niedziela, 13 maja 2018

2- 17 Mur

Bez zbędnych wstępów zapraszam do czytania kolejnego rozdziału:)
*************************************

Cała trójka ubrana na czarno. Spodnie przylegające do ciała w kostkach obwiązane ciasno czarnym bandażem. Luźniejsze, długie do ud bluzki wiązane czarnym pasem w tali. Na nagich rękach czarne rękawice obwiązane rzemieniami nad łokciami. Kaptury skrywające ich włosy, czarne maski
z otworami wyłącznie na oczy nie przedstawiające swoim wykonaniem kompletnie niczego. Dosłownie były całe czarne. Ogólnie cała trójka była czarna. W ubiorze. Nie było tam nic kolorowego. Co ja się dziwiłem, skoro na dziedziniec Białej Świątyni przyjechał czarny powóz, z czarnymi zasłonami, czarnym wnętrzem oraz czarnymi końmi, które go ciągnęły to i ludzie wysiadający
z wnętrza powozu musieli być odziani w czerń. Ja tam na pewno nie będę pasował, nie posiadałem nawet czarnych skarpetek, a co dopiero całego ubioru, więc będę się rzucał w oczy już od samego początku. Próbowałem odgadnąć czy któryś z nich był Wyższym- człowiekiem, który na każdym Murze wprowadzał Kapłana w jego strukturę, uczył go zasad i obyczajów na nim panujących, opiekował się nim przez pierwszych kilka miesięcy.

- Ummmm…. Hej? - Zapytałem niepewnie nie wiedząc co mam powiedzieć i jak się zachować.

- Hej? - Powiedział zamaskowany osobnik siedzący po prawej tego środkowego (całą trójka siedziała naprzeciwko mnie).

- Czy u was mówi się w innym języku niż ogólny dostępny w każdej z 18-stu świątyń? - Zapytałem zaskoczony. Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?! Jak ja się z nimi dogadam?!- No świetnie, ciekawe jak ja się z wami dogadam. Ten stary dziadyga pozbył się nas ze Świątyni nic nam nie mówiąc i teraz pewnie wygrzewa swój kościsty tyłek w wychodku i się z nas śmieje.

- My cię rozumiemy. - Odezwał się środkowy.

- No i jeszcze siada mi na głowę. Wiedziałem! Tak, Enakru! Bystry z ciebie chłopak! Nie potrzebujesz wiadomości na temat miejsca, w które się udajesz! Poradzisz sobie bez tego! – Próbowałem naśladować głos Niemego Kapłana- A tutaj kicha, pierdzielu! Ledwo wyjechałem z Świątyni, a ten tutaj mi mówi, że mnie rozumieją. Czekaj…. Co? Rozumieją? - Spojrzałem na nich gwałtownie. - Wy mnie rozumiecie? - Zapytałem tonem świadczącym, że rozmawiam z kimś opóźnionym w rozwoju.

- Każde słowo. Od początku do końca. - Powiedział środkowy. Jęknąłem głośno ukrywając twarz w dłoniach. Zrobić z siebie wariata i idiotę już pierwszego dnia. Zawsze o tym marzyłem,

- On chyba nie za bardzo. - Próbowałem się bronić i kiwnąłem głową na tego siedzącego po lewej stronie środkowego.

- Rozumiem. - Warknął tamten poruszając się niespokojnie.

- Wątpię.

- Rozumiem!

- Jakbyś rozumiał, to byś się nie zapytał jak przygłup co to znaczy „hej” kiedy próbowałem jakoś zacząć rozmowę i kulturalnie postanowiłem się przywitać!

- Zdziwiło go to, że w ogóle się odezwałeś zwarzywszy na to, gdzie jedziesz. - Powiedział środkowy.

- I co? Przez to mam milczeć? Nie zapominajcie, że ja już tam zostanę, a co by nie patrzeć jakieś objawy dobrego wychowania trzeba okazać. Więc próbowałem się przywitać, co chyba nie za bardzo mu podpasywało, bo zrobił idiotę z siebie i ze mnie jednocześnie. - Warknąłem i wyjrzałem przez okno powozu zdając sobie sprawę z tego, że i tak nic nie zobaczę.

Jestem na miejscu.

Usłyszałem w głowie głosy dziesięciu osób. Poznałem właściciela każdego z nich. Obiecaliśmy sobie, że powiadomimy siebie nawzajem, kiedy dotrzemy na miejsce. Później będziemy się komunikować tylko wtedy, kiedy to będzie konieczne. Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem.

- Może zaczniemy od początku. Witaj. - Powiedział ten środkowy zwracając na siebie moją uwagę. Spojrzałem w jego kierunku i przekrzywiłem głowę w bok. Dobrze, że miałem dobry słuch. Przynajmniej dopasuje do nich ich głosy. Środkowy był miły dla ucha, spokojny. Tego po prawej nie słyszałem. Tego po lewej nie lubiłem.

- Witaj…- Przerwałem na chwilę. Jak ja się miałem do niego zwracać. Po chwili namysłu postanowiłem mieć na to wylane i wzruszyłem obojętnie ramionami. - …Środkowy Osobniku. - Dodałem. Po moich słowach zaśmiała się osoba po jego prawej stronie. Kobieta. Zsunęła z głowy kaptur. Najpierw zobaczyłem masę drobnych, srebrnych warkoczyków przylegających do skóry głowy, dopiero po tym jak zdjęła z siebie maskę mogłem dojrzeć jej delikatną, dziecięcą twarz z zielonymi oczyma i wytatuowanym pod okiem znakiem węża. Strażnik.

- Witaj. Jestem Kanra. Środkowy Osobnik to Marui z kolei ten gbur na samym końcu to Ivar. A ty, jeżeli dobrze zrozumiał jesteś Enakru? - Zapytała uśmiechając się do mnie delikatnie. Kiwnąłem twierdząco głową.

- Miło mi. - Powiedziałem i ugiąłem delikatnie głowę na znak szacunku względem kogoś starszego.

- Proszę, nie kłaniaj się. To my powinniśmy to robić. Jesteś wyżej w hierarchii niż my…

- Ale wy jesteście starsi. Kapłanem jestem tylko wtedy, kiedy mam wykonywać swoją pracę, normalnie jestem nastoletnim chłopakiem, któremu wpojono to i owo.

- Pyskować to cię też uczyli? - Zapytał osobnik po lewej. Ivar. Zerknąłem na niego przybierając swoją zwyczajową maskę.

- Ciebie to powinni nauczyć dobrych manier, ale w sumie lepiej będzie, jak nie ściągniesz przy mnie maski. Jeżeli kiedyś spotkam cię bez niej nie najdzie mnie ochota, aby, na przykład zepchać cię ze schodów.

- Słuchaj no. Możesz sobie być Kapłanem, panem tych ziem a nawet Bogiem, koło chuja mi to lata, wkurwisz mnie to ci wbije miecz w dupę i będzie spokój. - Warknął Ivar. Spojrzałem na miecz, który stał przy jego lewej nodze. Muszę przyznać, że był wielki, ale kim bym był gdybym nie zareagował na tak jawnie rzuconą w moim kierunku prowokację.

- Mam nadzieję, że zrobisz to tym mieczem –wskazałem na miecz koło jego nogi- a nie tym mieczem- pokazałem na jego krocze- bo w drugim przypadku mogę niczego nie poczuć. - Dodałem
i czekałem na jego reakcję. Długo nie musiałem czekać. Ściągnął ze swojej twarzy maskę i spojrzał na mnie z furią wymalowaną na twarzy. Ciemne gęste brwi marszczyły się razem z prostym nosem. Pełne wargi uchylone delikatnie pokazywały jego białe zęby. Moją uwagę przykuł jeden z jego kłów. Był ostro zakończony, ale tylko ten jeden. Ciemne oczy obramowane gęstymi rzęsami. Pod lewym okiem widniał tatuaż w kształcie łzy przebitej strzałą. Niewolnik Najemca. Nie odwróciłem od niego wzroku chociaż wiedziałem, że powinienem to zrobić. Ten osobnik za bardzo przykuł moją uwagę. Chciałem na niego ciągle zerkać. Kiedy na niego patrzyłem coś dziwnego działo się z moimi wnętrznościami. W taki zabawny sposób się kurczyły.

- Nie potrzebuje miecza, aby pozbawić cię możliwości kłapania językiem. - Warknął pochylając się w moją stronę. Nie ruszyłem się nawet na milimetr. Pierwszy raz byłem w takiej sytuacji. Ludzie się nas bali, ludzie nas szanowali, ludzie przy nas uważali. Ten osobnik psuł cały mój światopogląd i przyzwyczajenia.

- Ivar! - Tym razem swojej maski pozbył się Marui, który swoim wyglądem przypomniał Kanre. Czyżby rodzeństwo? - Pamiętaj kim on jest!

- Od początku wam mówiłem, że nie mam zamiaru jechać po jakiegoś dzieciaka i go niańczyć kilka dni w drogę powrotną, ale nie, wy się uparliście, że mam z wami jechać! Tylu było chętnych, którzy by mu dupe wylizali tylko dlatego, że jest jakimś tam szamanem, ale ja nie mam zamiaru traktować go ulgowo. Wkurwi mnie, to mu jebne!

- Ivar!

- Nikt mi nie musi dupy wylizywać, potrafię sam o siebie zadbać. Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać. Mogliście wysłać po mnie jedynie pusty powóz, albo nadać wiadomość, że już mogę do was przyjechać, sam bym do was trafił. A najlepiej…- Poruszyłem małym palcem lewej ręki, a powóz stanął. Cała trójka napięła się i zaczęła rozglądać dookoła siebie szukając zagrożenia. Bez problemu wysiadłem z powozu i spojrzałem na zaskoczoną Kanre.

- Co ty wyprawiasz?! Wracaj do wozu! - Warknął Ivar rozglądając się dookoła. Zerknąłem na niego jak na skończonego idiotę. Tak się rzucał, że zrobi mi krzywdę i pozbawi języka, a teraz kiedy nie ma nawet najmniejszego zagrożenia dla mojego życia i zdrowia każe mi wracać. Dobrze, że jeszcze mnie nie poznali. Z czasem przekonają się, że to ja stanowię zagrożenie dla każdej żywej istoty jaka znajdowała się w moim pobliżu. Nigdy odwrotnie.

 Położyłem lewą rękę na głowie dziewczyny i spojrzałem jej głęboko w oczy.

- Pokarz mi drogę do twojego domu. Pokarz, gdzie jest Czarny Mur. - Powiedziałem w nieznanym jak dla nich języku. Po chwili w mojej głowie pojawił się obraz drogi, w którą powinienem zmierzać. - Zadbajcie o mój bagaż. - Dodałem już normalnie i spojrzałem na konie, które ruszyły szybko w stronę Czarnego Muru. Moi towarzysze podróży nie mogli wydostać się z powozu, więc spoglądali na mnie zza szklanych okien, kiedy pomachałem im na odchodne. Wiedziałem, że droga na miejsce zajmie mi jakiś czas, ale nie pozwolę, aby ktoś mnie tak tarkował, za coś czego nie zrobiłem.

I nie obchodziło mnie to co się z nimi stanie, kiedy dojadą do Muru beze mnie.

Nie jestem głupim dzieciakiem za jakiego każdy mnie bierze. Siły też nie jestem pozbawiony, mimo że na to nie wyglądam.

** 3 lata później**



-…ziemia do Enakru. Halo. Chłopie słyszysz mnie. - Przed oczami zamajaczyły mi dłonie młodego chłopaka, który w tym roku kończył trzynaście lat. Od kiedy zamieszkałem w tym miejscu został moim pomocnikiem. Średniego wzrostu szczupły chłopiec o czerwonych włosach i czarnych oczach z wytatuowaną łzą pod okiem. Za rok dorobią mu do tego tatuażu znak gwiazdy. Będzie kimś wyższym, ważniejszym w hierarchii tego miejsca niż dotychczas. Gwiazda na ciele to symbol kogoś wybranego przez Kapłana. Kogoś kto pod nim bezpośrednio służy i jest mu oddany.

- Wybacz Tyree zamyśliłem się. - Odparłem i uniosłem dłonie w poddańczym geście kiedy zobaczyłem jak ten niezadowolony stroszy swoje brwi i w zabawny sposób marszczy nosek. - Znowu. Wiem.

- O czym myślałeś tym razem? - Zapytał młody patrząc na mnie dokładnie.

- Przypomniało mi się jak tutaj trafiłem.

- Pamiętam ten dzień oraz to co go poprzedzało. - Powiedział smutno chłopiec.

- Gdybym wiedział, że tak to się skończy nie zrobiłbym im na złość i nie wysiadłbym z tego głupiego powozu. - Burknąłem ponownie zagapiając się w przestrzeń za oknem. Kiedy przekroczyłem progi Czarnego Muru moim oczą ukazał się makabryczny widok. Cała czwórka ludzi, którzy kilka dni wcześniej po mnie przyjechali wisiała podczepiona pod sufitem na ciężkich łańcuchach. Całe ich ciała zdobiła zaschnięta krew. Większą część ciała zdobiły liczne rany. Na twarzach wycięto im znak krzyża. Oznaka niewykonanego rozkazu. Znaki te hańbią ich do dzisiaj, a ja nic nie mogłem z tym zrobić. Unikałem ich jak ognia nie mogąc im spojrzeć w oczy po tym jak rozpętałem tutaj prawdziwe piekło i sam zabiłem około trzydziestu ludzi odpowiedzialnych za to. Zakazałem tutaj takich barbarzyńskich metod karania grożąc śmiercią każdemu, kto się ich podejmie, ale to i tak nie cofnęło przeszłości. Gdybym nie wysiadł wtedy z tego powozu…

- Brat, co ty tutaj robisz tak wcześnie? - Usłyszałem głos Tyree i drgnąłem konwulsyjnie. Wiedziałem kogo zobaczę, jeżeli teraz odwrócę się za siebie i spojrzę w stronę drzwi pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy.

- Skończyłem dzisiaj wcześniej więc pomyślałem, że po ciebie wpadnę i wcześniej wrócimy do domu. - Usłyszałem dobrze znany mi głos, który teraz przepełniony był miłością i troską. Coś zakuło mnie w mostku. Wiedziałem co to za uczucie i wiedziałem z czym się ono wiążę. Miałem tylko nadzieję, że to co siedziało w mojej głowie nadal w niej było i nikt nie wiedział co się tam dzieje. Podskórnie chciałem, aby i do mnie zwracał się takim tonem, ale wiedziałem, że to nigdy nie nastąpi, a ja nie miałem prawa mówić mu o moich uczuciach. Jeżeli wyznam mu swoje uczucia ten zdobędzie nade mną władze. I na dobrą sprawę dowiedziałem się, że w wieku dwudziestu jeden lat poznam swoją narzeczoną, jaką Wyrocznia mi wybrała, kiedy wyruszałem z Białej Świątyni. Byłem wściekły. Mówiono nam, że sami możemy wybrać sobie partnerów życiowych, a jednak ta bezczelna Wyrocznia wybrała mi sama kogoś z kim mam się związać, a ja nie mogłem temu zaprzeczyć. Tyle, że ja chciałem zaprzeczyć! Bardzo chciałem! Chce, aby to Ivar odwzajemnił moje uczucia oraz mówił i patrzył na mnie jak na swojego młodszego brata! Chciałem i jednocześnie wiedziałem, że nigdy nie będę tego miał.

- Um…- Poczułem na sobie spojrzenie nastolatka. Uśmiechnąłem się delikatnie do niego.

- Idź. Jutro to skończymy.

- Jesteś tego pewien?

- No chyba, że chcesz zostać i poukładać wszystkie książki. - Powiedziałem znając jego odpowiedź. Poderwał się szybko z krzesła i czmychnął do pokoju, w którym przeważnie zostawiał rzeczy. Zaśmiałem się cicho pod nosem.

- Dalej dręczysz mi brata? - Usłyszałem głos za sobą. Nie odwróciłem się w jego stronę.

- Nie dręczę. Po prostu z nim rozmawiam. - Powiedziałem układając jednocześnie książki na stoliku, koło którego siedziałem.

- Ze mną też rozmawiasz?

- Tak. - Powiedziałem napinając delikatnie mięśnie ramion. Głupek! Chyba zwariował, jeżeli myślał, że na niego spojrzę po tym co zrobiłem kilka lat temu i po tym jakie myśli ciągle zaprzątały moją głowę. Jak nic się zorientuje o co mi chodzi. -  Przecież właśnie teraz to robimy.

- Jeżeli teraz rozmawiamy to się odwróć w moją stronę i spójrz na mnie. - Powiedział twardo. Nie chciałem tego!

- Wybacz, ale jestem teraz zajęty, więc może dokończymy to innym…

- Enakru! - Krzyknął i złapał mnie mocno za ramiona zmuszając mnie w ten sposób do tego, abym odwrócił się w jego stronę. Mimo tego nie uniosłem głowy do góry mając przed oczyma połowę jego torsu. Był wysoki. Wyższy ode mnie o jakieś trzy głowy. - Spójrz na mnie do cholery jasnej!

- Ivar, puść…

- Nie puszczę cię, bo dobrze wiem co się dzieje! Dalej cię to dręczy?! Przecież ci mówiliśmy żebyś odpuścił i zapomniał, a ty…

- Ty nic nie rozumiesz! Jak mam odpuścić i zapomnieć, skoro to przeze mnie się to wszystko stało! To co was spotkało oraz to co później zrobiłem tamtym ludziom, których imion nawet nie znam! Więc proszę cię, puść mnie już!

- To nie była twoja wina!

- Właśnie, że była!

- Uparty bachorze! - Warknął i położył swoje dłonie na moich policzkach. Przez całe moje ciało przeleciał prąd. Od czubka palców, aż po koniuszki włosów. Zmusił mnie do tego abym na niego spojrzał. Dwudniowy zarost zdobił jego twarz zasłaniając częściowo bliznę na prawym policzku. - To. Nie. Była. Twoja. Wina. - Powiedział akcentując każde słowo. Chciało mi się płakać. Dosłownie. Zapragnąłem teraz dać upust swoim emocją. Uniosłem do góry drżącą dłoń i przyłożyłem do jego prawego policzka przeciągając kciukiem po bliźnie na nim.

- Przepraszam. Gdybym tylko wtedy nie wysiadł… gdybym mógł cofnąć czas… przepraszam…- Po moich policzkach pociekły łzy. Nie miałem już siły dusić tego w sobie. Chciałem się schować w jakimś ciemnym miejscu przed całym światem i już nie wychodzić.

- To nie twoja wina. - Powiedział mężczyzna i przyciągnął mnie do siebie obejmując mnie swoimi ramionami. Stałem przez chwilę oniemiały nie wiedząc co mam zrobić po czym niepewnie go objąłem i rozpłakałem się niczym małe dziecko.

- Przeeeep…ra…przep…przepraszaaaaaaammmmm…- Zawyłem głośno wtulając twarz w jego czarne odzienie.

- Już, już. - Poczułem na swoje głowie jego ciężką dłoń, która delikatnie głaskała moją głowę. - To nie była twoja wina.

 *************************************
ugh....
jakoś przez to przebrnęliście. Nie wiem jak wyszedł mi ten tekst...;/
pozdrawiam i zapraszam za tydzień 
Gizi03031

 P.S
Czy któreś z was będzie za tydzień na Pyrkonie??
U mnie to będzie pierwszy raz:D
Może przez przypadek minę się z jednym z moich czytelników w tłumie:)
























niedziela, 6 maja 2018

1- 17 Mur

Hejka.
Ruszam z czymś nowym. Dosłownie w środę skończyłam to pisać i posprawdzałam wszystkie błędy oraz dodałem gdzieniegdzie coś nowego.
Nie wiem co zrobię po tym opowiadaniu i kolejnym OS.
Szczerze to już mi się praktycznie skończyły teksty (mam jeszcze dodatek do jednego opowiadania, ale jako zdeklarowana wariatka najpierw napisałam dodatek, a później wzięłam się za opowiadanie i nie wiem jak mam je teraz dokończyć, a w sumie to rozwinąć- mam raptem 3 rozdziały). Nie wiem czy po tym będę coś dodawać.
Mój nowy tryb życia oraz moja nowa praca jakoś nie sprzyja pisaniu. W mojej głowię kłębi się masa pomysłów, ale kiedy tylko mam czas aby usiąść do kompa i przelać je na papier te natrętne uciekają i pojawiają się znowu w najmniej oczekiwanym momencie.
Eh....
Nie będę truła i zapraszam do czytania nowego opowiadania.
***********************************************

-…Thea udasz się na mur 16-sty, natomiast ty Enakru zostaniesz wysłany na ostatni z murów. Czarny mur numer siedemnaście. - Wypowiadane słowa przez Agios nazywanego przez nas również Niemym Kapłanem sprawiły, że moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a całe moje jestestwo było kategorycznie na „nie”. Zaciskając zęby wyszedłem z trzema osobami, które tutaj ze mną weszły. Jako ostatni zostaliśmy wytypowani i przydzielono nam nasze nowe domy, miejsca, którym mamy służyć, chronić je oraz dość często walczyć ze sobą. Wiedziałem, że za drzwiami czekali pozostali z osiemnastki nastolatków jacy szesnaście lat temu w różnych odstępach czasu tuż po narodzeniu byli wysyłani do Białej Świątyni, w której się aktualnie znajdowaliśmy. Opierając się o ścianę tuż przy drzwiach jęknąłem głośno.

- Enakru…- Zaczęła Thea, która była tam razem ze mną i słyszała, gdzie mnie wysyłają. Ona miała fajnie. Trafiła na Zielony Mur.

- Przecież może być tylko dobrze. - Mruknąłem uśmiechając się do jej zmartwionego zielonookiego spojrzenia.

- No i??- Zapytał wysoki, szczupły chłopak, który wchodził do Komnaty z pierwszą grupą
i został przydzielony na 6 Mur.

- Ja trafiłem na 1 Mur- Powiedział piegowaty chłopak z zielonymi (naturalne!) włosami.

- Thea?

- Zielony Mur.

- A więc…- Kontari, bo tak nazywał się wysoki chłopak, przerwał w połowie zdania wypowiedź i spojrzał z pozostałymi w moim kierunku. Uśmiechnąłem się do nich.

- Przecież może być tylko dobrze. - Powtórzyłem jak mantrę powtarzane od jedenastu lat słowa, ale zauważyłem, że za każdym razem było coraz gorzej.

- Co Niemy Kapłan sobie myślał wysyłając tam kogoś takiego jak ty?

- Nie mów źle o Niemym Kapłanie, ponieważ nowym ma zostać twoja bliźniaczka, która zostanie w Białej Świątyni. Nie mamy wpływu na to, gdzie zostaniemy wysłani. Dobrze wiecie, że
w każdym miejscu mamy robić to samo. Wspierać mieszkańców danego Muru, pomagać im, służyć radą, dbać o nich, ochraniać, a jak zaistnieje taka potrzeba stanąć z nimi do walki i walczyć przeciwko sobie pamiętając jednocześnie, że nasze drugie natury są naszą tajemnicą i nikt nie ma prawa jej zdradzić ludziom ze swojego Muru. - Powiedziałem odpychając się stopą od ściany i poprawiłem rozciągnięty podkoszulek na swoich tyłku. - Tak więc ani wy nie zdradzicie cudzych tożsamości swoim tak i nie zdradzicie im swojej tożsamości. Od samego początku mamy je trzy. Pamiętacie. Zasada 3Z. Tożsamość Zapomniana. Tożsamość Zapisana. Tożsamość Zakazana. I tego się trzymajmy.

- Może i jesteś inteligentny i w ogóle, ale ze swoją siłą fizyczną nie przetrwasz tam nawet godziny!

- Kontari, jeżeli przetrwam tam więcej niż godzinę to ci wyśle list z życzeniami z tamtego Muru. - Powiedziałem chłodno i wyminąłem go wychodząc z pomieszczenia. Wiedziałem, że mamy tylko kilka godzin, aby się spakować i opuścić to miejsce praktycznie na zawsze. Czy się kiedyś jeszcze zobaczymy na żywo, tego żadne z nas nie wiedziało, tak samo jak nie wiedzieliśmy jaki los nas czeka. Od samego początku tak było. Najpierw porzucali nas przerażeni rodzice albo ci co mądrzejsi oddawali nas dobrowolnie, po czym w obu przypadkach musieli udać się na Bagienną Pustynie i tam żyją po dzień dzisiejszy. Nie wiemy, kto jest naszymi rodzicami, nie wiemy w jakiej grupie byliśmy. Porzuconych czy oddanych. Nie znamy naszych imion nadanych nam przez rodziców. Te imiona zostały Zapomniane. Żyjąc w Białej Świątyni dostaliśmy nowe Imiona. Imiona Zapisane. To nimi się posługiwaliśmy, to tutaj się wszystkiego uczyliśmy i żyliśmy przez kilkanaście lat naszego życia, aż powiedziano nam, że każde z nas posiada imię Zakazane. Na dzień dzisiejszy tylko dziewiętnaście osób zna naszą tożsamość. Za kilka lat, kiedy umrze stary Niemy Kapłan liczba osób zmniejszy się do osiemnastu. Na każdym Murze po jednym plus do tego nowy Niemy Kapłan. Znaczenie Imion Zakazanych jest dość prosto mówiąc bardzo głupie i bez sensu, ale jest dla nas święte. Znane przez kogoś kogo nie znamy może w sposób dla nas niekontrolowany uwolnić nasze moce, wypowiedziane przez kogoś kogo kochamy może sprawić, że będziemy wykonywać rozkazy tej osoby, jeżeli wyda je używając do tego naszych dwóch imion. Jeżeli jakimś cudem ktoś pozna nasze trzy imiona i powie je na głos w kolejności nadania sprowadzi to na nas śmierć. Dlatego ochrona naszych imion jest dla nas priorytetem oraz stronienie od uczuć. Możemy utworzyć własne rodziny, możemy zamieszkać w wieku dorosłym w wybranym przez nas miejscu, ale nie możemy nikomu wyznać naszych uczuć. Uczucia zaburzają nasz osąd, osłabiają nas, zmuszają do podejmowania złych decyzji, aż w końcu robią z nas szaleńców. Uczono nas jak nie dać zawładnąć nami emocją- co ja ledwo co zdałem w Białej Świątyni. Byłem nerwowy, byłem wybuchowy, byłem pyskaty i to właśnie mnie było najłatwiej zranić. Nie dlatego, że taki byłem. Ja byłem właśnie taki dlatego, że nie chce być zraniony i to o zgrozo mnie wysyłają w najgorsze miejsce jakie powstało na tej ziemi kilka tysięcy lat temu. 17 Mur. Najbardziej oddalony, najmniejszy z wszystkich pozostałych, najbardziej niebezpieczny i co najgorsze nieznany i niedostępny dla innych Murów, ale według zasad i tam musi zostać wysłany Przezroczysty Kapłan, który przybierze kolor Muru, na jakim będzie mieszkał. Ja pozostanę Czarnym Kapłanem. Niski, szczupły (wręcza anemiczny) blondyn o wielkich niebieskich oczach, małym, zadartym nosku oraz wąskich, pogryzionych przez właściciela ustach miał zostać Czarnym Kapłanem.

- Przecież to się nawet nie godzi z moim wyglądem. - Jęknąłem zamykając kolejną walizkę ze swoimi rzeczami.

- Znowu gadasz sam do siebie. - Powiedziała Thea, stojąca w progu mojego pokoju. Podskoczyłem i pisnąłem niczym zraniona dziewczynka, na co ona zaśmiała się głośno.

- Mówiłem, że lubię pogadać z kimś inteligentnym.

- A ja mówiłam, że wtedy możesz pogadać ze mną. - Powiedziała i podała mi jedną z ostatnich rzeczy jakie pakowałem do torby. - Przyjechała część ochroniarzy z kilku Murów. - Powiedziała cicho siadając na parapecie i wyglądając przez okno.

- Kto pierwszy odjedzie? - Zapytałem zerkając na nią.

- Tarikon, Vipe, Zenowa, Puffly oraz Tear. - Powiedziała zerkając ciągle przez okno. Dwie
z wymienionych osób dzieliły z nią pokój.

- A więc Mur 7, 14. 15, 11 oraz 2. Nie przyjeżdżają po kolei. Następny może być każdy. - Powiedziałem i usiadłem na swoim łóżku, kiedy skończyłem się pakować. - Nie idziesz się z nimi pożegnać?

- One nie pożegnają się ze mną, kiedy ja będę wyjeżdżać.

- Wiesz, że możesz ich już nigdy nie zobaczyć. Ja bym na twoim miejscu poszedł się z nimi pożegnać.

- Więc dlaczego tego nie robisz? - Zapytała i spojrzała na mnie. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.

- Już to zrobiłem. - Powiedziałem i popukałem się delikatnie w skroń.

- Fizycznie cienias z ciebie, ale jeżeli chodzi o psychiczne aspekty nie ma tobie równych. Powinieneś zostać w Białej Świątyni. Ty, a nie kto inny.

- Wiesz, że każde miejsce mnie przyjmie, ale Biała Świątynia jest inna. Mamy odwrotne Natury. Odpychamy się od siebie. Nie mógłbym tutaj żyć, ponieważ to miejsce jest sprzeczne z moim przeznaczeniem.

- Wierzysz w tą bujdę? Jakby tak było to powinniśmy trafiać w to same miejsce co nasi poprzednicy, a nie za każdym razem gdzie indziej.

- Wiesz, że w jednym miejscu jesteś potrzebny teraz a za kilka wcieleń twoje zdolności mogą być tam bezużyteczne, bo mieszkańcy tamtego Muru mogą potrzebować pomocy kogoś innego. To by się mijało z celem. Jesteśmy tak rozmieszczeni, aby moc innego Kapłana na sąsiednim Murze nie niwelowała naszych mocy albo niepotrzebnie jej nie rozbudzała.

- Powiedz mi, dlaczego ja się z tobą zadaję? - Zapytała. Nie udzieliłem jej odpowiedzi tylko pokazałem jej, że na dziedziniec wjechały kolejne powozy ponumerowane kolejno: 16, 6, 1, 4, 3 oraz 5. Spojrzała na mnie przerażona kiwając twierdząco głową. Wiedziałem o co jej chodziło. Od małego tłumaczono nam, że z dniem, kiedy ostatnie z nas będzie miało szesnaste urodziny tak wtedy wszyscy zostaniemy odesłani do naszych nowych domów i to w nich będziemy już żyć do końca naszego żywota.

Przytuliłem ją najmocniej jak potrafiłem.

- Przepraszam, że nie urodziłem się znacznie później. - Szepnąłem jej do ucha, kiedy usłyszałem jej cichy szloch.

W dzień moich szesnastych urodzin, rozdzielono mnie z przyjaciółmi, nadano mi nowy dom oraz nakazano mi go strzec bardziej niż swojego życia.

Tego dnia jako ostatni wyjechałem powozem z numerem 17 z Białej Świątyni i udałem się na Czarny Mur.

Ostatni raz spojrzałem na swój stary dom, który zniknął zza zakrętem wprowadzającym nas
w las po czym spojrzałem na trójkę ludzi, którzy po mnie przyjechali.

 ********************************************
Mam nadzieję, że to wam się spodobało i zachęciło was do dalszego czytania tego opowiadania.
pozdrawiam i zapraszam za tydzień
Gizi03031




niedziela, 29 kwietnia 2018

Mowa ciała

Zapraszam na króciutką wstawkę w postaci tego One Shota. Mam nadzieję, że wam się spodoba:)
Życzę miłego czytania:)
****************************

Powiem wam w tajemnicy, że kogoś baaaardzo, ale to naprawdę bardzo lubię. Podziwiałem tą osobę przez pół roku, kiedy w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego pomogła takiemu ponuremu Kotowi jak mi zanieść pomoce naukowe do klasy od geografii.
Nie wiedziałem co kierowało moim obiektem westchnień, że wtedy udzielił mi pomocy. Nie musiałem chodzić do tego liceum nawet tydzień, aby i do moich uszu doszły plotki na temat tej osoby.
Wysoki, dobrze zbudowany, jeden ze szkolnych delikwentów, farbujący włosy na fioletowo,
z kolczykiem w wardze, ubierający nieprzepisowo mundurek szkolny, wagarujący, palący krzykacz. W szkole wszyscy go znali. Wszyscy pierwszacy (na czele chyba ze mną), wszyscy z jego rocznika oraz ostatni, najstarszy rocznik w szkole. Mimo, że należał do grupy delikwentów i dość często wdawał się w bójki przestrzegał kilku zasad, które znali praktycznie wszyscy.
Pierwszą i najważniejszą zasadą było to, że nigdy, przenigdy nie używał przemocy
w towarzystwie dziewczyn (i co za tym było nie podnosił na nich ręki). A jeżeli ktoś w jego towarzystwie podniósł rękę na dziewczynę dziwnym trafem na drugi dzień przychodził do szkoły
z obitą mordą.
Kolejnym punktem było to, że nie przeklinał przy starszych oraz oczywiście przy dziewczynach. Nie wiem jak było z dziećmi.
Jak na delikwenta potrafił prosić i dziękować. Mówił nawet „dzień dobry” i „dowidzenia”. Zawsze z uśmiechem. Jeszcze chyba nigdy nie widziałem aby był smutny, albo poważny. Nawet nie widziałem go złego.
No i najważniejsza zasada. Jeżeli ktoś mu wyznawał miłość, mimo, że i tak znał odpowiedź prosił o dzień na przemyślenie tego wyznania, a później każdemu odpowiadał to samo:

Dziękuje za twoje uczucia, ale niestety nie mogę ich przyjąć.
Aktualnie jestem zainteresowany kim innym i chcę wyznać tej osobie swoje uczucia.

Co najdziwniejsze przez pół roku można było usłyszeć takie słowa od każdego, kto wyznawał mu miłość, ale jednak jeszcze od tamtego czasu nie wyznał swoich uczuć osobie, którą był zainteresowany.
Aoi-sempai.
No i jak miałbym komuś takiemu zdradzić swoje uczucia. Ok. Każdemu daje odpowiedź po jednym dniu i co by mi to dało. Nie dostałbym tego pierwszego dnia, tylko dzień później. Obiłby mi mordę i powiedział, że jestem paskudny i odrażający. No i nie mam pewności czy nie bije młodszych od siebie chłopaków. Dziewczyną nie byłem więc istniało spore prawdopodobieństwo, że za moje „kocham”” trochę by mi przemeblował to i owo na mojej twarzy. Nie koniecznie musiałoby mi się to przemeblowanie spodobać. Dlatego wole mu o sobie nie mówić, ani nie obwieszczać światu wszem
i wobec, że coś do niego czuje.
Wystarczy na mnie spojrzeć. Jestem niskim kolesiem, który jak na swój wzrost waży te kilka kilogramów za dużo (przy moich 165 cm wzrostu ważyłem 69 kg), przydługawe czarne włosy zawsze wpadały mi do oczu oraz zakrywały pół twarzy. Duże okulary w ciemnych oprawkach.
Ludzie, ja nawet nie podnosiłem wzroku do góry aby nikt mnie przypadkiem nie zobaczył!
Się czasami zastanawiałem, czy nawet nauczyciele pamiętali, że chodzę do tej szkoły.
Taki sobie ja- nerd kochający One Piece- Shota zakochany w o rok starszym od siebie chłopaku, na widok którego jedna połowa ludzi ze szkoły sika po kątach z podniety, a druga połowa robi dokładnie to samo tyle, że ze strachu.
Nie ma szans abym wyznał mu swoje uczucia! Ja nawet nie mam odwagi na niego spojrzeć,
a co dopiero do niego zagadać, więc teraz, proszę was o odpowiedź na moje jedno, króciutkie i nad wyraz spokojne pytanie.
DLACZEGO TO WŁAŚNIE ON MUSIAŁ ZNALEŹĆ NA TYCH CHOLERNYCH SCHODACH MÓJ NAJNOWSZY TOM MANGI I TO WŁAŚNIE DO NIEGO MUSIAŁEM SIĘ UDAĆ, ABY TEN TOM ODZYSKAĆ?!
Koniec pytania. No więc gdzie odpowiedź, jakieś sugestie, cokolwiek, co mi pomoże zrozumieć, dlaczego to mnie to spotkało? Wiedziałem, że nie powinienem był siedzieć na tamtych schodach, ale tylko tam mogłem w spokoju przeczytać najnowszy tom mangi. No i właśnie tam
Aoi-sempai postanowił razem ze swoimi kumplami pobić się z innymi uczniami. Nie ma co. Spełnienie moich marzeń. Znaleźć się pomiędzy walczącymi uczniami. Nawet nie chcę sobie przypominać jakim cudem udało mi się stamtąd uciec klucząc na czworaka koło ściany, więc dlaczego teraz musiałem wracać na te schody i iść dalej na dach? No tak, bo głupi jestem i zostawiłem na schodach swoją mangę. A jak po nią wróciłem to już jej tam nie było. Usłyszałem za to jak ktoś coś
o niej mówił przebywając na dachu, więc wiedziałem, że to tam muszę się udać.
Kiedy tylko delikatnie otworzyłem drzwi i nieśmiało wyjrzałem na zewnątrz poczułem na sobie spojrzenia siedmiu osób. Po chwili jedna z tych osób wróciła do swojego wcześniejszego zajęcia jakim było czytanie mojej mangi.
Uwaga.
MOJEJ nie jego.
MANGA była MOJA!
Nawet sam nie dokończyłem jej czytać. A fakt, że to Aoi-sempai ją czytał sprawił, że zachciało mi się płakać.
- Czego chcesz?- Zapytał jeden z nich wciągając mnie na dach. Najwyższy z nich wszystkich. Ten co zawsze chodzi koło mojej miłości. Takazawa-sempai.- Chcesz się bić?- Warknął ponownie. Pokręciłem przecząco głową.
- W żadnym wypadku Sempai.- Powiedziałem. Na dachu zapanowała grobowa cisza. Takazawa-sempai uniósł delikatnie moją głowę do góry i spojrzał na mój krawat.
- Jesteś Kotem.- Stwierdził. Nie zapytał.
- Jak najbardziej Sempai.- Powiedziałem. Zmarszczył czoło.
- Czy ty próbujesz mnie ośmieszyć?
- Nie mam na tyle dużych jaj, aby to zrobić Sempai.- Zaprzeczyłem gorliwie machając głową. Wszyscy (dosłownie wszyscy) wlepiali we mnie swoje ślepia.
- Taki-chan zostaw Kota w spokoju. Może przyszedł sobie posiedzieć na dachu? Przyszedłeś tutaj posiedzieć?- Zapytał Aoi-sempai przyglądając mi się znad tomu MOJEJ mangi.
- Nie, Sempai.
- Zapalić?
- Nie, Sempai.
- Palisz?
- Nie, Sempai.
- Dlaczego mówisz do mnie Sempai?- Zapytał. Zerknąłem na niego przelotem nie rozumiejąc o co mu chodzi, po czym ponownie spojrzałem na swoje buty.
- Ponieważ jesteś starszy ode mnie i jesteś w klasie wyżej Sempai.
- No to Kocie, nie jesteś tutaj na wagarach, nie chcesz się z nami bić, ani nabijać się z Taki-chan, nie palisz ani nie przyszedłeś pogapić się w niebo, więc…. Czego tutaj szukasz?- Zapytał Aoi-sempai.- Ah…. Co ten Luffy wyprawia?!- Warknął i przerzucił stronę dalej. Zacisnąłem delikatnie pięści na krawędzi swojej marynarki.
- Czy mogę odzyskać…
- Co?- Takizawa-sempai znowu uniósł swój głos.
- Swoją mangę….- Powiedziałem cicho.
- Hę?
- Chcę odzyskać swoją mangę, jeżeli jest taka możliwość.- Dodałem głośniej na ich grupowe „hę”.
- To twoja manga?- Zapytał Aoi-sempai. Kiwnąłem twierdząco głową.- Skąd ją masz, skoro powinna być dostępna w sprzedaży dopiero za trzy dni.
- Od brata.- Odparłem na kolejne jego pytanie.
- A twój brat skąd ja ma?
- Od przyjaciela.
- A jego przyjaciel?
- Aoi kurwa czytaj to gówno i lecimy dalej.
- Zamknij się. Nie z tobą Taki-chan gadam, tylko z Kotem. I chcę dokładnie przeczytać to, co się dalej będzie działo, bo ewidentnie Luffy nie powinien wchodzić do tego lasu, ale on jest taki…
- ….nfhsijgndf…Spoiler….nejkf hejfh- Zamamrotałem cicho pod nosem.
- Hę?- Takizawa-sempai pochylił się w moją stronę.- Coś ty przed chwilą powiedział?- Dopytywał. Zacisnąłem mocno wargi aby się nie odezwać. Przecież nie mogę powiedzieć, że powiedziałem „Ucisz się. Spoiler to zło. Zamknij się.”. Chyba na pewno złamałby mi kark.
- Skoro mówisz, że Spoiler to zło znaczy, że nie czytałeś jeszcze tego tomu.- Odezwał się
Aoi-sempai. Spojrzałem na niego gwałtownie. Usłyszał mnie! On mnie usłyszał! Patrzył na mnie. Nie uśmiechał się. Był poważny na twarzy. Ojć…. Chyba go wkurwiłem.
- Przepraszam. Może Sempai zatrzymać ten tom. Przepraszam.- Zawołałem po czym czmychnąłem z tego dachu w te pędy i pognałem najszybciej jak mogłem do swojej klasy. Zabrałem
z niej plecak, wiedząc, że jeżeli mam jakieś szanse na ucieczkę to właśnie teraz.

***
Rozchorowałem się.
Kiedy postanowiłem uciec ze szkoły strasznie się rozpadało, wpadłem do rzeki idąc do domu pod którym musiałem sterczeć, aż mój brat nie wróci z pracy. Nie wiedziałem, że udam się na wagary więc nie zabrałem kluczy z domu, a brat nie wiedział, że go w jego dzień wolny ściągną do pracy, więc sobie do niej pojechał. A ja pięć godzin siedziałem w ulewie pod drzwiami.
No i się rozchorowałem. Prawie na trzy tygodnie. Nawet ze szkoły dzwonili. Z racji tego, że praktycznie z nikim nie gadałem to nauczyciel przywiózł mi notatki z lekcji. Za trzy dni miałem wrócić już do szkoły. Było trochę lepiej. Praktycznie odzyskałem głos i spadła mi całkowicie gorączka. Miałem tylko problemy z mówieniem i przełykaniem czegokolwiek. Dzisiaj nawet dostałem zgodę od swojego brata na to, że mogę się umyć normalnie w wannie.
I mogłem umyć włosy!
Stojąc tak w łazience i kończąc ogarnianie włosów usłyszałem dźwięk dzwonka do drzwi. Nie ruszyłem się z łazienki. Wiedziałem, że w domu jest jeszcze brat, który tylko czeka, aż skończę się ogarniać.
- Sho-chan!- Zawołał. Założyłem na głowę cienką opaskę, która odgarnęła mi włosy z czoła. Chyba muszę je już trochę skrócić.
- Tak?- Zapytałem wychodząc z łazienki. Słyszałem jak rozmawia z kimś w salonie, przez który musiałem przejść aby dostać się do swojego pokoju.
- Muszę już jechać po Miśka.
- Spoko.- Powiedziałem wchodząc do salonu.
- A ty masz gościa.- Dodał. Przystanąłem zaskoczony gapiąc się na niego jak na idiotę. Ja? Gościa? Niby kogo?
- Że ja?
- Tak.
- Kogo?- Zapytałem. Kolana się pode mną ugięły, kiedy zza mojego wysokiego brata wyszedł nie kto inny jak….
- Yoł.- Aoi-sempai uniósł prawą rękę w geście powitania i uśmiechnął się na widok mojej miny.
- Sempai….?- Zapytałem nie rozumiejąc co się właśnie tutaj dzieje. Przyłożyłem sobie do czoła rękę. Może mam gorączkę. Halucynację? Nie wiem! Ale coś to musi być skoro go teraz widzę!
- Przyniosłem ci kolejny zestaw notatek do szkoły.- Powiedział uśmiechając się zadziornie. Dokładnie wyczułem na swoim ciele jego przeszywające spojrzenie, kiedy mierzył mnie od czubka głowy aż po same palce u stóp. Najwięcej uwagi poświęcił twarzy. Chciałem odwrócić ją speszoną, ale gapiłem się na niego szeroko otwartymi oczyma.
- Słucham? Że co?- Zapytałem nie mogąc oderwać od niego wzroku. Zaśmiał sie kiedy mój brat strzelił mnie delikatnie w czoło próbując w ten sposób pozbyć się mojego rozkojarzenia.
- Zaproponuj mu herbatę, a nie się gapisz jak ciele w malowane wrota.- Zaśmiał się
i potarmosił mi włosy. Spojrzałem na niego wydymając policzki niczym małe dziecko. Znowu pstryknął mnie w czoło.- Ja lecę po Miśka.- Dodał i po chwili już go nie było. Stałem w milczeniu tam gdzie mnie zostawił i gapiłem się na drzwi, za którymi zniknął. No bo przecież to niemożliwe aby zostawił mnie tutaj samego z Aoi-sempai. No bo weźcie, ktoś taki jak on w domu kogoś takiego jak ja?! To się kupy wcale nie trzyma!
- Ja z chęcią napiję się tej herbaty, jeżeli to nie jest dla ciebie problemem.- Powiedział rozbawiony Aoi-sempai, kiedy spojrzałem na niego jak na kosmitę w leginsach.
- A. Tak. Dobrze. Zwykła może być czy woli Sempai owocową?
- Zwykła.
- Dwie łyżeczki cukru?- Zapytałem dla potwierdzenia. Przyglądał mi się uważnie. Zakryłem pospiesznie usta, kiedy zorientowałem się co takiego zrobiłem.- Um… idę ją zaparzyć. Proszę, usiądź.- Dodałem i uciekłem szybko do kuchni byle daleko od jego magnetycznych oczu. Boże! Co on robi w moim domu?! Naprawdę przyniósł mi moje notatki? Jak nauczyciel miał czelność kazać mu to zrobić?!
Mieliłem pod nosem stos przekleństw pod adresem swojego nauczyciela. Pewnie gdyby ktoś usłyszał z moich ust takie słownictwo pomyślałby, że musiał się rozchorować.
- Nie sądziłem, że znasz takie słowa.- Usłyszałem głos za sobą. Drgnąłem zaskoczony upuszczając łyżeczkę na podłogę. Serce mało co nie wyskoczyło mi przez gardło, a żołądek nie zatrzymał się przy samych kostkach u stóp. Tylko brat i jego chłopak słyszeli u mnie takie słownictwo. Nigdy nie chciałem aby to się zmieniło. A tym bardziej aby on słyszał jak tak mówię.
Szybko schyliłem się po łyżeczkę nie patrząc w stronę drzwi.
- Przepraszam.
- Za co?
- Um…
- Pytam, bo nie rozumiem.- Powiedział Aoi-sempai stając koło mnie.
- Za moje słownictwo.
- Jesteś u siebie…
- … ty jesteś starszy….
- Sam przeklinam.
- Nie przy starszych.
- Skąd wiesz?- Zapytał biorąc zielony kubek, w którym przyszykowałem mu parujący napój. Poczekał aż ogarnąłem wszystko w kuchni. Bardzo dokładnie czułem na sobie jego spojrzenie. Żałuje, że nie ubrałem na siebie dzisiaj niczego luźniejszego co zakryłoby moje zbędne kilogramy, o których za każdym razem jak mówiłem w domu dostawałem ostry opierdol od chłopaka mojego brata.
Uważał, że moja waga jest idealna i dodaje mi uroku, więc nie muszę chodzić w workach po ziemniakach jak on pieszczotliwie mówił o moich ciuchach tylko mogę ubrać coś bardziej podkreślającego moje ciało. I żałowałem, że się z nim zgodziłem. Bo przez te jego ciuchy podkreślające rzekomo moje walory Sempai się na mnie ciągle gapił mierząc mnie od góry do dołu.
A ja miałem na sobie tylko dresowe rybaczki oraz luźniejszą koszulkę z nadrukiem z One Piece, która odkrywała mi lewe ramie. Prezent od tego choleryka.
Wtedy mi się podobał. Bo był z mojego ukochanego anime.
Teraz pragnąłem tylko o jednym
Aby go zmienić.
Wtedy nie czułbym na sobie tego spojrzenia, którego nie rozumiałem.
Poprawiłem nerwowo koszulkę starając się zakryć swoje odkryte ramie i wskazałem delikatnie wolną ręką drzwi prowadzące do pomieszczenia obok.
Sempai pokiwał twierdząco głową na znak, że rozumie o co mi chodzi.
Wróciliśmy do salonu. Nim usiadł na jednym z foteli (mój obiekt westchnień siedzący na fotelu u mnie w salonie!) wyciągnął ze swojej torby szkolnej starannie złożone papiery. Podał mi je.- Proszę.
- Um… dziękuje.
- Więc… odpowiesz mi na moje wcześniejsze pytanie?- Zapytał rozsiadając się w fotelu 
i biorąc łyk ciepłego napoju. Zamruczał. Czy on zamruczał? Boże! On seryjnie zamruczał!
- Słodki.
- Napój? Nie.- Odparł rozbawiony. Całe szczęście, że pomyślał iż mówię o napoju, a nie
o nim! Uśmiechnął się pod nosem. Znałem ten uśmiech. Nie raz widziałem go na jego twarzy. Za każdym razem kiedy orientował się o co w danym momencie chodziło i podłapywał zabawę…
Boże…. Tylko nie to….
Niech to będą tylko moje chore domysły…
Przecież on nie może mnie tak łatwo odczytywać!
Od kiedy pamiętam wielu ludzi miało problem z poprawnym odczytaniem mojej tonacji głosu oraz mowy ciała. Ba! Wieloletni partner mojego brata ma z tym problem do dzisiaj, więc teraz to po prostu moja wyobraźnia musiała zacząć płatać mi figle.
Może gorączka mi wróciła?
-….emm….- Podrapałem się po karku myśląc co mam mu powiedzieć. Chociaż w głowie ciągle pojawiał mi się bzdurny obraz jego w moim salonie. Fikcja na miarę autora One Piece.
- Więc….
- Um…- Podrapałem się po karku patrząc przez chwilę gdzieś w bok.- Kilka razy stałem za tobą w kolejce w szkole na stołówce i widziałem ile sypiesz cukru. Tak jakoś zapadło mi to w pamięć.
- Obserwujesz mnie?
- Jak cała szkoła.- Odparłem wymijająco. Uśmiechnął się wrednie pod nosem.
- Ta… coś mi się obiło o uszy. I… jakie wnioski?
- Z czego?
- Z twoich obserwacji? Normalnie jak człowiek kogoś obserwuje, to chce poznać wnioski na temat swojego eksperymentu.
- Nie jesteś eksperymentem.
- A ty lubisz unikać odpowiedzi i zmieniać temat.- Zauważył. Zaśmiał się kiedy spojrzałem na niego przerażony. Przejrzał mnie!
- Wnioski…- Podrapałem się po brodzie i wziąłem kilka łyków herbaty.- …Sempai jakiej odpowiedzi oczekujesz?- Zapytałem zagubiony chowając roztrzęsione dłonie pod zgięte kolana. Czułem jak mnie obserwuje.
- Szczerej i prawdziwej. Będę wiedział, kiedy kłamiesz.- Zaznaczył. Spojrzałem na niego
z niedowierzaniem. Tylko mój brat i jego chłopak wiedzieli kiedy kłamię. Nawet nauczyciele nie potrafili tego twierdzić. A on mówi…- Nie wierzysz mi?
- Wierze.
- Kłamiesz.
- Skąd…?- Spojrzałem na niego i zamilkłem, kiedy wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Kiedy kłamiesz mówisz troszkę głośniej i twój lewy kącik ust idzie delikatnie do góry. Przy okazji odchylasz swoje ciało w tył jakbyś chciał się oddalić od rozmówcy. Kiedy jesteś zdenerwowany drapiesz się po karku i odwracasz głowę w lewy. Z kolei kiedy jesteś zawstydzony drapiesz się po głowie i patrzysz w prawo. Kiedy się denerwujesz oblizujesz szybko wargi i spinasz ramiona. Kiedy się cieszysz jesteś tak rozluźniony, że pewnie podmuch wiatru by cię zwalił ze schodów, a kiedy…
- Skąd to wiesz?- Zapytałem niekulturalnie nawet jak na samego siebie. Spojrzał na mnie
i prychnął pod nosem.
- Jestem dobrym obserwatorem.
- Obserwowałeś mnie?
- Tak.
- Dlaczego?
- O nie, nie, nie Shota. Odpowiem ci na to pytanie jeżeli powiesz mi do jakich doszedłeś wniosków, kiedy mnie obserwowałeś.- Zaznaczył i zaśmiał się kiedy spojrzałem na niego święcie oburzony oraz zaskoczony. Znał moje imię. Pierwsze imię na dodatek!
- A ty mnie uderzysz.
- Nie mam zamiaru cię bić.
- Jaaaasne.
- Obserwowałeś mnie więc wiesz, że dotrzymuje raz danego słowa.
- Dotrzymujesz.
- Więc?
- Sempai… przepraszam…- Powiedziałem patrząc na swoje kolana, kiedy nie mogłem już znieść jego czujnego spojrzenia na swojej twarzy. – Ale ja cię lubię.- Dodałem szeptem mając cichą nadzieję, że tego nie usłyszał.
- Od jak dawna?- Zapytał chłodno. Usłyszał. Bałem się na niego spojrzeć.
- Chyba od początku roku. Nie wiem, kiedy się zorientowałem już szukałem cię w tłumie.
- I czego ode mnie oczekujesz? Odpowiedzi? Odwzajemnienia uczuć? Co?- Zapytał oschle. Skurczyłem ramiona obniżając bardziej głowę w dół. Bałem się mu spojrzeć w twarz. Bałem się przebywać z nim sam na sam.
- Jeżeli mogę, to chcę dwóch rzeczy.- Szepnąłem w swoje kolana.
- Dużo żądasz.- Zauważył. Drgnąłem. Za dużo? To tylko dwie małe prośby.- No słucham? Czego sobie życzysz?
- Nie mów nikomu o tym co czuje.- Wziąłem głęboko wdech i dałem sobie mentalnego kopniaka.- I jeżeli byś mógł po odrzuceniu mnie nie pobij mnie za to wyznanie.
- Wniosek odrzucony.- Mruknął. Usłyszałem jak odstawia kubek na stole. Jak to wniosek odrzucony?
- Słucham?
- Nie mam zamiaru milczeć o tym wyznaniu.- Mruknął oburzony. Czyli rozpowie o nim wszystkim, a wtedy…? Zdusiłem w sobie jęk i szloch. Nie mogę jeszcze płakać. Nie teraz.- A po drugie…
- Pobijesz mnie…?
- Nie, kurwa! Dlaczego mam cię bić?! Czy ty chcesz abym cię zabił?! Pałęta się to takie małe, kruche i słabe po szkole więc bardzo dobrze wiem jaką masz siłę! Przecież jak bym cię uderzył to tym cię zabił na miejscu!- Krzyknął na mnie oburzony. Wgniotłem się w fotel.- I dlaczego do kurwy nędzy sam decydujesz o tym czy cię odrzucę czy nie. To chyba do mnie należy decyzja.
- Słucham?- Zapytałem patrząc na niego gwałtownie. Przyglądał mi się z powagą wymalowaną na twarzy.
- Nie odrzucę cię.
- Co? Dlaczego?- Wystrzeliłem w jego kierunku nie rozumiejąc kompletnie tego co nim aktualnie kierowało.
- Bo nie chcę.
- Dlaczego?
- Bo też jesteś moim obiektem obserwacji. A wniosek wyszedł taki sam jak u ciebie.- Mruknął i spojrzał na mnie delikatnie. Poczułem jak na moją twarz wypływa gorący szkarłat, a w oczach zbierają się łzy.- Chcesz abym cię odrzucił?
- Nie!- Zaprzeczyłem gwałtownie. Zaśmiał się głośno.
- Spoko. Więc,… chcesz spróbować?
- Tak.-Szepnąłem cicho kiedy ukucnął przede mną i położył na moich gorących policzkach swoje wielkie i szorstkie dłonie. Uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Dziękuje.- Mruknął po czym na moim rozgrzanym czole złożył pierwszy i nie ostatni pocałunek.
Obserwacja i odczytywanie mowy ciała dało nam w naszych relacjach naprawdę wiele i to dzięki mowie ciała Sempai potrafił się przebić przez moją fortece nerda i wyciągnąć mnie z mojej samotni.


**********************************************
I jak wam się spodobało?
Mam nadzieję, że było chociaż troszkę ciekawe:)
Zapraszam za tydzień:)
Pozdrawiam:
Gizi03031:D

niedziela, 22 kwietnia 2018

Mannaro 6 (OSTATNI)

No i w końcu dobiliśmy do ostatniego rozdziału tego opowiadania.
Muszę pogrzebać w odmętach mojego komputera może uda mi się coś znaleźć, tak aby mieć co dodawać do maja, a od maja zacznę się martwić na nowo...
*********************************

- Jeszcze raz!- Ryknął Kirk stojąc na wielkim ganku swojej posiadłości i spojrzał na trójkę młodych zmiennych, którzy próbowali przejść kompletną przemianę. Nigel stał na ganku tuż za jego plecami i obserwował całe to zajście. Miał cichą nadzieję, że w końcu im się uda. Nie mógł już patrzeć jak ten wielki samiec wyciska z nich wszelkie siły nie pozwalając im na chwilę odpoczynku.
Minął rok od kiedy zgodził się wprowadzić do posiadłości alfy. Przez rok mieszkał w jego domu i czasami jak miał dobry humor pozwalał złapać się za rękę, powąchać swojego nadgarstka, stanąć bliżej. Wiedział, że swoim zachowaniem ranił mężczyznę, ale nie mógł się przemóc do tego aby pozwolić mu na więcej. Czasami miał taką wewnętrzną ochotę podejść do niego, paść mu w ramiona i oddać się w każdym znaczeniu tego słowa, ale już w zarodku dusił te myśli. Podejrzewał, że Kirk jakoś wyczuwał jego potrzeby bo wtedy pozwalał sobie na te trzy rzeczy jednocześnie. Trzymał go za rękę, wąchał jego nadgarstek i stał niebezpiecznie blisko. Ale tak jak obiecał nie zrobił nic. Nie posiadł go, ani nie pocałował. Po prostu był. I czekał. A biedny Nigel nie wiedział ile czasu będzie musiał czekać. Ostatnio zauważył, że Kirk tak samo jak Omoi zażywał owe zielone tabletki. Wiedziony czystą ciekawością sprawdził co to za tabletki. Po tym kilka dni wszystkich unikał i maskował swój zapach (warczały na niego trzy psy!), kiedy dowiedział się, że tabletki te miały za zadanie hamować popęd seksualny i wzmacniać wstrzemięźliwość wśród Magicznych, których los obdarzył o dużo młodszym partnerem, tak jak to było w przypadku Omoi’a, którego partnerka była od niego młodsza ponad piętnaście lat. Omoi musiał czekać aż ta będzie miała osiemnaście lat, a żeby zamroczony żądzą nie zrobić jej krzywdy zmuszony był brać te tabletki. Dlaczego więc i Kirk musiał je brać? Odpowiedź nasunęła mu się bardzo szybko. Kirk wiedział od nim od prawie że dziesięciu lat. Dziesięć lat miał partnera, którego nie posiadł i nie oznaczył. Nigel wiedział o nim od roku. To Kirk miał gorzej i jego kontrola z każdym miesiącem słabła. Jeżeli kiedyś straci ją całkowicie…
Po ciele Nigela przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nie chciał, aby starszy mężczyzna tracił nad sobą panowanie. Jeżeli już miałby wybierać to wolałby się oddać komuś kto nad sobą panuje i kto nie zrobiłby mu krzywdy.
-… Nigel… Nigel.- Drgnął kiedy poczuł na ramieniu znajome ciepło. Spojrzał przed siebie. Kirk stał za barierkami na ganku i przyglądał mu się dokładnie.- Coś się stało?
- Nie. Dlaczego pytasz?- Zapytał. Zdziwiła go brew mężczyzny podążająca ku górze. Oznaka zaskoczenia. Kirk wciągnął kilka razy powietrze przez nos po czym rozejrzał się czujnie dookoła siebie jakby chciał coś sprawdzić. Nigel zerknął na swoje ciało. I zrozumiał. Kirk musiał wyczuć jego panikę oraz strach, a że biedak nie miał wglądu w jego głowę pewnie pomyślał, że ten zobaczył coś co go przestraszyło i wpadł w panikę. Nigel złapał jego dłoń w swoją. Kirk drgnął i spojrzał na niego powoli. Chłopak wiedział co zrobić, aby uspokoić niespokojnego i zagubionego wilka mężczyzny. Pocałował delikatnie jego nadgarstek.- Nic się nie stało. Po prostu coś sobie pomyślałem i moje ciało tak zareagowało. Nie dzieje się nic złego.- Powiedział cicho przyglądając się mężczyźnie zza swoich okularów. Ten po chwili wypuścił głośno powietrze z płuc i odchylił głowę do tyłu patrząc w błękitne niebo.
- Przyprawisz mnie kiedyś o zawał serca.
- Taki słaby jesteś?
- Przy tobie każdy by wymiękł.- Wyszczerzył zęby w szczerym uśmiechu. Nigel odwrócił speszony wzrok. Dobrze wiedział co się z nim działo. Zorientował się już jakiś czas temu, że jego uczucie braku zaufania oraz ostrożności zamieniło się w cieplejsze uczucie sympatii oraz wyluzowania względem tego mężczyzny. Wiedział, że to tylko kwestia czasu aż dopuści do siebie myśl, która już tłukła mu się w głowie, że kocha tego mężczyznę. Wiedział o tym, ale jeszcze wstrzymywał się z wypowiedzeniem tych uczuć na głos.
- Przesadzasz.
- To ty się niedoceniasz.
- Znowu przesadzasz.
- Chcesz się przyłączyć.- Zapytał znienacka wskazując głową na trójkę dzieci. Nigel pokręcił przecząco głową. Wszyscy w stadzie myśleli, że on nie umie się zamieniać, a on najnormalniej w świecie nie mógł i  nie chciał się zamienić. Zmarszczył czoło kiedy na podjazd zajechał nieznany mu jeep, a z jego wnętrza wysiadła młoda ,zielono włosa dziewczyna z masą kolczyków w twarzy. Ubrana w zwiewną, krótką sukienkę w kwiatki oraz japonki pisnęła głośno, krzyknęła w nieznanym dla niego języku i rzuciła się na plecy nie kogo innego jak właśnie Kirka. Pocałowała go mocno w policzek i nadal z uśmiechem na twarzy trajkotała jak najęta. Kirk uścisnął ją delikatnie i uśmiechając się do niej przepraszająco spojrzał w stronę Nigela, który odsunął się od niego jak poparzony i popatrzał zza przymrużonych powiek. Kirk odsunął gwałtownie od siebie nieznajomą dla Nigela dziewczyną i uniósł dłonie do góry w geście niewinności. Nigel prychnął tylko pod nosem i ruszył w kierunku schodów.- Nigel! To nie tak jak…- Kirk urwał w połowie zdania i oniemiały otworzył buzie prawie, że po samą ziemię. Mimo, że do schodów zbliżał się Nigel, tak na ścieżce przed schodami stał ogromny(większy nawet od niego w tej formie) biały wilk. Jego sierść połyskiwała złotem, a zimne, błękitne oczy obrzuciły go jednym spojrzeniem po czym wilk jakby nigdy nic, machając nerwowo ogonem skierował swe kroki w stronę lasu.
- Wkurwiłeś go i zraniłeś jednocześnie.- Powiedział Omoi obserwując wilka znikającego w lesie.- I to do takiego stopnia, że jego wilcza natura postanowiła nad nim zapanować, aby zabrać częściowo od niego te uczucia, bo jako człowiek nie byłby w stanie ich znieść. Co ty tak właściwie zrobiłeś?
- Przywitałem się tylko z moją kuzynką.
- On wie kim ona jest?
- ….
- A jej partner z nią przyjechał?
-…
- Czyli obściskiwałeś się z nią na jego oczach, nie mówiąc mu kim ona jest i że jest zajęta?
- Idę do niego.
- Mam nadzieję, że wilk wujka odgryzie ci za to łeb.- Warknęła przechodząca koło nich Tallulah po czym zniknęła we wnętrzu domu. Kirk podrapał się zakłopotany po szyi i zastanawiał się jak miał to niby teraz odkręcić. Przede wszystkim musiał namówić Nigela do tego, aby ten wyszedł z ukrycia i ukrył swoją zabójczo piękną bestie w środku.

***

Siedząc pod jednym z wielu wiekowych drzew znajdujących się w tym lesie wyczuł, że Kirk się zbliża. Poruszył się niespokojnie po czym przymknął oczy kładąc wcześniej pysk na skrzyżowanych przednich łapach. Pozwolił aby promienie słoneczne przeciskające się przez gęste konary drzew ogrzewały jego sierść. Od lat nie wypuścił swojego wilka na wolność. Ostatnio miało to miejsce jakieś trzy lata temu, kiedy Terence zaatakował jakiegoś dzieciaka ze szkoły, a Nigel zamienił się w wilka aby go uspokoić, a dzieciakowi dać podstawy do myślenia o tym, że zwariował. Po tym Terence powiedział temu dzieciakowi, że nie chce mówić nikomu o tym co ich zaatakowało bo i tak nikt by im nie uwierzył i pomyśleli by, że po prostu dzieciaki naoglądały się za dużo bajek. Przed tym wyskokiem sprzed trzech lat Nigel ostatni raz zamienił się w wieku czternastu lat. Od tamtego czasu pozwalał wilkowi pojawiać się pod powierzchnią skóry, ale nigdy nie wypuścił go ponownie na zewnątrz. Wiedział, że jest wielkim stworzeniem. O wiele większym niż sam alfa, gdzie tak nie powinno być. W tej postaci miał lepszy słuch i wzrok, miał lepszą intuicję, ale niestety… nie posiadał węchu. Więc w pewien sposób ta część jego samego nie była mu potrzebna. Jako człowiek nic nie czuł to po co ma się zamieniać w wilka, który również nic nie czuje i na dodatek wyróżnia się w stadzie.
- Nigel.- Usłyszał głos po swojej prawej stronie. Nawet się nie poruszył dalej mając zamknięte oczy. Nie miał zamiaru pokazać mu, że ruszył go widok jaki miał okazję chwilę temu oglądać. Mimo, że nie byli związani sam Nigel starał się nie zbliżać do innych aby nie nanieśli na niego swojego zapachu, utrzymywał dystans, nie pozwalał się dotknąć, a Kirk. Nie dość, że dał się dotknąć tej kobiecie i pocałować to jeszcze z uśmiechem na twarzy ją objął! Z jego gardła zaczęło wydobywać się głośne warczenie kiedy usłyszał, że Kirk się zbliżał. Nie chciał teraz z nim rozmawiać. Nie chciał go widzieć! Chciał być sam, ale ten jak zwykle miał to głęboko gdzieś!- Nigel posłuchaj… nie warcz… to nie tak… przestań warczeć…. Ta kobieta, to…. NIGEL!- Kirk przystanął kiedy wielkie wilczysko kłapnęło zębami niedaleko jego twarzy. Wilk patrzył na niego zbolałym wzrokiem obnażając ostre kły. Warczał głośno.- Tak chcesz się bawić?- Zapytał Kirk strzelając kilka razy z kostek u rąk. Nigel poruszył się niespokojnie. Wiedział, że mimo swoich wielkich rozmiarów nie wygra w walce z alfą. Nie chciał z nim walczyć!- Nigel.- Zdwojony siłą przywódcy głos zaczął rozbrzmiewać w jego głowie. Poruszył nią niespokojnie próbując się uwolnić, ale wiedział, że to niemożliwe.- Przemień się.- Rozkaz. Kirk wydał mu rozkaz, a on musiał go wypełnić mimo, że całą swoją osobą chciał mu powiedział aby ten się od niego odwalił. Zaskomlał przeciągle i popiskując cicho odwołał swoją bestie ukrawając ją ponownie we wnętrzu swojego ciała. Klęczał pod drzewem patrząc na ściółkę pod swoimi nagimi stopami. Jego ubrania rozerwały się na schodach w miejscu, w którym się zmienił. Pomrugał kilka razy powiekami, kiedy zorientował się dlaczego tak kiepsko widzi.- Nigel.- Tym razem zabrzmiał normalny głos Kirka.
- Zostaw mnie.- Powiedział przez zaciśnięte zęby. Wiedział, że tylko w ten sposób uda mu się ukryć stan w jakim się aktualnie znajdował.
- Ta kobieta to moja kuzynka. Zajęta kuzynka. Ma partnera. Nic mnie z nią nie łączy. I do tego to Aanan Mashibhell tak samo jak ty.
- Nie obchodzi mnie to.- Warknął chłopak. Kirk prychnął nad jego głową upuszczając na nią jedną z bluz Omoi’a (długą, taką, która zasłoni ciało chłopaka aż do kolan). Nigel drgnął by po chwili ubrać na siebie podarunek i stanąć tyłem do mężczyzny. Mimo, że miał na sobie bluzę czuł się nagi.
- Jeżeli to cię tak nie obchodzi to dlaczego się zamieniłeś?
- Skorzystałem z twojej propozycji i postanowiłem trochę poćwiczyć.
- I poszedłeś do lasu zamiast poćwiczyć z resztą pod domem?
- Nikt mi nie będzie mówił gdzie mogę ćwiczyć, a gdzie nie.
- Racja. A teraz…- Nigel wyczuł intuicyjnie, że Kirk się do niego zbliża. Zrobił dwa kroki do przodu, kiedy silne ramiona oplątały się dookoła jego klatki piersiowej.- Dlaczego płaczesz?
- Zostaw mnie!
- Dlaczego płaczesz skoro nic cię to nie interesuje i chciałeś sobie z nami poćwiczyć. Przecież to nie powód do…- Kirk urwał w połowie zdania, kiedy Nigel sprawnie okręcił się w jego ramionach i wymierzył mu solidny policzek. Spojrzał zaskoczony na młodszego mężczyznę i drgnął kiedy zobaczył jego twarz. Wyciągnął w jego kierunku rękę, ale ta została odtrącona. Zabolało. I to nie tylko dłoń, ale serce również.
- Zostaw mnie!- Powtórzył rozhisteryzowany Nigel.
- Zrobię dla ciebie wszystko poza tą jedną rzeczą. Nigdy cię nie zostawię.- Powiedział Kirk biorąc w ramiona Nigela nie pozwalając mu się bronić i uciekać. Chłopak wciągnął ze świstem powietrze do płuc sztywniejąc momentalnie w ciele mężczyzny.- Możesz mnie bić, krzyczeć, wściekać się, a nawet płakać, ja i tak cię nie zostawię. Nigdy. Powiesz mi, że mam z nią nie rozmawiać już nigdy nie usłysz mojego głosu. Powiesz mi, że mam ją zabić zrobię to od razu jak ją zobaczę. Powiedz co mam zrobić.
- Przytul mnie…- Zaskomlał cicho Nigel. Kirk objął go mocniej ramionami wtulając twarz w jego szyję. Oddychał spokojnie. Czekał. Czuł jak ciało w jego ramionach rozluźnia się i wtula ufnie w jego. Myślał, że umrze tam ze szczęścia w tym momencie. Po chwili przekonał się, że Nigel to naprawdę dzieciak, który doprowadzi go do zawału.- Pocałuj mnie…- Wyszeptał cicho chłopak. Kirk poczuł jak jego ciało sztywnieje w oczekiwaniu na jego reakcję. Pocałował delikatnie jego szyję, później szczękę, lewy policzek, lewy kącik ust. Musnął delikatnie pełne wargi chłopaka kładącemu na prawym policzku swoją dłoń. Nigel drżał czekając na to co będzie dalej. Uchylił delikatnie usta, kiedy wyczuł jak Kirk sunie po nich swoim językiem. Kiedy wyczuł śliski organ we wnętrzu swojej buzi, wiedział, że przepadł. Jęknął głośno opierając cały ciężar swojego ciała na ciele Kirka, kiedy jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Poczuł jak silne ramiona obejmują go w pasie, a zachłanny język penetruje głęboko jego usta. Nigel miał problemy z oddychaniem, a Kirk nie przestawał pogłębiać pocałunku pozwalając mu chwilowo tylko brać to, co sam chciał mu dać. Ciało Nigela opuściły wszelkie siły, przez co osunął się nieznacznie w dół. Jego usta zostały chwilowo uwolnione, za to teraz jego szyja była maltretowana. Nie wiedział co ma zrobić z rękoma.
- Wracajmy lepiej do domu.- Usłyszał w uchu chrapliwy głos Kirka. Zadrżał i jęknął głośno czując jego zarost na swojej szyi.
- Dlaczego?
- Bo wbrew twojej woli zerżnę cię tu i teraz.
- To nie będzie wbrew mojej woli.- Powiedział cicho i jęknął kiedy starszy mężczyzna siłą zmusił go do tego aby ten na niego spojrzał. Przez ego ciało przeleciał silny prąd, kiedy zobaczył wzrok mężczyzny pełen pożądania.
- Wiesz, że już nie będzie odwrotu.
- Wiem.- Powiedział Nigel ocierając się sugestywnie o jego ciało. Kirk syknął cicho.
- Nigel…
- Mam cię błagać?- Zapytał speszony i lekko załamany chłopak. Kiedy kilka dni temu zastanawiał się nad tym jak oddaje się dobrowolnie mężczyźnie i jak to będzie wyglądać nie sądził, że będzie go musiał o to błagać jak jakaś ulicznica. Czy to wszystko przez to, że go od siebie odsuwał przez tak długi okres czasu? Teraz Kirk będzie się na nim w ten sposób odgrywać? Mimo swojej przeszłości był niepewny, nie ufał swoim zdolnością. Nie wyobrażał sobie, że miałby go błagać o to aby ten zechciał się z nim kochać. Bo o pieprzeniu nie było mowy. Kochał go i chciał się z nim kochać jak z kochankiem, mężczyzną swojego życia, a nie pieprzyć jak jakaś tania dziwka. Jeżeli ten mu powie, że musi go błagać o pieprzenie znowu się popłacze po czym odgryzie mu łeb! Kirk uśmiechnął się wrednie pod nosem.
- Będziesz mnie błagał o jedną z tych dwóch rzeczy.
- Jaką?
- O to abym przestał, albo abym nie przestawał.- Powiedział Kirk zaciskając swoje dłonie na jego pośladkach i wbił się ponownie w jego usta. Nigel wbił paznokcie w jego szyję przyciągając go bliżej siebie. Podskoczył delikatnie owijając swoje nogi dookoła jego bioder. Jęknął w jego usta, kiedy wyczuł ciepło rąk mężczyzny na swoich nagich pośladkach. Te masowały go delikatnie starając się go rozluźnić.
- Nie przestawaj.- Warknął chłopak opierając swoje czoło o czoło mężczyzny, kiedy ten zaczął mocniej ugniatać jego pośladki.
- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić tutaj?
- Tak.
- Będzie ci niewygodnie.
- Bywało gorzej.- Powiedział po czym jęknął, kiedy mężczyzna przycisnął go mocno do pnia drzewa za nim i warknął ostrzegawczo w jego szyję. Nigel odsłonił ulegle to miejsce swojego ciała. Kirk próbował się uspokoić. Nigel possał delikatnie jego ucho przeciągając paznokciami po jego szyi. Kirk ponownie syknął przeciągle wyginając się do tego przyjemnego uczucia.
- Sprawię, że nawet kochając się ze mną pod drzewem powiesz, że było ci jak w niebie.- Szepnął do jego ucha po czym pocałował go zachłannie w usta odbierając mu resztki powietrza z płuc. Nigel szalał ze szczęścia. Jedno głupie słowo, którego nie użył i jedno najważniejsze sprawiły, że chłopak mógłby umrzeć ze szczęścia oddając się temu jedynemu.

***
- Jak się czujesz?- Zapytał Kirk idąc z Nigelem za rękę w stronę domu. Chłopak nie pozwolił wziąć się na ręce, upierając się, że jest mężczyzną a nie kobietą w opałach albo księżniczką z bajki dla dzieci, dlatego mężczyzna wbrew jego narzekaniu wcisnął mu na nogi swoje buty.
- Dupa mnie boli.
- Dziwisz się?
- Gdybym wiedział, że jesteś tak wielki i nie potrafisz zapanować nad swoim libido nie pozwoliłbym ci na to w tamtym miejscu.- Syknął chłopak idąc wolno koło niego. Kirk uśmiechnął się delikatnie pod nosem.
- Jak się czujesz?- Zapytał ponownie. Nigel wiedział do czego ten pił. Przeciągnął wolną ręką po znaku na swojej szyi. Znak zębów Kirka. Teraz nikt się do niego nie zbliży tak samo jak nikt się nie zbliży do Kirka.
- Bezpiecznie. Lekko.- Spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się delikatnie.- Pierwszy raz od urodzenia jestem naprawdę szczęśliwy. A ty?
- Mógłbym umrzeć ze szczęścia, ale…
- Ale?- zapytał niepewnie Nigel. Czyżby jednak zrobił coś co mu się nie spodobało?
- Ale obiecałem, że cię nie zostawię, wiec nie mogę umrzeć. Nawet jeżeli to będzie ze szczęścia.
- Głupek z ciebie.- Nigel próbował uwolnić rękę z jego uścisku, ale został porwany w ramiona i objęty od tyłu. Zadrżał na całym ciele kiedy poczuł na karku jego delikatne pocałunki.
- Kocham cię Nigel.- Kirk objął go mocniej nie chcąc go wypuścić i wstrzymał oddech. Drgnął kiedy usłyszał śmiech chłopaka. Czyżby ten go właśnie…
- Zakochałem się w tobie na zabój, Kirk.- Powiedział Nigel i splótł palce z palcami jego dłoni po czym podniósł ją do góry i pocałował jej wierzch.- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Jesteś moim przeznaczeniem.
- A ty moim.- Powiedział Kirk i przekręcając delikatnie jego twarz złożył na jego ustach delikatny pocałunek. Nigel wypuścił cicho powietrze przez nos delektując się tym co dał mu los oraz mężczyzna, który był jego szefem, a którego jeszcze rok temu uważał za całe zło swojego skromnego świata.



Koniec :D
Stron: 36
Wyrazów: 15035
Pisane od: 08.01.2017 do 14.03.2018

**********************
I właśnie dlatego nie lubie czegoś kończyć na szybkiego i na siłe, bo wtedy moim zdaniem wychodzi mi to nad wyraz.... płasko....;/
Dziękuje za uwagę i do zobaczenia:
Gizi03031