niedziela, 4 lutego 2018

4383- Rozdział 11

Hejka:)
Bez zbędnego marudzenia i zabierania wam czasu moim bezsensownym wstępem, którego i tak prawdopodobnie nikt nie czyta zapraszam do konkretów:)
**************************
Nim zasnęliśmy Taiyō opowiedział mi co nieco o sobie. Kiedy miał pięć lat uczestniczył
w wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice. Matka była nauczycielka hiszpańskiego, ojciec pracownikiem budowy. Trafił do domu dziecka ponieważ nikt z jego rodziny nie zgłosił się do urzędu ani nigdzie po śmierci jego rodziców. Na cmentarzu był on i pracownik socjalny. Oraz ksiądz.
W sierocińcu mieszkał w pokoju z czterema chłopcami. Co jakiś czas się zmieniali, bo ktoś ich adoptował. Go nigdy nie brano pod uwagę. To właśnie w sierocińcu poznał ludzi, z którymi stracił swoje wszystkie możliwe dziewictwa.
W wieku szesnastu lat.
Mając jedenaście lat napatrzył się na niedożywione dzieciaki. Państwo nie chciało za bardzo łożyć na ich sierociniec. Zainteresował się gotowaniem i dietetyką. Czytał dużo książek, aby jakoś pomagać w sierocińcu. Okazało się, że ma niebywały talent do gotowania. Wszak z niczego potrafił zrobić coś. Pod koniec gimnazjum poznał mojego brata, który jako wolontariusz zawitał do jego sierocińca. Zaprzyjaźnili się mimo wielkiej różnicy wieku. To mój brat sprawił, że pokochał koszykówkę. Kontakt zerwał im się, kiedy moja rodzina wyjechała z miasta. Mówił, że czasami widywał mnie na mieście, ale nie mógł dopasować mnie do sytuacji. Nie wiedział, że jestem bratem Howaito. Dopiero po całej akcji z porwaniem (w telewizji nie podano do końca prawdy o porywaczach i o tym co mi robiono) dowiedział się, że to ja. Nie ukończył liceum z powodu jakiś problemów w sierocińcu (nie chciał powiedzieć jakich). Kiedy skończył osiemnaście lat prawnik jego rodziców powiedział mu, że zostawili dla niego niezłą sumkę, którą mógł wybrać po ukończeniu pełnoletniości. Pojawili się jacyś jego krewni roszcząc sobie prawa do jego pieniędzy. Kazał im spierdalać. Napisał u prawnika pismo, że w razie gdyby coś mu się stało całe pieniądze z konta przechodzą na konto sierocińca. Wspomógł ich finansowo. Zainwestował sporą sumkę w jakiś biznes (powiedział, że na razie nie muszę wiedzieć w jaki) po czym przeniósł się tutaj
z dala od złych wspomnień i rodziny, która go prześladowała. Nałożył im niebieską kartę.
Mieszkał sobie tutaj i pracował po ukończeniu licznych kursów kucharskich. Katastrofa przyszła pewnego ciepłego dnia, kiedy w pracy powiedziano mu, że musi wrócić do szkoły, a kiedy wieczorem wrócił do domu i poszedł się kąpać budynek w którym mieszkał stanął w płomieniach. Chwycił tylko teczkę z dokumentami i swoją torbę z którą przyszedł z pracy. Wszystko spłonęło. On podtruty czadem trafił do szpitala. Później ze szpitala do nich do domu mając nadzieję, że jakoś się ze wszystkimi dogada i odwdzięczy się za gościnę, co oczywiście dzięki mojej zajebistej osobie było tylko pobożnym życzeniem.
Śmiał się cicho, kiedy oburzony jego bezpodstawnymi oskarżeniami, że niby z premedytacją zniszczyłem mu jego plany zaprzeczałem temu jawnemu oszczerstwu.
Nawet kiedy zasypiałem słyszałem jego śmiech. Miałem ochotę podejść wepchać mu ten śmiech ponownie do gardła, ale postanowiłem nie kusić losu.

^^~^^

Otworzyłem swoją czarną szkatułkę, którą zawsze trzymałem w szufladzie swojego biurka,
a kluczyk do niej chowałem pod łóżkiem na deseczkach. Pokręciłem nosem i przeliczyłem swoje kieszonkowe. W sumie wyszło mi 1409869,08 yenów (Aut. Około 50 400 złoty). Nie ma się co dziwić, że aż tyle skoro od siedmiu lat dostawałem kieszonkowe co tydzień i nie wydałem z tego kompletnie nic. Wybrałem z tego osiem tysięcy po czym zamknąłem dokładnie szkatułkę i odłożyłem ją na miejsce. Pieniądze schowałem do swojego wcale nie wykorzystanego portfela (któryś tam prezent pod choinkę). Do środka wsadziłem również swoje dokumenty, zdjęcie mamy i brata, oświadczenie woli oraz numer kontaktowy do mamy, brata i mojego współlokatora. Kiwnąłem głową sam do siebie, po czym zbiegłem na dół. Wiedziałem, że brat siedział w kuchni z mamą. Taiyō był
w pracy. Zadzwonili do niego czy przyjdzie mimo swojego grafikowego wolnego.
- Howaito. Sprawa jest.- Powiedziałem zatrzymując się gwałtownie na stole. Przytrzymał swój i mamy kubek ratując je przed upadkiem i swoje krocze przed wrzątkiem na nim.
- Trzy głęboki wdechy.- Poradził. Zrobiłem to co powiedział. I spojrzałem na niego wyczekująco.- Co jest?
- Dobre miejsce w mieście, w którym można zjeść.- Powiedziałem na wydechu. Jego lewa brew powoli powędrowała ku górze. Poczułem na sobie spojrzenie matki.
- Ty chcesz jeść na mieście?
- Mhy.
- Ty?
- No ja twój brat, który nie je nawet tego co gotuje mama chce zjeść na mieście.- Powiedziałem i patrzyłem na niego z nadzieją w oczach. W końcu on powinien wiedzieć.
- Em… możesz iść do Kukkikuma.- Powiedział. Gapiłem się na niego jak na jakiegoś czuba nie mogąc uwierzyć w to czy dobrze usłyszałem i zrozumiałem czy mi się po prostu tak tylko wydawało.
- Em… ktoś nazwał swój lokal „Ciasteczkowe misie”?
- Ta… nic dodać nic odjąć. Po prostu Ciasteczkowe Misie.
- Jakie to miejsce?
- Dobre. Powinno ci się spodobać.- Powiedział przyglądając mi się uważnie. Kiwnąłem głową i sięgnąłem po swój telefon. Po kilku chwilach „łażenia” po Internecie wyszukałem adres i numer do tego lokalu. Okazało się, że trzeba składać rezerwację. Podrapałem się po głowie. Wybrałem do nich numer i podszedłem do lodówki sięgając z niej jabłko, co było tylko fortelem do tego aby zobaczyć kiedy Taiyō ma znowu wolne. Wypadało w tą sobotę.
- Restauracja Kukkikuma, słucham?- Usłyszałem głos jakiejś dziewczyny. Zagryzłem policzek od wewnętrznej strony, aby tylko się nie zaśmiać.
- Dzień dobry, chciałem zarezerwować stolik u państwa.
- Na kiedy?
- Sobota. Ta sobota.- Dodałem starając się ignorować palący wzrok mojej wścibskiej rodzinki na swoich plecach.
- Tak. Mamy jeszcze wolne miejsca na ten dzień. Stolik na ile osób?
- Um… dwie.
- Bardziej ustronne miejsce czy w centrum lokalu pan preferuje?
- Um…. Ustronne.-Powiedziałem cicho przekręcając głowę w bok.
- Na którą godzinę ma być gotowy stolik?
- Na 19.
- Stolik ma być zarezerwowany na nazwisko?
- Ciasteczkowy Miś.- Powiedziałem nim zdążyłem się ugryźć w język. Usłyszałem jak za mną Howaito prychnął głośno, by po chwili przekląć siarczyście. Spojrzałem za siebie, by zobaczyć jak wyciera plamy kawy ze stołu.
- Słucham?
- Ciasteczkowy Miś.
- Um… Dobrze. Potwierdzam rezerwacje stolika na sobotni wieczór, dla dwóch osób,
w ustronnym miejscu, na nazwisko Ciasteczkowy Miś.
- Tak. Zgadza się. Dziękuje i dowidzenia.
- Dowidzenia.- Powiedziała dziewczyna i się rozłączyła. Wywaliłem ogryzek do śmietnika.
- Dałeś po bandzie. I to nieźle. Dzwonisz do restauracji i jesz do słuchawki, a na dodatek podałeś taką nazwę przy rezerwacji stolika, że już chyba bardziej chamski być nie mogłeś.
- Samo mi się wyrwało.
-…- Pokręcił tylko przecząco głową i nic więcej nie powiedział.

**’
Siedziałem jak na szpilkach i czekałem na jego odpowiedź. A on? On gapił się na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu i do tego jakbym stał przed nim tak jak mnie matka urodziła.
Gołego i wesołego.
No ale i do gołego i do wesołego było mi daleko, więc on tak tylko patrzył.
Profilaktycznie.
Dla zasady.
Żeby się pogapić.
- Dlaczego?- Padło jedno pytanie. Nie odpowiedź „tak” ani nie odpowiedź „nie” tylko jedno, głupie pytanie „dlaczego”. I co ja mu miałem powiedzieć? Chyba nie chciał abym powiedział mu wprost dlaczego się o to zapytałem?!
- Um…. Dlaczego się pytasz dlaczego?- Zapytałem idiotycznie. Zmarszczył czoło, co nie wróżyło niczego dobrego.
- Chyba pierwszy zapytałem dlaczego? Co ty kombinujesz?
- Nic.
- Więc? Dlaczego?
- Nie odpuścisz dopóki ci nie powiem?- Zapytałem. Wzruszył od niechcenia ramionami.
- Jeżeli mi nie powiesz, to nie pójdę.- Postawił sprawę bardzo jasno. Zazgrzytałem zębami na tyle głośno, że nawet i on to usłyszał, na co zareagował tylko uniesieniem brwi w górę.
- Chciałem przeprosić….
- Za co?- Zapytał nie rozumiejąc. Pokazałem palcem na swoją brew. Jego już była prawie wygojona. Okrywał ją delikatny pomarańczowy siniak. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Nie musisz mnie za to przepraszać, już chyba się w tej kwestii dogadaliśmy.
- Ale ja chce.
- Nie musisz.
- Ale…
- Nie.
- Więc nie pójdziesz?
- To wyjście w ramach przeprosin, a ty nie musisz mnie przepraszać więc...- Urwał. Zacisnąłem usta w cienką linię, kiedy gorzki smak zamajaczył mi w gardle. Jakaś dziwna gula chciała się wydostać na zewnątrz, ale jej na to nie pozwoliłem. Coś ścisnęło mnie w dołku.
Żal.
Odrzucanie.
Mimo, że głupiego wypadu do lokalu i kina na jakiś bzdurny film w ramach przeprosin, ale mimo wszystko. Odrzucił moje zaproszenie. Chyba nie wiedział ile mnie kosztowało zorganizowanie tego i zaproszenie go. W końcu nie jestem typem człowieka, który o tak sobie bez żadnego problemu dzwoni gdzieś i załatwia wszystko od ręki. Żaby zadzwonić do jakiegokolwiek lokalu zbierałem się trzy tygodnie. Później trzy dni na wybranie czegoś w kinie i zabukowaniu biletów. Kolejne dwa dni aby go zaprosić.
Wygrzebałem telefon z kieszeni spodni i zacząłem szukać w nim numeru do Chisany. Może ona będzie chciała razem z Zaretem skorzystać z tego, co ja tak ciężko zaplanowałem?
- Um…- Ręka mi się trzęsła pod jego badawczym spojrzeniem, dlatego odwróciłem się do niego tyłem.
- Co robisz?
- Dzwonie.
- Do….?- Zapytał. Usłyszałem jak wstaje z łóżka i podchodzi do mnie niepewnie.
- Do Chisany. Może ona będzie chciała skorzystać z biletów i rezerwacji. Powiem jej, że za wszystko zapłacę tylko…- Przerwałem, kiedy jego ręka zatrzymała moją, w której był telefon. Opuściłem głowę w dół nie chcąc na niego patrzeć.
- Już wszystko zarezerwowałeś?- Zapytał. Przełknąłem głośno ślinę. Czy to ważne? Przełożyłem telefon do drugiej ręki i zabrałem się za ponowne szukanie numeru kuzynki. I znowu jego druga ręka mnie zatrzymała.
- Puść. Chcę zadzwonić.
- A ja chce uzyskać odpowiedź na swoje pytanie.
- A czy to ważne?
- TAK, KURWA, WAŻNE!- Krzyknął. Podskoczyłem przerażony i skuliłem się delikatnie. Zagryzłem delikatnie policzek od środka myśląc gorączkowo. – Kyōfu! Do cholery jasnej!
- Tak zarezerwowałem już wszystko! Trzy tygodnie zbierałem się do tego, aby zadzwonić do lokalu! Trzy dni wybierałem ten durny film i zabukowałem bilety! Dwa dni zbierałem w sobie odwagę, aby się ciebie zapytać o twoją odpowiedź! Ale przecież to nie ważne! Bo i po co się tym przejmować! Więc mnie kurwa puść, bo nie pozwolę, aby moje męczarnie poszły na marne i chociaż Chisana z Zaretem z tego skorzystają!- Próbowałem się wyszarpać, ale mogłem sam siebie wyśmiać, że w ogóle ośmieliłem się pomyśleć o tym, aby spróbować.
- Na którą mam być gotowy?
- Nie chce twojej litości!
- I jej nie dostaniesz. Nigdy. Zapamiętaj to sobie. Ja się nie lituje i nienawidzę jak ktoś się lituje nade mną. Gdybyś nie zrobił tej rezerwacji, to bym miał to gdzieś, ale skoro już się postarałeś to nie pozwolę się zmarnować twoim wysiłkom.
- Na 14.- Mruknąłem cicho opuszczając głowę jeszcze bardziej w dół. Potarmosił mi włosy, po czym odszedł w stronę swojego łóżka.

**,
Wyszedłem z kina z duszą na ramieniu. Nie spodziewałem się, że będzie aż tyle ludzi. Myślałem, że na taki film nie przyjdą tłumy, ale myliłem się. Najwidoczniej „Odd Thomas: Pogromca Zła” cieszył się większą sławą niż myślałem. No cóż…. Ruch źle przeze mnie przemyślany. Spojrzałem na swojego towarzysza, który polazł do śmietnika wywalić opakowania po popcornie
i coli (jakoś to w siebie wmusiłem). Spojrzał na mnie i uniósł zaczepnie lewą brew do góry.
- Co jest?
- Podobał ci się film?
- Nawet. Dobre teksty były.- Odparł i ruszył w stronę wyjścia z galerii.
- Ummmm…. mmhm.
- A tobie?
- Było… tłoczno… - Mruknąłem zawstydzony. Zaśmiał się cicho.
- Tak myślałem. I….?
- I z tego, co zdołałem obejrzeć to był… średni.- Przyznałem niechętnie. Znowu się zaśmiał.
- Nie każdemu musiał przypaść do gustu.
- Ja nie mówię, że mi nie przypadł tylko, że był średni. Nie tego się spodziewałem.
- No cóż.- Popatrzył na mnie przez chwilę, po czym zatrzymał się przy wielkiej maszynie
z pluszakami.- Gramy?- Zapytał. Pokręciłem przecząco głową.
- Nie potrafię w to grać.
- No ale grałeś w to kiedyś?- Zapytał. Znowu przecząco pokiwałem głową. Udał załamanego.- Dobra. Czekaj. Ja w to zagram, a ty się przyglądaj. Wybierz jakiegoś pluszaka.
-ummm…. Tego.- Powiedziałem po chwili namysłu i wskazałem wybranego pluszaka, po czym zostałem obrzucony sceptycznym spojrzeniem.
- Mistrz Yoda? Serio?
- Coś ci się nie podoba?
- Nie. Tak tylko się upewniam czy parzyliśmy w tym samym kierunku.
- Jaaaasne.- Mruknąłem delikatnie urażony. Co mu nie pasowało w mistrzu Yoda’ie? Przyglądałem się dokładnie jego staraniom. Za piątym razem jak wrzucił kolejne monety do maszyny misiek wyleciał przez otwór prosto w jego ręce. Przyglądał się przez chwilę jego „facjacie” po czym uśmiechając się wyciągnął go w moim kierunku.- Co?
- Trzymaj.
- Po co?
- Dla ciebie dzieciaku.- Odparł. Wciągnąłem głośno powietrze przez nos, kiedy coś w mojej klatce piersiowej drgnęło na jego tekst. Dla mnie. Yoda dla mnie.
- Dzięki.- Mruknąłem i sięgnąłem po pluszaka. Objąłem go delikatnie ramionami.
- Jeszcze jakiegoś chcesz?
- To jest kosztowna gra, więc…
- Nie pytam się ile to kosztuje, tylko czy jeszcze jakiegoś chcesz? I lepiej, żebyś mnie nie okłamał.- Zastrzegł sobie. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem ponownie na Mistrza Yode trzymanego przeze mnie. Później ponownie na maszynę rozglądając się po niej uważnie.
- Um….
- Czekam.- Przypomniał mi. Podrapałem się po karku wiedząc jak zareaguje.
- Chopper z One Piece.- Powiedziałem cicho pod nosem. Nie chciałem mu mówić, że to go chciałem mieć od samego początku. Przyglądał mi się dłuższą chwilę.
- Od początku go chciałeś, prawda?
- Nie…
- Chciałeś. Dlaczego nie powiedziałeś?- Zapytał wrzucając pieniądze do maszyny i zaczął wyławiać wskazaną maskotkę.
- Bo byś się śmiał.
- A śmieje się?
- No właśnie nie i to mnie dziwi.
- Sam lubię Choppera. Jest zajebiście… słodki.
- Gdyby cię usłyszał powiedział by, że nie jest.
- I to jest w nim słodkie.- Zaśmiał się. Tym razem poszło mu szybciej. Po chwili wręczał mi kolejnego pluszaka.
- Co ja z nimi zrobię?- Zapytałem zaskoczony. No właśnie. Co ja z nimi zrobię?
- Położysz je na swoje puste półki w pokoju, albo będziesz z nimi spać.- Zauważył inteligentnie wsuwając ręce w kieszenie.
- Można i tak.- Powiedziałem i zerknąłem na zegarek.
- Na którą mamy kolację?
- Na dziewiętnastą. Źle wyliczyłem godziny filmu. Mogłem wybrać wcześniejszą godzinę….
- Tak jest dobrze. Przejdziemy się. I przy okazji….- Pokazał na coś palcem uśmiechając się wrednie. Spojrzałem tam i aż się pode mną kolana ugięły. On nie żartował!

**,
Odwracałem głowę w drugą stronę byle tylko na niego nie spojrzeć, ale i tak mi się to nie udawało. Nadal się gapił. Przeciągle się gapił. Wypalając mi dziurę w brzuchu, ale nadal się gapił.
- No co?- Nie wytrzymałem. Spojrzałem na niego oburzony szykując się do kolejnego ataku, ale on tylko przecząco poklecił głową i spojrzał do karty dań.- No co?- Zapytałem nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Ciasteczkowy Miś? Serio?- Zapytał przerzucając kartki w karcie. Zagapiłem się przez chwilę na jego długie palce.
- Wyrwało mi się. Nie chciałem tego.
- O czym ty myślałeś…
- Nie myślałem. Wyrwało. Mi. Się.- Wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Uniósł ręce na znak swojej kapitulacji. Przez ten gest bardziej się we mnie zagotowało.
- Taiyō myślałem, że dzisiaj wolne.- Powiedział młody chłopak podchodząc do nas. Spojrzałem na niego marszcząc czoło. Ubrany był w czarne spodnie w kant, białą koszulę z trzy czwarte rękawem i czarny krawat do tego. Włosy zaczesane do tyłu. W ręku trzymał notesik. Kelner?
- Bo mam wolne. Jestem tutaj prywatnie.- Zaznaczył mój towarzysz rzucając mu powłóczyste spojrzenie, po czym ponownie spojrzał do karty dań.
- W takim razie proszę o wybaczenie szanownego klienta.- Chłopak momentalnie zmienił ton głosu.- Czy już się panowie zdecydowali na coś konkretnego?
- Um….- Spojrzałem na Taiyō. Chyba wyczuł, że się na niego gapię, bo zerknął na mnie.
- Ja pierwszy?- Zapytał. Kiwnąłem twierdząco głową.- Ok. Więc ja poproszę schab pieczony w sosie własnym, caprese, lody z owocami i bitą śmietaną i do tego mrożoną herbatę. Kyōfu?
- Um… ja…. Em…Mix  kolorowych sałat z griolwanym kurczakiem i serem pleśniowym, frytki, galaretka ze Świerzymi owocami i herbatę mrożoną.- Powiedziałem patrząc się wszędzie tylko nie na kelnera.
- Maksymalnie do dziesięciu minut trwa oczekiwanie na zamówienie. Herbatę przynieść teraz czy razem z daniami?
- Um… Em….
- Teraz.- Rzeczowa odpowiedź od rzeczowego faceta. Po chwili byliśmy już sami.- Stresujesz się.- Nie zapytał. Stwierdził fakt.
- Znasz to miejsce?- Zapytałem cicho. Przyglądał mi się uważnie po czym dość powoli pokiwał twierdząco głową.- Skąd? Etto…. Jeżeli można wiedzieć.- Powiedziałem pospiesznie.
- Ja tutaj pracuje.- Powiedział przyglądając się mojej minie. Uderzyłem głową o blat stołu jęcząc cicho.
- Hooo-waaaa-iiiii-tooooo.- Jęknąłem uderzając głową w stuł na każdej sylabie.
- Nie rań sam siebie.- Powiedział cicho. Spojrzałem na niego. Przyglądał mi się dokładnie.
- No weź. Mój brat mi polecił to miejsce.
- Bo wie, że tutaj pracuje. Mówiłeś mu z kim tutaj idziesz?
- Nie.
- Dlatego zaproponował ci to miejsce. Żeby później móc mnie zapytać, czy ciebie tutaj czasami nie widziałem z jakąś laską.- Powiedział. Speszyłem się. Nie chciałem mu mówić, że Howaito wiedział iż zabrałbym tutaj tylko faceta.
- Zamorduje go.
- Wbij to sobie do głowy. Twój brat to wredna osoba.
- Nie mniej niż ty. W połowie drogi się zorientowałeś, gdzie idziemy i się szczerzyłeś. Dopiero mina ci zrzedła jak powiedziałem w hollu na jakie nazwisko była rezerwacja.
- Bo nie spodziewałem się, że moja znajoma z pracy zobaczy, że przyszedłem tutaj
z Ciasteczkowym Misiem. Wiesz, że będą mi to wypominać do końca życia?
- Jak chcesz, to możemy stąd iść.- Mruknąłem pod nosem. Zaśmiał się i puknął mnie delikatnie nogą w nogę.
- Nie psuj randki.
- Tak? CO?!- Zapytałem zaskoczony, kiedy postawiono przed nami herbatę w dzbanku i dwie wąskie, ale wysokie szklanki. Kelner odszedł bez słowa.
- A co? Może nią nie jest?
- To wypad w ramach przepro…
- Spróbuj dokończyć to zdanie, a przelecę cię w pierwszym ciemnym zaułku.- Warknął
w moją stronę przesuwając w moją stronę szklankę z napojem. Zamarłem. Spojrzałem na niego.
- Może być i randka chociaż nigdy na żadnej nie byłem.
- No to jesteś teraz.
- A co się robi na randce?
- To co teraz my robimy?- zapytał jakby gadał z idiotą.- No i później można się pomacać, przelizać, przespać albo grzecznie wrócić do domu.
- Grzecznie wrócić do domu.- Powtórzyłem przytulając się do chłodnej szklanki. Zaśmiał się cicho.
- Nawet całusa nie dostanę?
- Nie….
- Takiego małego, w policzek?
- Nie….
- No wiesz co, sknera.- Udał oburzonego. Gapiłem się na niego z szeroko otwartymi oczyma. Jak miałem rozumieć jego słowa. Brać je na żarty czy poważnie?
- Mam to brać jako żart czy jako poważny temat?- Zapytałem cicho okręcając szklankę dookoła swoich dłoniach. Odstawił swoją na stolik i pochylił się w moim kierunku.
- A jakbyś chciał aby było?  Hmmm??
- Ja?
- Tak ty? Jakbyś chciał? Żebym żartował czy był poważny?
- Poważny.- Powiedziałem cicho. Nie chcę, aby sobie ze mnie żartował.
- W takim razie, kiedy skończy się kolacja i odprowadzę cię grzecznie do domu nie przelecę cię, ani nie zmacam ale skradnę ci pocałunek jeżeli ty pierwszy nie wyjdziesz z inicjatywą.
- Słucham?
- Przeliże cię.- Oznajmił mi, kiedy kelner przyniósł nasze zamówienie. Nie skomentował tego w żaden sposób, tylko życzył nam smacznego.
- Dlaczego?
- Bo tego chce.
- To jest nie fair.- Powiedziałem oburzony. Spojrzał na mnie zza wachlarza swoich rzęs.
- Ty jesteś dobry dzieciak, więc grasz uczciwie, ja jestem zły dzieciak, dlatego gram nieczysto
 i bawią mnie pikantne zagrania.
- Nie chcę, abyś się mną bawił.
- Nie mam zamiaru.
- Więc…
- Jedz.
- Ale…
- Jedz.- Urwał temat i zabrał się za jedzenie, a ja jak ten skończony dureń nie mogłem od niego oderwać wzroku i ciągle się na niego gapiłem. On chciał mnie przelizać i mnie o tym ostrzegł,
a teraz normalnie zabrał się za jedzenie.- Pomóc?- Zapytał. Bez słowa zabrałem się za pochłanianie tego co zamówiłem. Wiedziałem, że byłby zdolny do tego, aby karmić mnie w środku lokalu,
w którym pracował.

*****************************
A no tak...
w tym rozdziale był wypad w ramach podziękowania (patrzcie randka)... jak wam się spodobała pierwsza randka.... przepraszam.... wypad w ramach podziękowania głównych bohaterów??? xD
Pozdrawiam Gizi03031



niedziela, 28 stycznia 2018

4383- Rozdział 10

Hejka!
Uh.... powoli trzeba myśleć co niedługo będę dodawać na bloga....;/
***************************
Usłyszałem jak zamyka za sobą drzwi od naszego wspólnego pokoju. Nie wiedziałem gdzie podziać wzrok. Z kolei wiedziałem, że on patrzył na mnie. Czułem jego przeszywający wzrok na swoich plecach. Odwróciłem się do niego po woli i uśmiechnąłem się delikatnie chociaż wiedziałem, że prędzej na mojej twarzy pojawiło się przerażenie i pogarda do samego siebie niż uśmiech.
Taiyō usiadł na swoim łóżku nie spuszczając ze mnie wzroku. Krępowało mnie to, ale nic nie powiedziałem. I tak nie chciałem aby przestał. Ostatnio zauważyłem, że podoba mi się to jak czasami na mnie patrzy. Tak przenikliwie, jakby chciał wiedzieć o czym myślę. No cóż…. Kiedy skończę już nigdy nie będzie chciał pewnie zaglądać do mojej głowy. Spojrzałem na swoje biurko nad którym wisiała tablica korkowa. Jeszcze półtorej roku i skończę szkołę. Chociaż czułem, że ponownie wrócę do nauki przez Internet.  Ponownie spojrzałem na niego i przełknąłem głośno ślinę.
- Czy…- Urwałem i stanąłem tak samo jak wcześniej przed drzwiami do kuchni. Nie przerwał mi, czekał. Ciekawe czy będzie mi w trakcie zadawał jakieś pytania?- Czy… czy to źle, że nie jestem już prawiczkiem?- Zapytałem najciszej jak potrafiłem. Nie mogłem spojrzeć mu w twarz. Nie teraz chociaż wiedziałem, że czeka mnie coś gorszego do powiedzenia. Nie musiałem mu mówić wszystkiego, ale chciałem. Chciałem aby zrozumiał dlaczego wpadłem w taki szał i nie panowałem nad swoim ciałem efektem czego jest jego rozwalona głowa.
- Eh…. Nie jesteś już dzieckiem więc to chyba normalne że już to zrobiłeś. Też nim nie jestem i nie uważam tego za ujmę na mojej godności. Sami o tym zadecydowaliśmy więc dlaczego mamy myśleć, że to coś złego?- Zapytał. Zadał pytanie. Płakać mi się chciało, że to jedno z tych pytań. Spojrzałem na niego przelotem po czym znowu odwróciłem wzrok.
- Czy… czy to, że niewinność odebrał mi ktoś kto w założeniu prawa powinien jej pilnować sprawia, że sam tego chciałem?- Zapytałem przygryzając policzek od środka.
- Co… czekaj…. Co ty próbujesz….
- Pomyśl. Kiedy i z kim miałem to zrobić skoro od kilku lat żyłem w zamknięciu, a ty jesteś pierwszym obcym jakiego widziałem od prawie siedmiu lat.
- Siedem lat…
- Miałem dwanaście lat kiedy mojej niewinności i dziecięcych marzeń… tak dziecięcych, bo wtedy byłem dzieckiem, pozbawił mnie mój własny ojciec gwałcąc mnie nieustannie i przez miesiąc sprzedając różnym typkom abym spłacił jego długi. Więc powiedz czy to źle, że nie jestem już prawiczkiem?
- Kyōfu…
- Powiedz.
- To nie jest…
- Powiedz!
- To nie ty o tym zadecydowałeś tylko ktoś inny. Ktoś kto zrobił źle, ale to w żadnym wypadku nie była twoja wina wiec…
- Czy to źle że nie jestem już prawiczkiem?- Zapytałem jak mantrę.
- Nie.
- Słucham?
- To nie jest źle że już nim nie jestem. Złe było to w jaki sposób ktoś cię tego pozbawił.
- Czy ja jestem brudny….
- Wiesz…. Sam cię dzisiaj myłem więc…
- Nie o to mi chodziło!- Zawołałem zażenowany jego wypowiedzią. Spojrzałem na niego. Przyglądał mi się poważnie. Podpuścił mnie!- Nie o to…
- Wiem. Ale mimo to nie jesteś brudny. Nawet tak nie myśl bo znowu zaciągnę cię do łazienki i całkowicie świadomego wyszoruje szorstką gąbką i zobaczysz, że nie jesteś brudny.
- Wiesz… czasami czuje łapy tych wszystkich kolesi na….
- Kolesi?- Zapytał. Spojrzałem na niego z żalem i uśmiechnąłem się smutno.- Kolesi.- Odpowiedział sam sobie. Podrapał się po karku. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i usiadłem na swoim bujanym fotelu.
- Pamiętam cię. Wpadłem na ciebie kiedyś na schodach do naszego domu kiedy odwiedzałeś mojego brata. Pamiętasz?
- Pamiętam.- Odparł cicho pochylając się delikatnie w moją stronę. Marszczył delikatnie brwi. O czym myślał?
- Leciałem na złamanie karku bo… człowiek który mnie spłodził zabierał mnie do sklepu po nowy rower.
- Twój brat za ciebie przeprosił i powiedział, że ojciec funduje ci nowy wymarzony rowerek
i pewnie znowu połamiesz sobie rękę. Później mówił że za dwa miesiące zaczynasz gimnazjum. On był już wtedy na trzecim roku studiów. Dostał się na nie w trybie ekspresowym zdając jakiś dodatkowy test. Od razu przyjęli go na drugi rok. Ja od września zaczynałem pierwszą liceum.
- Ta. Roweru nie dostałem. I nie zacząłem gimnazjum. A brat z wielkim żalem ukończył studia, które chciał rzucić kiedy dowiedział się prawdy. Nie pozwoliłem mu na to.
- Dlaczego nie pozwoliłeś mu rzucić studiów?
- ….- Zaśmiałem się głośno, ale w moim śmiechu nie było żadnej radości.- Nie po to zarabiałem pracując miesiąc swoim tyłkiem na jego czesne aby on to rzucił w pizdu.
- Słucham?
- O… Ojci… Pfff…. Człowiek który mnie spłodził nie zabrał mnie do sklepu z rowerami…. Nie no zabrał. Chodziliśmy po centrum. Poszliśmy najpierw coś zjeść do jakiejś restauracji….

Przebierałem swoimi krótkimi nogami próbując dogonić swojego ojca, który był kilka kroków przede mną. W końcu udało mi się do niego dopaść. Uwiesiłem się jego ramienia uśmiechając się szeroko. Odwzajemnił mój uśmiech i potarmosił mi czule włosy.
- Tato, a czy jak dorosnę to będę tak samo wysoki jak ty i Howaito?- Zapytałem przyglądając się dokładnie jego twarzy.
- Prędzej krasnoludku wdałeś się w mamę. I taki jest twój urok osobisty.- Odparł wysoki mężczyzna o brązowych włosach. Był naprawdę wysoki.
- Ale ja nie chce być niski. Weź…. Przecież to obciach dla chłopaka.
- Nie martw się jak coś to poszukam sklepu z ubrankami dla dzieci, które będą wyglądać na młodzieżowe i nikt się nie zorientuje.
- Pfff. Śmieszne. Nie będę nosił takich ubrań i może jeszcze mi powiesz, że mam je ściągać przed swoją dziewczyną.- Prychnąłem obrażony. Spojrzał na mnie taksując uważnie moje ciało swoim przenikliwym wzrokiem.
- Masz dziewczynę? Nie jesteś na to za młody…
- Nie mam dziewczyny. Jak na razie mnie nie obchodzą. Są jakieś dziwne. Ciągle się o coś czepiają, obrażają się i w ogóle zachowują się jak psychiczne trolle, ale nie jestem na tyle głupi żeby nie wiedzieć, że w przyszłości mi się to odmieni i będę chciał mieć jakąś. Przecież ani ty ani Howaito nie chodzilibyście z psychicznymi trollami gdyby wam się nie odmieniło, prawda?- Zapytałem. Zaśmiał się głośno i ponownie potarmosił mi włosy swoją wielką ręką. Nawet nie próbowałem uciekać. Lubiłem kiedy tak mi robił.
- Dobrze myślisz mały. Dobrze myślisz. Kiedyś znajdziesz swojego psychicznego trola
i będziesz z nim szczęśliwy, albo sam będziesz dla kogoś psychicznym trolem.
- O co ci chodzi?
- Kto wie, może się okaże że zamiast do domu przyprowadzić dziewczynę przyprowadzisz chłopaka.
- Tato….
- No co? Brzydzi cię to?
- Nie, ale…
- Uważasz, że takich ludzi powinno się leczyć?
- Nie, ale…
- A może zabijać od ręki?
- Nie, ale…
- Czy twoim zdaniem tacy ludzie nie zasługują na szczęście?- Powiedział kolejne pytanie. Nie ma to jak ojciec filozof. Nigdy taki nie będę bo wiem, że moje dziecko by mnie zdzieliło po twarzy za takie ciągłe docinki jakie on kieruje do mnie. Czasami sam go nie rozumiałem i miałem ochotę go walnąć aby się ogarnął. Kto tutaj był dzieckiem? Ja czy on?
- Nie! Mnie to po prostu krępuje! Gadanie o tym. Nie mam nic do nich, ale nie potrafię sobie wyobrazić siebie z kimkolwiek. Czy to z dziewczyną czy z chłopakiem. Wole grać w nogę.- Mruknąłem obrażony i przystanąłem gwałtownie łapiąc się za brzuch..- Uh… wybacz, ale na chwilę idę na stronę.
- Dłuższe posiedzenie?
- Ta… poczekaj na mnie.- Dodałem i wbiegłem do pobliskiej toalety znajdującej się w centrum handlowym , które właśnie odwiedzałem.

- Nie wiem, co się stało dalej. Po tym jak wszedłem do toalety straciłem przytomność. Później brat mi powiedział, że człowiek, który mnie spłodził stał pod drzwiami od wc ponad dwadzieścia minut, a później ze śmiechem wszedł do środka i pytał czy czasami nie zapchałem toalety…. Ale mnie już tam nie było. Wszczęto alarm. Przejrzano wszystkie kamery. Widać jak wchodzę do toalety, ale nie widać jak z niech wychodzę. Rozpłynąłem się w powietrzu. Podejrzewano, że uciekłem przez okno w toalecie, bo na zapleczu znaleziono mojego buta i telefon.
- Jakbyś uciekł nie zostawiłbyś telefonu….- Powiedział cicho. Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Jakbym chciał uciec to bym poczekał na ten pierdolony rower i później na nim spierdolił
z miasta, a nie z jednego buta ruszyłem na podbój świata. No cóż…. Nikt się nie spodziewał tego, co miało się stać.  Z początku policja objechała wszystkich moich znajomych myśląc, że u któregoś się schowałem.
- Byli nawet w sierocińcu….
- Byli wszędzie.- Poprawiłem go.- Wszędzie tam, gdzie byli młodzi ludzie.
- Ale cię nie znaleźli. Pamiętam teraz, że przez pierwsze trzy tygodnie nie podawano dokładnie twoich danych. Chodzili tylko ze zdjęciem i pytali czy ktoś cię widział.
- Wiem. Bo dopiero po trzech tygodniach powiedziano o mnie w telewizji.
- Skąd wiesz?
- Wiesz nim nadszedł trzeci tydzień były jeszcze dwa wcześniejsze.

Otworzyłem oczy. Wiedziałem, że wpakowałem się w jakieś wielkie gówno, ale jeszcze nie wiedziałem w jakie.
Porwanie.
To oczywiste.
Ale po co?
Dla okupu?
Przecież moja rodzina nie była aż tak kasiasta. Ojciec wziął spory kredyt, aby wysłać brata na studia. Ale brat już teraz zapowiedział, że to on opłaci moje studia i kiedy już zacznie pracować pomoże rodzicom spłacić kredyt jaki wzięli na jego naukę.
Więc po co ktoś miałby mnie porywać? Narwanego i głośnego dzieciaka? Nie lepiej kogoś nad kim łatwiej będzie zapanować?
Obmacałem swoje kieszenie, ale nie znalazłem w nich swojego telefonu. O dziwo nawet ciuchy, które miałem na sobie nie były moje. Luźny podkoszulek na ramiączkach i szare luźne dresy. Rozejrzałem się dookoła siebie. Byłem w pokoju w którym stało tylko łóżko. Nic więcej. Jedno puste łóżko bez żadnego koca czy poduszki. O sorry. Okryte prześcieradłem. Więc nie było takie puste. Nie było okien, a drzwi nie miały klamki.
Miałem zajebiście duże problemy.
No i co z tatą? Czy nadal stał pod tymi drzwiami od klopa czy zaczął mnie już szukać? Muszą mnie znaleźć!
Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanął w nich nieznany mi łysy facet z wielką blizną na twarzy. Gapił się na mnie przez chwilę po czym ukazał mi jak i całemu światu swój skąpy uśmiech,
w którym brakowało połowy jego zębów.
-Obudziła się nasza ptaszyna.- Mruknął. Włosy na karku stanęły mi dęba. Nie spodobał mi się ton jego głosu.
- Czego ode mnie chce…. Ah…. Ałł….- Zakwiliłem łapiąc się za pulsujący bólem lewy policzek. W ustach poczułem posmak krwi. Pierwszy raz w życiu ktoś mnie uderzył. Nawet rodzice mnie nie bili.
- Pierwsza zasada, ptaszyno. Nie pytany się nie odzywaj. Tak jak jest w szkole na lekcji. Nikt ci nie da zezwolenia, to trzymasz mordę na kłódkę, zrozumiano?- Zapytał. Gapiłem się na niego przyciskając dłoń do policzka. Podszedł do mnie w trzech krokach i zacisnął palce na moich włosach. Pisnąłem cicho.- Odpowiadaj szmato!
- T…tak.- W oczach stanęły mi łzy.
- No i dobrze. Kolejna zasada…. Pracujesz dupą….
- Słucham?- Zapytałem przerażony nie bardzo rozumiejąc o co mu chodziło.

- Cóż… dostałem porządną lekcję, że nie pytany mam milczeć. Porządny wpierdol skurzanym pasem może zdziałać cuda.- Powiedziałem kpiąco. Przyglądał mi się oniemiały otwierając szeroko usta.- Zamknij usta. Jeszcze będziesz miał okazję mieć je szeroko otwarte.
- Nie musisz mi opowiadać takich szczegółów…
- Szczegółów? Taiyō, ja w trzy tygodnie nauczyłem się więcej pozycji z Kamasutry niż ty umiesz do dzisiaj.- Zadrwiłem z niego wyłamując sobie palce.- Jakbym miał ci powiedzieć co się działo, że się ich nauczyłem wtedy byś wiedział co to są szczegółu, ale pozwolisz, że tego nie powiem. Powiedzieli mi tylko, że będę pracował dupą, bo jeżeli w przyszłości będę miał chłopaka, to każda ciota lubi doświadczoną dupę w łóżku, a nie nieopierzonego chuja. Więc będę miał co zaprezentować, no ale zostawili mój przód…. Dla dziewczyny, więc….
- Robiłeś to od tyłu?- Zapytał. Przerwałem i gapiłem się na niego jak na idiotę.
- Słucham?
- Robiłeś to od tyłu?
- …robiłem…- Wydukałem cicho patrząc na niego niepewnie. Przyglądał mi się uważnie coś analizując w swojej głowie. Mówiłem wam już, że bałem się zbyt intensywnie myślącego Taiyō? Nie? No to teraz wam o tym mówię.
- A od przodu?
- Nie…
- Nie zanurzyłeś nigdy? Nie ukisiłeś ogóra ani w lasce, ani w kolesiu? Nie użyłeś swojej różdżki aby otworzyć Komnatę Tajemnic, nie….?
- Nie… Boże…. Właśnie się dowiedziałem, że jesteś perwersyjny.
- Jestem facetem.- Pokazał na siebie. Uśmiechnął się delikatnie i pokazał na mnie palcem.- A ty jesteś prawiczkiem.
- Słucham?
- No jesteś prawiczkiem, bo nie umoczyłeś….
- Ale ktoś zamoczył we mnie.
- Szczegół. Mimo wszystko jesteś prawiczkiem. Wszystko się zmieni, kiedy i ty zamoczysz. Czyli się nie martw. Nadal jesteś czysty. Nie to co ja.- Powiedział i przeleciał sugestywnie swoim palcem wskazującym po ustach, kroczu i tyłku. Gapiłem się na niego z szeroko otwartymi ustami.- Zamknij usta.
- Boże, z kim ja gadam?
- Ze mną. Powiedz mi tylko kto to był, dlaczego to robiłeś i jak się wydostałeś. Proszę.- Dodał po chwili namysłu. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
- Człowiek, który mnie spłodził oraz ludzie, u których się zadłużył. Okazało się, że nie wziął kredytu w banku, bo mu nie chcieli go dać, tylko u jakiś pierdolniętych gangsterów. Kredyt na mieszkanie, samochód, studia brata i o zgrozo na mój wymarzony rower, który ja musiałem spłacać dupą.
- Mmmm.
- Po trzech tygodniach zobaczyłem załamanego ojca w telewizji, wiesz gdzieś się musiałem umyć i taka dziewczyna, która tam z nimi była prowadziła mnie z łazienki do mojego pokoju. Przechodziliśmy koło salonu. Zobaczyłem transmisję z telewizji. Mój ojciec udawał załamanego zniknięciem syna. Rodzina po trzech tygodniach dopiero postanowiła podać informację do telewizji. No nie powiem. Wkurwiłem się. Przestałem jeść aby zachować trzeźwość umysłu. Wiedziałem, że coś mi dosypują do jedzenia i do picia, abym był bardziej uległy. Nawet moje ubrania jakoś dziwnie pachniały. Po trzech dniach wpadł tam mój ojciec, kiedy powiadomiono go o tym, że nie jem. Był wkurwiony. Darł się na mnie, że nie mam prawa zdechnąć, bo jeszcze musze spłacić jego wyjazd
z matką na Karaiby, który został zaplanowany na za trzy miesiące od tamtej sytuacji. Że jestem bezczelnym bachorem, który nie rozumie, że musi wspomóc swoją rodzinę w potrzebie. Aby on
 i matka mogli żyć w dostatku, a brat mógł ukończyć wymarzony kierunek studiów. A kiedy to nastąpi zwrócą mi wolność o ile do tego czasu moja dupa jeszcze będzie do czegoś przydatna. Rzuciłem się na niego walcząc z nim.
- Zacząłeś bić się ze swoim ojcem?
- On mnie bzykał, a ja nie mogłem mu dać za to w twarz?
- Mogłeś.
- No i dałem. Podbił mnie i wylazł z pokoju dość podkurwiony. Śmiałem się. Jak psychol, ale się śmiałem.
- Uszkodził ci głowę?
- Ja ci za chwilę głowę uszkodzę.- warknąłem. Gadając z nim na ten temat miałem wrażenie, że mówię mu o jakimś filmie, a nie o moim życiu.- Zatarasowałem drzwi łóżkiem i zadzwoniłem do domu.
- Czekaj! Chwila! Jak?! Przecież nie miałeś telefonu.
- Ale on go miał. Od początku wiedziałem, że nie mam z nim szans, ale jak ktoś zna czyjeś nawyki wie gdzie ma uderzyć. A jego nawykiem było wkładanie telefonu do kieszeni marynarki. Zabrałem mu go i ukryłem pospiesznie w bokserkach kiedy mnie z siebie strącił.
- Gdzie?
- Na podłogę.
- Nie. Gdzie ukryłeś telefon?
- W bokserkach. Miałem tylko je na sobie. Szybciej mogli się do mnie dobrać. Skatowali mnie, śmiejąc się ze mnie, że jestem takim masochistą, że mi stanął z bólu. Cóż nigdy mi u nich nie stanął więc mogli mnie wziąć za masochistę. Wyszli zostawiając mnie samego. Zatarasowałem drzwi
i szybko wybrałem numer do brata.

Przyciskałem mocno telefon do ucha oddychając ciężko i modląc się, aby brat odebrał najszybciej jak będzie potrafił. To tylko kwestia czasu jak się zorientują, że zabrałem im telefon.
A wtedy na pewno nie wyjdę z tego żywy. Odebrano połączenie po dwóch sygnałach.
- Tato, coś się stało? Coś w domu?
- Howaito, nie przerywaj mi!- Powiedziałem pospiesznie do telefonu wiedząc, że będzie chciał się odezwać.- To ojciec mnie przetrzymuje. Z jakimiś obcymi ludzi. Nie wierz w jego słowa. Ukradłem mu telefon, ale pewnie niedługo się zorientuje, że go mam i mnie zabije. Oni wszyscy. Nie wiem gdzie jestem, bo nie ma tutaj okien. Proszę. Ratuj.
- Kyōfu….
- TY PIERDOLONY GÓWNIARZU! JUŻ JESTEŚ TRUPEM!- Ktoś z impetem załomotał
w drzwi, próbując je otworzyć. Zaszlochałem do słuchawki przytrzymując całym ciałem łóżko przy drzwiach.
- Proszę pomóż mi! Jest ich siedmiu. Siedmiu facetów i dwie laski. I ojciec!
- Kyōfu…. Gdzie jesteś?- Usłyszałem załamany głos brata po drugiej stronie.
- Nie wiem! Proszę!
- CZEKA CIĘ LANIE SZMATO ZAJEBANA!- Ktoś w drzwiach zrobił dziurę siekierą. Krzyknąłem głośno kuląc się w sobie.
- POSPIESZ SIĘ!
- OTWIERAJ TE PIERDOLONE DRZWI LACHOCIĄGU!- Głośny huk spowodowany zapewnie kopnięciem w drzwi sprawił, że serce stanęło mi na chwilę.
- HOWAITO BŁAGAM CIĘ!
- Już jadę na komisariat tam namierzą telefon i samochód ojca i….
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!- Wydarłem się, kiedy ktoś złapał mnie od tyłu za włosy. Przedostali się przed dziurę w drzwiach.- Puszczaj! Nie dotykaj!- Próbował uciec od tych rąk nadal przyciskając telefon do ucha. Im dłużej będę na linii tym lepiej.

- Stop.- Przerwał mi wstając gwałtownie. Poszedł do łazienki zamknął się w niej na dobre dwadzieścia minut. Oddychałem spokojnie chociaż w środku wszystko we mnie szalało, aby uciekać. Miałem głupie wrażenie, że teraz kiedy on o tym wie będzie próbował się do mnie….
Nie! On taki nie jest! Jakby chciał się do mnie dobrać już dawno by to zrobił, a że nie zrobił…. Nie byłem…. W jego lidze…. Nie zwróci na mnie uwagi… nie….
Przetarłem pospiesznie łzy cieknące mi po policzkach, kiedy dotarło do mnie, że on nigdy mnie nie ruszy, co z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie spodobało się mojemu ciału.
- Już jes… co się stało?- Zapytał, kiedy dojrzał mój wyraz twarzy. Odwróciłem głowę w bok. Podszedł do mnie i klęknął na lewe kolano. Zerknął na mnie.- Kyōfu?
- To po prostu ta cała historia…. Wybacz….
- Nie przepraszaj za twoje łzy.- Powiedział cicho i pogłaskał mnie delikatnie po głowie. Rozkleiłem się na dobre. Nic nie powiedział tylko czekał aż się uspokoję delikatnie głaskając mnie po głowie.
- Szybko… szybko mnie znaleźli… skatowanego i ledwo żywego…. Zabrali do szpitala… milczałem przez rok… nie mogłem się odezwać…. Wyprowadziliśmy się z tamtego miasta… brat chciał rzucić studia jak się dowiedział w jaki sposób zostały opłacone, ale mu nie pozwoliłem. Wszystkich, których wskazałem jako swoich oprawców… zamknięto… na siedemnaście lat… chciałem umrzeć… naprawdę chciałem… a później już nie….
- Dlaczego?
- Bo poznałem ciebie. Bo wyciągnąłeś mnie do ludzi. Bo nie traktujesz mnie jak jajka. Potrafisz być wredny i miły jednocześnie. To dzięki tobie poszedłem do szkoły, nawiązałem nić porozumienia z kuzynką i jej chłopakiem. Rozmawiam z ludźmi ze szkoły. Chodzę do szkoły! Boże, ja chodzę do szkoły! Jem normalnie. To ty sprawiłeś, że znowu zaczynam żyć… a ja…. Ja tak ci się odwdzięczam?!- Zapłakałem dotykając drżącymi palcami wielkiego plastra na jego czole.  Obraz mi się całkowicie rozmazał. Nie widziałem jego twarzy.- Byłem obrażony o ten twój tekst z prawiczkiem w kuchni. Unikałem cię specjalnie i nie chodziłem do szkoły, bo było mi wstyd. Ty pewnie swój pierwszy raz z jakiejkolwiek strony wspominasz dobrze, a ja…. Ktoś się mnie zapyta jaki był mój pierwszy raz, a ja powiem, że mnie zgwałcono. Wiele razy. Bardzo dużo… Byłem zły, ale nie chciałem… nie chciałem…. Przepraaaa….aaaszam... hyc….- Zaszlochałem głośno. Objął mnie mocno swoimi ramionami przyciągając do siebie. Szlochałem głośno.
- Dlaczego mnie uderzyłeś?
- Przepraszam…. Przepraszam…. Przepraszam….
- Wybaczę ci jeżeli mi powiesz, dlaczego mnie uderzyłeś.
- ON zadzwonił do domu. Chciał gadać z mamą albo z bratem….
- On?- Zapytał. Wtuliłem się w niego mocniej.
- Mój… ojciec…..- Zawyłem w jego pierś.
- Ciiiiii. Już. Już.- Głaskał mnie po ramionach i plecach.- Powiedzmy tak…. Jeżeli jeszcze raz taka sytuacja będzie miała miejsce powiedz mi za co dostałem, a ja wtedy zadecyduje o tym jak mocno ci oddam.
- Słucham?- Zapytałem piskliwie. Złapał moje policzki w swoje palce szczypiąc je delikatnie. Zaczął je naciągać.
- Impas młody. Impas. Nie wpierdolę ci, ale inaczej cię ukaram no i postaramy się sobie nie wchodzić w drogę, spoko.
- Um… ok.- Powiedziałem cicho modląc się w duchu, aby nigdy mu już nie podpaść. Przecież on mnie swoją wielką łapą zabije jednym ciosem. I nawet nie będzie musiał się wysilać zbytnio przy tej czynności.

 ************************************
To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów w tym opowiadaniu:)
Mam nadzieję, że się spodobał:)
Pozdrawiam Gizi03031




niedziela, 21 stycznia 2018

4383- rozdział 9

Hejka!
Bez zbędnego marudzenia zapraszam na kolejny rozdział:)
**************************
Siedziałem w salonie. Od tygodnia nie wychodziłem z domu. Nie miałem na to ochoty. Tak samo jak nie miałem ochoty na siedzenie w tym zasranym salonie. Ale przyszła Chisana i Zaret więc byłem zmuszony tutaj z nimi siedzieć. A ten fioletowo włosy troglodyta siedział w kuchni i coś szykował dla jego gości. To byli jego goście! Dlaczego to ja miałem z nimi siedzieć?!
- Kiedy wracasz do szkoły?
- Nie wiem.
- Wrócisz?- Zapytała kuzynka, kiedy jej chłopak znowu chciał o coś zapytać. Zerknąłem na nią z ukosa, ale nie udzieliłem jej odpowiedzi bo do salonu wszedł właśnie ON.
- Proszę.- Powiedział podając im wysokie pokale z lodami. Podał mi mój bez słowa. Wziąłem go w dłonie, ale wiedziałem, że i tak tego nie przełknę.- Zjedz chociaż połowę.
-…- Spojrzałem na niego i znowu na lody. Nie odpowiedziałem. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać.
- Dalej się fochasz? Przecież nie chodziło mi…
- Nie focham się.- Powiedziałem cicho. Prychnął siadając na podłodze naprzeciwko nas. Jako jedyny zajął miejsce na puchowym dywanie. Zawsze tam siadał.
- No przecież widzę, że się fochasz o tak głupie pytanie.
- Jakie pytanie?- Zapytała Chisana. Zacisnąłem mocniej zęby.- Kyōfu?- Odłożyłem lody na stole i podniosłem się ociężale ze swojego fotela. Stawy w kolanach strzeliły kilkakrotnie. Skrzywiłem się. Nie lubiłem tego dźwięku.
- Uciekasz? Boże człowieku, ja się tylko zapytałem czy…- Przerwał w połowie zdania, kiedy odruchowo odebrałem drący się w niebogłosy telefon. Normalnie bym go zignorował i pozwoliłbym mu odebrać albo drzeć się przeklętej maszynie, ale teraz doszedłem do wniosku, że lepiej odebrać i posłuchać co mają do powiedzenia telefoniczni domokrążcy albo jakieś inne ustrojstwa.
- Heikin, słucham?- Zapytałem. Przez chwilę po drugiej stronie nie było nic słychać, ale kiedy miałem już odłożyć słuchawkę myśląc, że ktoś pomylił numery i się rozłączył ktoś postanowił się odezwać.
- Howaito? Howaito Heikin?- Po drugiej stronie odezwał się jakiś mężczyzna. Zacisnąłem delikatnie palce na słuchawce, kiedy z nieznanych mi powodów moje dłonie zaczęły produkować spore ilości potu.
- Przepraszam, ale brat jest teraz w pracy. Jeżeli to coś pilnego to powiem mu, aby do pana oddzwonił, kiedy tylko wróci, więc…
- Kyōfu?- Padło pytanie. Drgnąłem i odwróciłem się w stronę okna. Odruch, którego myślałem, że się pozbyłem kilka lat temu.
- Tak.
- Mikasa w domu jest?- Padło ponownie pytanie, które tym razem dotyczyło mojej matki.
- Przepraszam, ale z kim mam przyjemność rozmawiać?
- Nie poznajesz po głosie?
- Nie za bardzo.- Odpowiedziałem. Osoba po drugiej stronie zaśmiała się chłodno. I już wiedziałem, nie musiał się przedstawiać.
- Twój ukochany tatuś dzwon…- Nie usłyszałem dalszej części jego wypowiedzi ponieważ roztrzaskałem telefon stacjonarny wywołując tym samym krzyk przerażenia z ust Chisany. Na sztywnych nogach ruszyłem w stronę pokoju mojego brata i mamy po czym pozbyłem się też telefonów stamtąd ciskając nimi przez cały pokój.
- Żebyś zdechł!- Wydarłem się wyrywając sobie boleśnie włosy. Przechodząc przez korytarz strąciłem ze stojącej tam szafki kryształowy wazon z kwiatami. Byłem właśnie w trakcie ciskania niebieską doniczką przez korytarz, kiedy Chisana znowu krzyknęła przerażona. Spojrzałem w jej kierunku i zamarłem. Koło jej nóg klęczał Zaret przyciskając swoją zdjętą bluzę do twarzy leżącego na podłodze Taiyō, który gapił się na mnie jednym, niezasłoniętym przez ciemny materiał okiem.- Ja…- Głos uwiązł mi w gardle. W głowie miałem pustkę. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. Gdybym mógł to zamieniłbym się z nim miejscami. Podejrzewałem, że takie oberwanie doniczką w głowę musi być bolesne. Nikt nie powinien cierpieć przeze mnie.
- Jebie cię w dekiel gówniarzu?!- Warknął na mnie. Podskoczyłem przerażony. Jego złość była uzasadniona, ale to nie znaczy, że się nie bałem. Bałem się jak cholera. I jego i o niego.
- Taiyō leż spokojnie, bo będzie bardziej lecieć…
- W dupie to mam! Ten świr rozwalił mi łeb jebaną doniczką!
- Ja… ja…
- No i co się kurwa jąkasz?!
- Przepraszam…- Szepnąłem cicho uciekając na dół. Schować się przed światem i przed jego wściekłym spojrzeniem. Wbiegłem do kuchni i porywając coś z lodówki ukryłem się przed spojrzeniami świata w moim więzieniu, do którego nie wchodziłem od jakiegoś roku.
Otaczająca ciemność napawała mnie strachem…
Dusiła…
Więziła…
Zabijała…


***

Usłyszałem jak ktoś pukał do drzwi, ale to zignorowałem. W końcu gdybym chciał wyjść do świata, to…
- Wiem, że mnie słyszysz! Siedzisz tam cały dzień! Otwieraj te drzwi!- Do natarczywego pukania, które zamieniło się w głośne walenie dodano również krzyki. Mimo to… nie ruszyłem się. Nie dałem rady. Nawet gdybym chciał –a nie chcę- to bym nie otworzył tych drzwi. Może za kilka godzin owszem, teraz… nie.- GŁUCHY JESTEŚ?!
- …- Usłyszałem jakiś stłumiony głos.
- Zamknął się tam.
-…-
- Cały dzień. Od rana.
-…-
- No sam sobie głowy nie rozwaliłem. Masochistą nie jestem.
-…- Ciche szuranie koło drzwi. Jego rozmówca podszedł do niego. Teraz usłyszę z kim gada.
- Z nikim się nie pobiłem! To twój durny brat rozwalił mi łeb!- Krzyknął i znowu załomotał
w drzwi z pięści.- Wyłaź!
- Co się stało?- Usłyszałem głos Howaito. Zamarłem. On tutaj wejdzie. Nie muszę mu otwierać. Jako jedyny ma kluczę, którymi otwiera się te drzwi od drugiej strony.
- Jak mu rozwalę połowę twarzy jak on mi to wtedy może ci odpowie…
- Nikt nikomu nie będzie twarzy rozwalał.
- On już to zrobił!
- Uspokój się.- Poprosił go dość chłodno nawet jak na niego. Po chwili usłyszałem szczęk zamka. Drzwi otworzyły się delikatnie. Zmrużyłem przekrwione oczy osłaniając się przed światłem i nimi.- Boże. Co ty…
- Wygląda jak…- Urwał fioletowo włosy i bez problemu zarzucił mnie sobie na ramieniu. Jęknąłem w proteście.- Zamknij się pijaku jeden.- Warknął i ominął mojego oniemiałego brata. Po chwili dołączył do nas. O czymś rozmawiali, ale nie byłem w stanie skupić się ani odrobiny na wypowiadanych przez nich słowach.
Było mi niedobrze…

****
Otworzyłem oczy. Leżałem w swoim łóżku. Jak przez mgłę pamiętałem jak tutaj dotarłem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale nikogo oprócz mnie tutaj nie było. Mój wzrok podążył
w stronę zegarka stojącego na szafce nocnej. Wskazywał pierwszą w nocy, albo trzynastą w południe. Zerknąłem w stronę okna. Ewidentnie pierwsza w nocy.
Wypuszczając głośno powietrze z płuc dźwignąłem się z łóżka. Byłem inaczej ubrany. Ktoś mnie przebrał. Powąchałem się dyskretnie. Zamarłem.
- I wykąpał.- Dodałem sam do siebie. Starając się nie wydawać za bardzo żadnych dźwięków udałem się w stronę kuchni. Zatrzymałem się przed samymi drzwiami, kiedy nogi wrosły mi w panelową podłogę i nie chciały się ruszyć. Mogłem tylko stać i gapić się w drzwi. No i oczywiście słuchać tego co się działo w środku. Tak jak myślałem. Mój brat tam był razem z Taiyō. Zagryzłem delikatnie wargę oddychając ciężko. Bałem się tej konfrontacji, ale nie mogłem tak tego zostawić. To nie głupie „spadaj” tylko walnięcie doniczką w głowę. Tego zwykłym „przepraszam” nie załatwię.
- … jeszcze raz….
- Boże, Sempai. Ile razy mam to powtarzać? Zadzwonił telefon, on go odebrał i mu odjebało.
- Mówił kto dzwonił?
- Myślisz że zdołałby wykrzyczeć imię osoby która dzwoniła? Kiedy? Pomiędzy niszczeniem telefonu czy rozwalania mi głowy? Bo sam już nie wiem.
- Jesteś strasznie…. Sarkastyczny.- Zauważył Howaito. Skrzywiłem się delikatnie.
- Ta…. Daj ci rozwalę głowę. Zobaczymy czy będziesz wtedy wyśpiewywał pieśni chwalebne ku niebu na moją cześć.
- No bez przesady.
- Właśnie. Bez przesady. Dzieciak przesadził.
- Wiem, ale…
- Nie ma żadnego ale. Następnym razem może mu odjebać i zaatakuje twoja mamę lub Chisane.
- One już się nauczyły, że w takich momentach nie mogą do niego podchodzić.- Powiedział cicho mój brat. Przełknąłem ciężko ślinę.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Padło ciche pytanie. Przez dłuższą chwilę w kuchni panowała cisza. Zamknąłem delikatnie oczy.
- To, że nie jesteś pierwszą osobą którą w ten sposób zaatakował.
- Żartujesz?
- Chciałbym.
- On się uwstecznia! Jak bachor z przedszkola!
- On zaczął żyć od kiedy ty tutaj zamieszkałeś. Ty tego nie widzisz, ale taka jest prawda. Mój brat powoli zaczyna wracać.
- I? Dlatego mam zostać i pozwolić się bić żeby on tylko wrócił.
- Nie wiesz co to znaczy stracić całkowitą nadzieję i ją odzyskać! A teraz chcesz mu ją odebrać!
- Oj przestań pierdolić! Bardzo dobrze wiesz, że wiem co to znaczy! Ja nie miałem jej wcale! Przez siedem jebanych lat nie miałem jej wcale!- Taiyō  uderzył ręką o stół. Drgnąłem. Chciałem z nim pogadać, ale się bałem. Bałem się, że całą złość skieruje na mnie. A nie chciałem aby się na mnie złościł. Wole jak jest obrażony. Nie zły.
Głupie, prawda?
- Pozwolisz, że wrócimy do tego jak już emocje trochę opadną?
- Nie mam zamiaru wracać do tego tematu. Nigdy. A teraz Sempai wybaczy.- Padły słowa po których życie w moich nogach wróciło. Spojrzałem na schody. Drgnąłem. Mój wzrok w dość powolnym tempie skierował się w stronę wejścia do kuchni w którym stał mój współlokator oraz brat. Przystanęli zaskoczeni i gapili się na mnie jakby zobaczyli ducha.
- Ja….- Przełknąłem głośno ślinę robiąc krok w tył. Opuściłem dłonie wzdłuż ciała
i zaciskając mocno dłonie w pięści napiąłem całe ciało. Odwróciłem głowę w bok.- Taiyo…san…. Możemy chwile porozmawiać… na osobności?- Zapytałem cicho.
- He?
 ******************************
Mam nadzieję, że się spodobał i zawitacie też tutaj za tydzień:)
Pozdrawiam Gizi03031;)