne spojrzenie na nieznanych mi przybyszy.
 Wiedziałem, że moje feromony podskoczą gwałtownie w górę. Cztery nieznane Alfy to dużo. Lano ponownie na mnie spojrzał. Wyczuł moj zapach. Teraz już wiem po co dał mi swoją bluzę. Ale nieoznaczona Omega nie da rady idealnie ukryć swojego zapachu. Jak nic czuć mnie już w całym centrum.
 - Kogoś kogo uwagi nie jesteś wart.- Odparł mój kuzyn cedząc te słowa przez zaciśnięte zęby.
 - Wyrwałeś sobie Omegę Enlano?- Zapytał ten sam chłopak co wcześniej. Okazało się, że to ten całkowicie pozbawiony włosów. Najbrzydszy i największy z nich wszystkich.
 - Wyrwać to ty możesz za chwilę w dziób jeżeli stąd nie pójdziesz.
 - Powiedziałem ci ostatnio co się spotka po tym co zrobileś?- Zapytał i usiadł obok mnie. Lano zaczał warczeć wypuszczając z siebie ostrzegawcze feromony. Spiąłem się cały. Ten chłopak wcale, a to wcale mi się nie podoba. Tym bardziej, że znana mi Alfa zaczeła przy nim zachowywać się jak przy wrogu.
 - Ja chyba też się jasno wyraziłem. Spieprzaj stąd.- Warknął moj kuzyn. Miał całkowicie czerwone oczy. Nie rozumiałem o co im chodziło. Chciałem już iść do domu. Z dala od miejsca przepełnionego warczącymi na siebie Alfami.
 - Może twoja Omega za to zapłaci?- Zapytał obejmując mnie ramieniem w talii. Zrobiłem to przypadkowo! Serio!
 Szarpnąłem swoim ciałem do przodu machając gwałtownie rękę do tyłu. Uderzyłem łokciem w coś twardego. Wiedziałem o co. Obca Alfa warknęła zdenerwowana i wyskoczyła do mnie z łapami. Jezu! Już po mnie!
 Jej ręka zatrzymała się przed moją twarzą. Myślałem, że to Lano go powstrzymał, ale kiedy zauważyłem jego obie ręce zgniatające kant stołu zrozumiałem, że to nie on.
 Odwróciłem powoli głowę w stronę zamieszania, aby zobaczyć kto interweniował. Pracownik kawiarni. Barista. Nie widziałem go przy składaniu zamówienia. Pewnie był na przerwie. Koleś miał ponad dwa metry wzrostu i szerokie bary. Białe włosy zgolone po bokach postawione delikatnie do góry na żel albo inne ustrojstwo które utrzyma je w pionie. Zielone oczy okalane gęstymi rzęsami. Cienkie, nastroszone brwii. Duże usta. Na nosie delikatna blizna. Mocny piżmowy zapach.
 Alfa....
 Kolejna!
 Kolejna Obca Alfa spojrzała w moim kierunku tylko przez chwilę. W tym krótkim momencie jej oczy stały się wściekle czerwone, a z gardła wydobył się głośny warkot, na dźwięk którego nie tylko ja podskoczyłem.
 Wystarczyła chwila, aby moim ciałem zawładnął silny ogień. Zrobiło mi się gorąco i słabo jednocześnie. Dolne partie brzucha zaatakował silny ból zginający mnie w pół. Zakryłem usta, aby nie jęknąć z rozpaczy na środku kawiarni. I tak już większego wstydu sobie nie mogłem narobić.
 W kawiarni otoczony Alfami dostałem gwałtownej gorączki. Zaczeła się moja ruja.
 Pierwszy raz od kiedy dostałem ją po raz pierwszy usłyszałem w głowie piszczący głosik, który radował się jak opętany.
 To nasza Alfa! Nasz przeznaczony! W końcu go znaleźliśmy.
***
 Od tamtego wydarzenia minęły dwa tygodnie. To bez wątpienia była moja najgorsza ruja. Skończyła się raptem dwa dni temu. Ciotka nie pozwoliła mi wrócić do szkoły. Mam do niej pójść dopiero za tydzień. Muszę nadrobić całe zaległości. Wiedziałem, że Lano uzupełniał za mnie zaszyty na tyle na ile pozwalał mu na to czas.
 Musiałem się ogarnąć.
 Pozbierać myśli.
 Odzyskać szacunek go samego siebie. Nie mogłem uwierzyć, że dostałem rui na środku kawiarni otoczony Alfami, tylko dlatego, że mojej wewnętrznej Omedze coś się uroiło o jakimś pierdolonym przeznaczonym oraz coś tam chrzaniła, że obca Alfa jest nasza Alfą.
 Wtulony w ramię kuzyna błagałem go płaczliwie, aby zabrał mnie do domu. Sprawiało mi to fizyczny i psychiczny ból. Nie wiedziałem czy mi pomoże czy mnie zostawi, albo zabawi się mną razem z resztą. Po tym jak wytłumaczył coś wielkiej warczącej Alfie wyniósł mnie z kawiarni. Ciotki z kuzynką już do nas biegły. Zabrali mnie do domu. Ukryli w pokoju. Podali supresanty, które nie zadziałały. Wniosek był jeden. Pojawił się Alfa, którego pragnęło moje ciało.
 Wybije to wszystkim z głowy. Nie będę niczyją własnością! Nie ma szans! Żadna Alfa mnie nie zdominuje! Nie dam się ugryźć!
***
 Od powrotu do szkoły minęły już trzy miesiące. I trzy ruje. Mój organizm oraz wewnętrzna Omega pragnęły połączenia z Alfą, dlatego tak świrowały i zwiększyła się ilość oraz częstotliwość moich gorączek. Ciało i Omega wariowały nie słuchając rozumu i serca za każdym razem, kiedy widziały przeklętą Alfę. A widziały często.
 Okazało się, że ten wielkolud chodzi ze mną do klasy. Przyjaźni się z Lano i to on dostał paralizatorem w tyłek od mojego kuzyna.
 Pablo Marimo!
 Najlepszy przyjaciel mojego kuzyna jak już wspomniałem. Druga Alfa w jego rodzinie. Podobno wszyscy pozostali to Omegi (całkowito przeciwieństwo mojej rodziny). Chłopak przywykł do Omeg, ich zapachu oraz zachowania.
 Może o nie dbać, troszczyć się i chronić co z resztą robi, ale jak to powiedział Lano jego kolega nigdy nie zwiąże się z żadną Omegą. Bo nie ma zamiaru męczyć się z Omegami do końca życia.
 Ja Omega nienawidząca Alf.
 On Alfa nienawidzący Omegi.
 Matka fortuna zimna suka z wisielczym humorem postanowiła nas ze sobą połączyć! Jakbyśmy bez tego nie mieli trudnego życia
***
 W szkole rozniosło się to co mnie spotkało dwa lata temu. Nie wiem kto i skąd się o tym dowiedział, ale kategorycznie nie miał prawa komukolwiek o tym mówić.
 Informacja ta dotarła również do domu. Wcześniej myślano, że blizny na mojej twarzy to wynik jakiejś bójki, gdzie postawiłem się jakiejś Alfie i nie zdążyłem uciec. Nic bardziej mylnego.
 Blizny owszem są oznaką buntu i bronienia swoich racji, ale chyba każdy by się zbuntował i zaczął bronić.
 Bo skoro i tak pobity nie miałem szans się obronić i zostałem zgwałcony w dzień swojej pierwszej rui tak nie miałem zamiaru słuchać rozkazu Alfy, kiedy chciała dostępu do mojej szyi. Zażądała zdjęcia obroży. Nie zgodziłem się. Postawiłem się. A owa Alfa w złości mnie oszpeciła.
 Oczywiście ciotka, która się mną wtedy opiekowała nie pozwoliła tego zgłosić na policję i jeszcze powiedziała, że się o to prosiłem. Bo gdybym nie był głupią, słabą Omegą to przecież nic takiego by się nie stało.
 Wiec jakim cudem będąc na drugim końcu kraju od tamtego miejsca, ktoś się o tym dowiedział i rozpowiedział to w mojej nowej szkole?
 Ciotka serio myślała, że to głupie plotki. Musiałem jej powiedzieć, że to najgorsza prawda. Bolesna ale prawdziwa i jedyna. Słowa długo nie chciały przejść mi przez gardło, ale w końcu mi się to udało.
 Po tym ciotka zniknęła z domu na tydzień, a ja nadal byłem narażony na szydercze komentarze uczniów na mój temat. Że niby związałem się z jakąś cudowną Alfą, ale że byłem puszczalski to mnie ukarał. W końcu żadna Alfa nie będzie chciała się związać z puszczalską Omegą. Uratował innych.
 Słuchałem takich jak i wiele innych dziwnych historii.
 Nawet nie chciało mi się tłumaczyć. Bo po co? Jak i tak dla wszystkich to ja będę tym winnym. A skoro jestem winny to serio musiałem się dopuścić wszystkich złych czynów o które jestem oskarżany i przez które w przeszłości zostałem ukarany. Istna kpina!
 Sprawiedliwość ludzi, społeczeństwa i otoczenia!
 Obiecałem sobie, że dorwę tego dupka, który to powiedział i wtedy go zabije.
 No właśnie....
 Co do Dupka....
 Gdzie jest MÓJ DUPEK IDIOTA?!
 Rozejrzałem się po dziedzińcu szkoły próbując go znaleźć. Nie widziałem go w tłumie ludzi, ale za to ktoś dojrzał mnie. Ja niestety się spóźniałem. Przede mną stała Alfa z kawiarni, którą strzeliłem w nos.
 Alfa z mojej klasy aby było zabawniej.
 Gościu nazywał się Ispep.
 Nie wiem co Ci rodzice mają z tymi głupimi imionami? Musze sprawdzić czy w momencie, kiedy mój rocznik przychodził na świat państwo nie dawało jakiejś nagrody dla tych rodziców, którzy w najbardziej debilny sposób nazwą swoje dzieci. Tak musiało być, ale chyba żadne się do tego nie przyzna.
 Dziwni jacyś.
 No ale tak zapomniałem, że przede mną stoi wielka i szanowna Alfa, dlatego nie powinienem go ignorować co miałem z początku zamiar robić do przyjścia Dupka Idioty, ale wole jednak mieć tą Alfę na oku.
 Spojrzałem na niego jak na przedstawiciela gorszego gatunku.
 - Czekasz na kolejnego klienta, Omego?- Zapytał drwiąco.
 - Całe szczęście to nie taka nic nie warta Alfa jak ty.- Prychnąłem. Rozejrzałem się dyskretnie dookoła, ale nigdzie nie widziałem mojego kuzyna. Ten też zarobi kopa za spóźnianie się na umówione wcześniej miejsce i czas.
 Serio go kopnę!
 Mówił, że bez niego mam się nie ruszać ze szkoły. Musiałem czekać dodatkową godzinę, aż skończą się jego zajęcia dla Alf, a on ma jeszcze czelność się spóźniać. Od dzwonka minęło AŻ pięć minut. A on się spóźnia.
 Ten to ma tupet.
 - Suko powinnaś jeszcze dopłacić, aby móc być dotkniętym przez kogoś tak cudownego jak ja.- syknął mi prosto w twarz. Odsunąłem się na bezpieczną odległość.
 - Po pierwsze to się odsuń. Po drugie kijem bym cię nie dotknął. Po trzecie umyj zęby w końcu bo...- syknąłem łapiąc się za pulsujący tępym bólem policzek, który ten dupek miał czelność uderzyć. Nie byłbym sobą gdybym mu nie oddał. Mając w oczach łzy bólu skoczyłem mu do gardła (dosłownie), oplatając go nogami w pasie, zacisnąłem mocno ręce na jego włosach. Odchyliłem mu z całych sił głowę w bok i wgryzłem się w nią (szyję) mocno.
 Ten krzyknął z bólu i próbował mnie zrzucić, ale przyczepiłem się do niego jeszcze mocniej, ściskając zęby tak, że bolała szczęka. Poczułem ból w okolicy żeber, kiedy ten burak mnie walnął. Serio miał tupet, aby walnąć mnie z pięści. Kiedy miałem zamiar przenieść się z zębami na jego twarz zostałem ściągnięty z niego i zawisłem nogami nad ziemią chociaż czułem ramiona oplatające mnie w tali. Ramiona, które unosiły mnie nad ziemią.
 Zamachałem nogami próbując sięgnąć tego łysego śmiecia.
 - ZABIJE CIĘ!- Krzyknąłem próbując się uwolnić
 - ZAMKNIJ RYJ OMEGO!- Łysy użył na mnie głosu Alfy. Zrobiło mi się niedobrze. Pokręciłem przecząco głową po czym spojrzałem na niego z istną furią w oczach.
 - No i teraz jesteś trupem śmieciu! Żadna Alfa nie będzie mi rozkazywać! Żadna Alfa nie będzie mnie dotykać! I na pewno żadna pierdolona Alfa nie będzie mnie gryźć. Ja gryzę!- Rzucałem się jak przysłowiowa pchła na grzebieniu. Komicznie to musiało wyglądać, kiedy byłem przytrzymywany przez obcą Alfę.
 TO NIE JEST OBCA ALFA!

 Znowu ten irytujący głos. O co mu znowu chodziło?

 NIE CZUJESZ? TO PRZECIEŻ NASZA ALFA. TRZYMA NAS W RAMIONACH. NASZA ALFA NAS BRONI! ONA NAS CHCE!

 Pojebało Cię kretynko do reszty. Dotyka nas mimo tego, że się na to nie zgadzamy. Broni tego idiotę przed nami, a to różnica. Weź się ogarnij.
 Nie chcemy jej!

 CHCEMY!

 Nie, nie chcemy!

 MYLISZ SIĘ! CHCEMY!

 Nie chcemy i nie potrzebujemy.

 - Nore uspokój się.- A któż to wyrósł przed moimi oczyma? Mój spóźnialski, pożal się Boże kuzyn....
 - Podjedź.- Poprosiłem cicho. Zrobił tak stając przede mną. Będąc ciągle przytrzymywanym w taki sposób przez tego wielkoluda wykręciłem biodra i zasadziłem kuzynowi mocnego kopa w lewy pośladek.
 - Za co?- Pisnął i odskoczył łapiąc się za bolące miejsce.
 - Za co?! Za co?! Gdybyś się nie spóźnił nie musiałbym się użerać z tym bezmózgiem! Już więcej nie będę na ciebie czekać. Pablo puść mnie.- Zażądałem. Jego uścisk nie zelżał. Jego ręce wręcz przeciwnie mocniej owinęły się dookoła mnie. Zbliżył się jeszcze bardziej przywierając do mnie torsem.
 - Nie.- Powiedział chłopak przez zaciśnięte zęby.
 - Co? Co ty chrzanisz. Masz mnie puścić!
 - NIE.- Stanowczy głos. Nie głos Alfy, ale jednak stanowczy.
 - Słuchaj no...
 - Nore poczekaj chwilę. Daj mu się uspokoić.- Wyjaśnił mój kuzyn. Spojrzałem na niego czując oddech Pablo na mojej szyi.- Pozwól mu zapanować nad Alfą, bo jak nie to rozerwie gardło tego idioty, a ciebie weźmie tu przy wszystkich i oznaczy jako swojego, aby nikt więcej Cię już nie ruszał. Więc daj mu się uspokoić. Dobra?- Zapytał błagalnie pozbywając się Ispepa. Odczekałem chwilę. Nie chciałem być tutaj wzięty, ani oznaczony więc postanowiłem poczekać.
 - Możesz mnie chociaż postawić?- Zapytałem cicho wiedząc, że Pablo mnie usłyszy.- Wyglądam jak dziecko.- Dodałem. Przez chwilę nic się nie działo po czym moje stopy dotknęły chodnika, a ja poczułem na sobie ciężar jego ciała.
 Zagapiłem się na mojego kuzyna, który właśnie klikał nam zdjęcia.
 Jak nic pozbędę się tego aparatu!
 I telefonu!
 I jego też!
 Bezwiednie położyłem swoją dłoń na przedramieniu Alfy-przylepy i głaskałem ją po niej próbując chociaż trochę przyspieszyć proces jego uspokajania. Zajęło to wieczność, ale w końcu się wyprostował. Wziął kilka głębokich oddechów i z głośnym wydechem opuścił ramiona robiąc krok w tył. Mogłem się odwrócić. Spojrzałem na niego. Nadal miał lekko czerwone oczy.
 - Sorry.- Mruknął zmieszany.
 - Uspokoiłeś się?- Zapytałem cicho. Po co? Nie miałem pojęcia.
 - Powiedzmy. Czego chciał ten dupek?- Miałem wrażenie, że w jego pytaniu kryło się drugie dno. Spojrzałem na niego.
 - Pytał się o moich klientów i cennik.- Odparłem wzruszając obojętnie ramionami. Usłyszałem jak z ust obu Alf wydobywa się głośne warczenie. Odsunąłem się profilaktycznie w tył. W końcu Alfy są nieprzewidywalne. Lepiej dmuchać na zimne. I nie wchodzić im w drogę kiedy mają zamiar sobie bezsensownie powarczeć.

*************************************************
Ok to tyle na dzisiaj.
Za tydzień wstawie ostatni rozdział. Nie wiem kiedy znowu coś napisze i dodam. Ale będziecie pierwsi, którzy się o tym dowiedzą:)
Pozdrawiam:)
Gizi03031