niedziela, 15 kwietnia 2018

Mannaro 5

Życzę miłego czytania:)
*****************************

Tallulah oraz Terence wtulali się w boki Yaevinn stojącej wraz z nimi w przejściu do kuchni. Omoi nadal siedział na swoim wcześniejszym miejscu unosząc ręce w poddańczym geście. On nie chciał się do tego mieszać. Kirk stał i mierzył wzrokiem głośno warczącego Nigel’a.
- Nie warcz. Zadałem ci tylko pytanie. Po co ta agresja?- Odpowiedziało mu warczenie. Nigel nie mógł zapanować nad swoim ciałem. Im więcej on chciał wiedzieć tym bardziej chłopak czuł się zagrożony i nie chciał się mu wykładać na tacy.- Chłopcze, wylecz się.- Powiedział Kirk. Nigel warknął jeszcze głośniej, a Terence pokiwał przecząco głową.
- Nie mogę.
- Czy nie masz zdolności regeneracyjnych?- Kirk spojrzał na chłopca mierząc go dokładnie od stóp do głowy. Ośmiolatek pokiwał przecząco głową. Z jego zdolnościami leczniczymi było wszystko w porządku.- To dlaczego się nie uleczysz?
- Bo wujek mi na to nie pozwala.- Odparł cicho chłopiec. Kirk warknął gardłowo mierząc groźnie Nigela. Chłopak chciał się skulić w sobie, okazać należyty szacunek alfie, ale sęk w tym, że nie mógł. Jeżeli okaże strach i uległość przegra. Terence się wyleczy. W poniedziałek pójdzie do szkoły i już z niej nie wróci. Tak samo jak Tallulah. Zostaną rozdzieleni. Wiedział, że nie powinien się stawiać, ale troska o dzieci była dla niego silniejsza niż obowiązek okazania szacunku silniejszemu.
- Zabraniasz dziecku się wyleczyć?! Co to za poronione pomysły?! Każesz mu cierpieć gdzie mógłby się wyleczyć w kilka sekund! Czy ty…?!
- Nie!- Terence stanął pomiędzy warczącymi na siebie osobnikami.- Nie mogę się wyleczyć, bo to niebezpiecznie.
- Co ty gadasz, dzieciaku?!- Warknął Kirk. Terence cofnął się o krok, a Nigel warknął śledząc dokładnie każdy ruch swojego byłego szefa.- Jak wyleczenie samego siebie może być dla ciebie niebezpieczne? No nie mów mi, że jara cię ból?!
- KIRK!- Omoi krzyknął zbulwersowany zachowaniem swojego alfy.
- Hę?!- Krzyknął starszy mężczyzna zaskoczony tomem swojego podwładnego.
- To tylko dziecko. Nie mów do niego takich słów.
- Omoi! Nie wiem jakie masz tam wyobrażenie o tym mężczyźnie, nie wiem w jakich warunkach się poznaliście i w ogóle, ale on od początku był na moim celowniku. Po pierwsze! Tak! Po pierwsze! Pojawił się z nikąd na moim terenie w Seattle i mi tego nie zgłosił. Myślał, że się nie skapnę, że po naszych ziemiach chodzi jakiś SAMOTNY wilk?! Po drugie! Samotnik, który obrzuca swojego partnera i nawet nie zwraca na niego uwagi?! Informację o nim zaczynają się dopiero kilka lat temu! Nie ma nic o jego rodzinie, pochodzeniu, relacjach międzyludzkich! Nie zdziwię się jeżeli ta samotność tak mu już na mózg siadła, że nawet nie wyczuwa zagrożenia w innych, a szuka go tam gdzie go nie ma! I jeszcze zabrania młodemu się wyleczyć! Młode powinny przynależeć do stada, a nie być wychowywane przez zwariowanego samotnika i rodzinę leśnych gnomów!
- Ej!- Krzyknęła oburzona Yaevinn, ale Kirk umiejętnie ją zignorował. Zaczerpnął głośno powietrza do płuc, aby kontynuować swoją tyradę, ale przerwał mu cichy głos Terence.
- Wczoraj pobiłem się z człowiekiem. On i jego kumple mi to zrobili. Jeżeli się uleczę i pójdę tak do szkoły wydam nas wszystkich. Nie tylko siebie, siostrę czy wujka, ale całą społeczność Magicznych. Wujek nie pozwala nam się wyleczyć jeżeli nasze rany zobaczył człowiek.- Powiedział mały przyczepiając się do nogi swojego wuja. Jego siostra bliźniaczka zrobiła dokładnie to samo, tyle że wybrała drugą nogę.
- Wuj ma nas. Mnie i brata. My o niego dbamy. My wyczuwamy dla niego zagrożenie. Wujek nie jest samotnikiem. Ma mnie, brata, wujka Silvana i jego dzieci.
- Aanan Mashibhell. Mówi ci to coś o wieli alfo?- Zapytała pogardliwie Yaevinn. Kirk odwrócił się gwałtownie w jej stronę. Coś w jego szyi strzeliło głośno.- Chodźcie dzieciaki. Umyjemy zęby, obejrzymy bajkę i do spania.
- Ale…
- Terence. Nigel sobie poradzi. Dajcie mu trochę odetchnąć.- Powiedziała dziewczyna i poczekała, aż maluchy do niej podejdą. Cała trójka obrzuciła kuchnię jednym spojrzeniem by po umyciu zębów zamknąć się w największym pokoju. Po chwili do pozostałej w kuchni trójki dotarły dźwięki jakiejś bajki puszczanej w telewizji.
- Nigel. Usiądźmy. Pogadamy.- Zaczął Omoi, ale chłopak nawet nie drgnął.
- Interesuje mnie tylko jedno.- Zaczął Nigel po dłuższej chwili milczenia.- Co się stało z tamtym człowiekiem?
- Um….- Omoi podrapał się po karku siadając na jednym z krzeseł. Oparł się łokciami o stół za sobą pochylając się do tyłu. Zadarł głowę do góry patrząc w sufit.- Idiota stwierdził, że dowie się gdzie jesteś jeżeli powiększy swoje wpływy i próbował podbić tereny Cani Selvaggi. W przeciągu jednej nocy było po wszystkim. Niedobitki ci co nie walczyli trafili pod opiekę innych stad. Ci co walczyli…. Cóż… dobrze wiesz, że z tym stadem się nie zadziera.- Powiedział Omoi i wyprostował się gwałtownie. Spojrzał na Nigel’a i pokazał na swoją twarz.- Pięć razy prawie udało mi się od niego uciec, ale za każdym razem mnie łapał i zabawiał się moją twarzą. W końcu blizny zostały na stałe. Nie mogłem ich już wyleczyć, ale nadal próbowałem uciec. Raz wysłałem wiadomość do twoich opiekunów. Mieli cię ukryć. Po tym nie widziałem światła słonecznego kilka lat. A po tej masakrze jaką zgotował stadu zostałem uwolniony i wróciłem do swoich prawie jedenaście miesięcy temu. Więc dlaczego powiedz mi jesteś tutaj. Sam. Z obcymi dzieciakami, a nie z siostrą i jej mężem?
- Bo Kate i Troyce zginęli w wypadku samochodowym, dlatego mnie z nimi nie ma. I te dzieci nie są obce. To ich dzieci. Ja się nimi opiekuje.- Powiedział chłopak przecierając zmęczoną twarz. Miał powoli wszystkiego serdecznie dosyć. Usłyszał głośny pisk. Odwrócił się zaskoczony w stronę Kirk’a, z którego to właśnie ust wydobył się ten dźwięk. Kirk stał i zasłaniał swoje usta dłonią. Po długich minutach ciążącej ciszy spojrzał najpierw na Omoi’a później na Nigela.
- TY jesteś bratem Kate?!
- Znasz ją?
- Troyce to mój brat.- Powiedział Kirk. Nigel wbił się w szafki za sobą po czym syknął głośniej, kiedy coś wbiło mu się w plecy. Podejrzewał, że to klamka od jednej z szafek. Już miał coś powiedzieć, kiedy przerwało mu pikanie zegarka. Zmarszczył czoło. Przecież nie ustawiał żadnego budzika. Spojrzał pytająco na Omoi’a, który wyłączył zegarek w swoim telefonie, sięgnął z kieszeni po jakąś zieloną tabletkę, wsadził ją do ust i popił.
- No co?
- Nic.- Mruknął Nigel drapiąc się po ramieniu.
- Możecie mi to wytłumaczyć?
- Wydaj rozkaz alfy, a ja albo Omoi powiemy ci wszystko. Nie wydawaj rozkazu, a ode mnie nie dowiesz się niczego.- Syknął Nigel i poszedł na chwilę do swojego pokoju po czym wrócił z niego zakładając na plecy bluzę zapinaną na zamek. Taktownie zignorował ciche warknięcie.
- Czemu maskujesz swój zapach?- Zapytał Omoi. Nigel spojrzał na niego jak na idiotę.
- Bo nie będę uległym dla jakiegoś alfy, który na domiar złego jest ciężkim nasieniem. Nie ufam mu. Boję się go. Więc niech nie liczy na to, że pokaże przed nim szyję.
- Przecież nic ci nie zrobię.- Warknął Kirk. Nigel spojrzał na niego żałośnie.
- Chwilę temu chciałeś mi rozerwać gardło tylko dlatego, że nie pozwoliłem Terence się wyleczyć. To jest normalne?
- A skąd mogłem wiedzieć dlaczego nie pozwoliłeś mu tego zrobić? Może jesteś jebnięty i mu tego zabroniłeś, bo to cię jara.
- To trzeba było zapytać. Sam jesteś jebnięty skoro najpierw atakujesz, a później się dowiadujesz prawdy. Narwanego masz alfę.- Nigel zwrócił się do Omoi’a. Chłopak zaśmiał się cicho.
- Nie zapominaj, że w świetle prawa to i twój alfa. Był nim od dnia, kiedy Kate przygarnęła cię do domu. No i kiedy on wyczuł od ciebie ten najrzadszy zapach.
- Pfff.- Prychnął Nigel. Chłopak zdawał sobie sprawę, że nieformalnie należał do stada siostry, ale nigdy by nie pomyślał, że to właśnie Kirk jest alfą tego stada. Ugh…. Na samą myśl go skręcało.- Co za zapach?
- Nie powiedział ci? Nic? Że jest twoim partnerem i tego typu bajery?
- Ten ignorant dopiero dzisiaj się dowiedział, że jestem Aanan Mashibhell. A ja dopiero wczoraj się dowiedziałem, że to wilkołak jest.
- To co? Od tylu lat nic. Żadnego buzi, przytulania czy rande vous?- Zapytał Omoi. Nigel jęknął głośno kiedy do jego ciała doleciała gęsta czerwono-malinowo-fioletowa mgła. Zakrył usta starając się nie wdychać owej mgły. Wiedział co ona oznaczała. I zdawał sobie sprawę, że jego własne ciało produkowało taką samą mgłę.- Ostro. A myślałem, że to ja mam przejebane jeżeli chodzi o partnerkę.- Dodał i sięgnął po swój telefon, który dzwonił od kilku sekund.- O. O wilku mowa.- Dodał po czym po prostu odebrał i wyszedł zamykając się w łazience. Nigel i Kirk zostali sami.
- Um…- Zaczęli obaj. Nigel drgnął i spojrzał w bok.
- Proszę. Ty pierwszy.- Powiedział młodszy chłopak. Kirk podrapał się po szyi.
- Dlaczego odszedłeś z wcześniejszej pracy?
- Kpisz czy o drogę pytasz?
- Nigel. Pytam poważnie.
- Hmmmm….? Pomyślmy? A no tak. Z dnia na dzień zostałem opiekunem dwójki małych dzieciaków. Opieka nad nimi zabierała mi sporo czasu, który wcześniej przeznaczałem na wydajność w pracy, co nie spodobało się mojemu byłemu szefowi po czym najnormalniej w świecie mnie wyjebał z roboty, kiedy nie mogłem wrócić do tego jaki byłem przed adopcją dzieciaków. Nie miałem już tam czego szukać więc zawinąłem swoje manatki i wyjechałem z tamtego miasta. Teraz ty mi powiedz co robisz w tym mieście?- Warknął chłopak siadając na jednej z szafek. Starał się tego nie robić przy dzieciach, aby nie zaczęły go papugować, ale teraz ich tutaj nie było więc pozwolił sobie na trochę samolubnej wygody nie zważając na to, że przed nim stoi alfa.
- Po śmierci brata trochę mi się pokomplikowało życie. Razem ze sforą doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy zamieszkać na jakimś mniej zaludnionym obszarze. Dlatego przenieśliśmy się w okolicę tego miasta. Moja firma i tak prosperuje w Seatle. Będę do niej jeździł kilka razy w tygodniu aby to wszystko skontrolować, ale póki co chcemy odpocząć.
- Czyli zamieszkacie tutaj. W okolicy?
- Tak. Dom już kupiliśmy. Część ludzi już tutaj jest. Niektórzy z młodszych zaczęli się rozglądać za jakąś pracą tutaj. W sumie zaczęliśmy się tutaj już od jakiegoś roku sprowadzać. Żeby nie było dziwne, że tak duża grupa ludzi postanowiła się tutaj przenieść.
- Jak daleko od miast będziecie?
- Około dziesięciu mil.- Powiedział Kirk przyglądając mu się dokładnie. Zrobił dwa kroki w jego kierunku, ale Nigel wyciągnął przed siebie obie dłonie, aby go powstrzymać.- Dlaczego pytasz?- Kirk nie przestawał zbliżać się do chłopaka, który próbował uciec wzrokiem od zbliżającego się do niego ciała.
- Kirk. Nie zbliżaj się.
- Chcę być bliżej ciebie. Uciekłeś ode mnie pięć lat temu. Nie mogłem cię znaleźć. To, że mnie ignorowałeś w pracy i miałeś gdzieś to kim dla ciebie jestem jeszcze jakoś mogłem znieść. Ważne było, że miałem cię blisko i mogłem czuć twój zapach. A tu pewnego dnia, wracam z delegacji, na moim biurku leży twoje wypowiedzenie, a w biurze nie ma żadnych twoich rzeczy. Myślałem, że zwariuje przez te kilka lat.
- Ja nie wiedziałem kim dla mnie jesteś, więc się nie zbliżaj.
- Nigel. Proszę.- Kirk wyciągnął w jego kierunku jedną rękę. Nigel przyglądał mu się uważnie patrząc na jego zranione spojrzenie i twarz wykrzywioną bólem. Chłopak wymiękł po tym jak usłyszał cichy pisk wydostający się zza przygryzanej wargi mężczyzny. Podał mu swoją dłoń, ale nie pozwolił się za bardzo zbliżyć. Ręka wystarczy.
Kirk chwycił delikatnie jego dłoń w swoje i wypuścił ze świstem powietrze z płuc, kiedy poczuł jak jego ciało opuszczają wszelkie troski. Zrobił krok w stronę chłopaka, ale na więcej sobie nie pozwolił czując jak ten się spina. Uniósł jego dłoń do góry i pozwolił sobie zaciągnąć się zapachem jaki płynął od nadgarstka młodzieńca. Wilk w nim szalał ze szczęścia. Merdał ogonem. Drapał pazurami. Chciał się wydostać i otrzeć o Nigela. Zostawić na nim swój zapach. Pokazać wszystkim, że chłopak jest jego. Czuł emocje chłopaka, ale nie chciał wpływać na niego swoją mocą. Chłopak ewidentnie nie przepadał za alfami, więc Kirk nie chciał wykorzystywać na nim swojej władzy. Chciał go, ale tylko dlatego, że Nigel sam będzie go chciał. Nie dlatego, że Kirk go do tego zmusi.
- Kirk. Co ty robisz?- Pisnął cicho Nigel kiedy wyczuł na swoim nadgarstku delikatne pocałunki. Serce zaczęło mu szybciej bić.
- Koje swojego wilka oraz zszarpane nerwy.- Odparł mężczyzna i wrócił do składania pocałunków na nadgarstkach młodszego osobnika.
- Musisz to robić?
- Doszedłem do wniosku, że na to jeszcze mi pozwolisz.
- To co ty chciałeś innego zrobić?- Zapytał piskliwie chłopak próbując ignorować otulającą go czerwono-fioletową mgłę.
- Przybliżyć się.- Powiedział Kirk i tak zrobił.- Wziąć cię w ramiona, pocałować, posiąść…- Przerwał i przełknął głośno ślinę, próbując zapanować nad swoim szalejącym libido.- Ale zatrzymam się na etapie całowania twojego nadgarstka oraz delektowaniem się twoim zapachem, mimo tego, że go maskujesz i tak go czuje.
- Nie możesz… mnie…. Pocałować…- Pisnął Nigel chcąc zabrać rękę, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Było mu tak dobrze, tylko dlatego, że Kirk delikatnie muskał wargami jego nadgarstek.
- Całuje cię właśnie teraz.
- Nie możesz mnie posiąść.
- Zrobię to dopiero jak mi na to pozwolisz.
- A jak nie pozwolę to mnie puścisz? Będę mógł odejść?- Zapytał Nigel i drgnął na głośne i gardłowe warczenie. Kirk zaciągnął się mocniej zapachem z jego nadgarstka.
- Daje ci tydzień na ucieczkę. Nie będę cię powstrzymywał ani więził, ale jeżeli po tygodniu nadal będziesz w mieście już cię nie wypuszczę i zaproponuję ci, abyś zamieszkał z dzieciakami w mojej posiadłości pod miastem.
- Słyszysz…. Co ty opowiadasz?- Zapytał zaskoczony Nigel i zsunął się z blatu szalki znajdując się niebezpiecznie blisko Kirka. Czuł ciepło bijące z jego ciała, Zrobił by tylko delikatny krok i wpadłby w jego ramiona. Spojrzał do góry w jego oczy i przełknął głośno ślinę.
- Tydzień Nigel.
- Kirk słuchaj muszę wracać, bo… ups… przerwałem w czymś?- Omoi zatrzymał się w połowie przejścia do kuchni obserwując dokładnie obu mężczyzn.
- Nie przerwałeś. Doszliśmy do pewnego porozumienia. Możemy jechać do domu. Już widzę jak Lindy daje ci popalić za spóźnienie.
- Skoro wiesz to dlaczego nie mogliśmy wrócić wcześniej, przecież ona jest nie znośna.
- To twoja partnerka.
- Ale to nie zmienia faktu, że jest nieznośna jak na swój wiek.
- A jakie mają być dziesięciolatki?- Zapytał rozbawiony Kirk i spojrzał jeszcze raz na Nigela.- Tydzień.- Dodał po czym wyszedł z jego mieszkania nie oglądając się za siebie. Nigel stał oniemiały przy szafkach w kuchni i gapił się na dopiero co zamknięte za Omoiem drzwi.
I co on miał w takim wypadku zrobić?
Już sam nie wiedział jak miał zdecydować?
Jaka decyzja będzie tą słuszną decyzją?


*******************************
 No i zbliżamy się ku końcowi. Za tydzień pojawi się ostatni rozdział tego opowiadania...
Gizi03031

niedziela, 8 kwietnia 2018

Mannaro 4

Hejka.
Życzę miłego czytania:)
***********************************

- Proszę. Możesz zanieść zamówienie.- Silvan położył przed młodym Aanan Mashibhell i powiedział, kiedy skończył szykować zamówioną kilka minut temu porcję naleśników. Młody chłopak kilka minut wcześniej wrócił z Sali, na którą przetransportował dwie filiżanki ciemnej kawy. Teraz przyszła pora na naleśniki. Nigel położył pewnie na swojej lewej dłoni wielką tacę z dwoma talerzami wypełnionymi naleśnikami. Na drugą rękę zgarnął tacę z małymi półmiskami pełnymi owoców oraz dwa małe dzbanuszki wypełnione sosem klonowym. Pomagając sobie stopą wydostał się z kuchni na salę i odnalazł wzrokiem stolik, przy którym był dosłownie kilka minut temu. Jego były szef już nie siedział tam sam. Naprzeciwko niego siedział jakiś mężczyzna. Nigel nie widział jego twarzy, więc nie wiedział kim jest jego towarzysz. Biorąc głęboki oddech (Kirk od razu na niego spojrzał przeszywając jego ciało uważnym spojrzeniem) podszedł do ich stolika. Zabrał się za rozkładanie talerzy, kiedy kątem oka zobaczył jasnobłękitną mgiełkę przeplataną gdzieniegdzie złotymi i srebrnymi refleksami (brokatem, przemknęło mu przez myśli). Przerwał rozkładanie zamówienia i wyprostował się jakby połknął kij. Odwrócił się delikatnie w swoją lewą stronę skąd napłynęły do niego kojące nerwy barwy. Wciągnął ze świstem powietrze do płuc i nim jego mózg zdążył zapanować nad krnąbrnym ciałem rzucił się na towarzysza Kirk’a zwalając go z krzesła. Nim ktokolwiek zdołał zareagować objął leżące na podłodze ciało i zaczął głośno płakać zaciskając mocniej palce na plecach mężczyzny.
Minęła dłuższa chwila, nim Nigel zarejestrował za swoimi plecami głośne warczenie oraz obecność swojego szefa nieukrywającego znaków na twarzy. Uniósł się delikatnie do góry nadal siedząc okrakiem na towarzyszu Kirk’a i spojrzał w jego twarz. Mimo łez cieknących mu po policzkach nadal był w stanie dojrzeć sterczące we wszystkie strony czarne włosy. Ciemne węgielki osadzone w delikatnie skośnych oczodołach. Gęste, ciemne brwi. Lewa delikatnie przecięta. Zgrabny nos i pełne usta. W dolnej wardze nadal tkwił kolczyk. Dwudniowy zarost. Jedyne co się zmieniło to prawy policzek. Przez całą jego długość ciągnęły się cztery szerokie blizny.
Warczenie za jego plecami nie ustawało, a wręcz nawet się nasiliło, kiedy Nigel pochylił się nad przybyszem.
- Wróciłeś.- Wyszeptał łamiącym się głosem. Po czym uderzył przybysza w ramię i wyprostował się delikatnie klęcząc nad nim w rozkroku.- To dłużej niż tydzień, Fratello… Omoi.- Powiedział i zaśmiał się cicho kiedy został porwany w silne ramiona leżącego pod nim mężczyzny i przyciągnięty do stalowego uścisku. Usłyszał jak tamten pociąga nosem po czym śmieje się do jego ucha.
- Nigel. Znalazłem cię.- Szepnął wtulając nos w jego szyję i zaciągnął się głośno powietrzem.- Ugh…. Czym ty się wypsikałeś?
- Hahaha! Sorki, sorki.
- Czy my wam nie przeszkadzamy?- Usłyszałem nad swoją głową głos swojego szefa.- Boże, człowieku. Przestań warczeć. Chyba cała okolica cię usłyszała. Jeszcze mi tutaj hycla brakuje.
- Bez przesady.- Warknął Kirk i pomasował się po nosie. Nigel  Spojrzał przepraszająco na swojego szefa wstając gwałtownie na proste nogi.
- Przepraszam. Już wracam do pracy!- Zawołał kłaniając się przed nim delikatnie po czym nie czekając na ich słowa skończył wykładać ich zamówienie na stolik i czmychnął do kuchni. Oparł się o ścianę i ukrył połowę twarzy w dłonie dmuchając w nie delikatnie. Uśmiechnął się do swoich myśli.
- Nigel…
- Szefie.- Chłopak podskoczył i spojrzał na starszego elfa. Ten tylko pokiwał przecząco głową i wrócił do mycia talerzy. Nigel bez słowa stanął przy kolejnym zmywaku i zabrał się za mycie wielkich garów. Nim został przywołany ponownie przez klientów zdążył też umyć dwie z trzech wielkich kuchenek. Jak zawsze na koniec pracy zostawiali sobie jedną czynną kuchenkę, która była myta dwadzieścia minut przed zamknięciem i to przeważnie przez szefa. Pozostałe dwie osoby sprzątały na Sali oraz w toaletach i wynosiły śmieci. Wyszedł na salę gdzie za kontuarem stał młody chłopak. Nigel spojrzał na niego i uśmiechnął się delikatnie. Jeden ze stałych klientów.- Marck. W czym mogę pomóc?
- O Siema. Dzisiaj ty robisz?- Zapytał. Kiwnął głową. Chłopak podrapał się delikatnie po głowie. Zmarszczył czoło.- Dwa razy zestaw na wynos w takim razie.
- Już się robi.- Powiedział i krzyknął na kuchnię co było zamawiane po czym wrócił do młodego.- Co tam u naszego stałego klienta?- Zagadał.
- A weź przestań. Za dwa miesiące zaczynam ostatni rok szkoły. Trochę się tego cykam więc wiesz. Nie chcę jej kończyć. No, ale jeżeli uda mi się zadać z dobrą średnią to może dostane stypendium sportowe i dostanę się na lepsze studia.
- Nadal o tym myślisz? Ja twoim wieku chciałem pozostać wiecznym licealistą.
- Tak źle się uczyłeś?- Zapytał młodzieniec. Nigel zaśmiał się głośno.
- Skończyłem liceum w dwa lata.
- Kujon!- Zaśmiał się tamten opierając się o kontuar. Nigel pokazał mu delikatnie język w którym zamajaczyła srebrna kuleczka.
- Bolało jak sobie robiłeś??- Zapytał konspiracyjnym szeptem pokazując na swój język. Nigel wzruszył ramionami. Przecież w swoim życiu tyle już przeszedł, że kolczyk w języku to dla niego nic takiego. – Becka też ma.
- Wiem. We dwójkę sobie robiliśmy. Jako nagrodę za to, że dostaliśmy umowy na stałe.- Powiedział chłopak i sięgnął z okienka zamówienie jakie przyszykował jego szef. Policzył na kasie co i ile po czym odebrał od chłopaka pieniądze. Nigel spojrzał na Kirk’a, który stanął za Młodym, aby móc zapłacić za swoje zamówienie. Omoi stał koło niego i uśmiechał się szeroko do Nigel’a. Liczył resztę dla chłopaka, kiedy ten znowu się odezwał.
- Wcześniej nie mogłeś sobie zrobić?
- Wcześniej miałem inną pracę i takie ozdoby nie pasowały mojemu szefowi. Nowy jest spoko i nie patrzy na to jakie mamy ozdoby.
- Miałeś dziwacznego szefa.- Powiedział, a Nigel wręcz nie mógł się powstrzymać od tego aby nie prychnąć głośno, kiedy zobaczył minę Kirk’a. Marck też mu się przyglądał.- Czy ja powiedziałem coś zabawnego?
- Tak.
- Co?
- Mój były szef stoi właśnie za tobą.- Powiedział i uśmiechnął się wrednie po czym delikatnie przeciągnął językiem po suchych wargach.
- Nigel zamykamy dzisiaj pół godziny wcześniej.- Powiedział jego nowy szef i na powrót schował się w kuchni. Standard.
- Um…. Ja już może będę leciał.- Powiedział Marck. Nigel uśmiechnął się szeroko.
- Pozdrów Beckę.
- Pozdrowię.- Powiedział chłopak i już go nie było. Nigel popatrzył jeszcze chwilę na drzwi po czym ponownie spojrzał na stojącego przed nim Kirk’a.
- Tak?
- …- Kirk odwrócił się w stronę towarzyszącemu mu mężczyzny po czym spojrzał znowu na swojego byłego pracownika.- Jeszcze dwie butelki wody. I rachunek.- Powiedział. Nigel kiwnął głową i odwrócił się w stronę lodówki.- Na dupie trzeba było sobie go zrobić.- Usłyszał cicho wypowiedziany komentarz. Wiedział, że to co sam planował powiedzieć zostanie równie dobrze usłyszane mimo, że złośliwą odpowiedz wysyczał cicho pod nosem.
- Może już mam. Kolesie, którym obciągałem nie narzekali na kolczyka w języku.- Po jego komentarzu w lokalu ponownie dało się słyszeć donośne warczenie. Zachłysnął się żółtą mgłą, jaka wyciekała wręcz z ciała Kirk’a.
- Uspokój się psie, bo dzwonie po tego hycla!- Szef Nigela wyleciał z kuchni jak poparzony.
- Jestem spokojny.- Odezwały się trzy głosy. Silvan popatrzył na nich jak na idiotów po czym strzelił najbliżej stojącego Nigela ścierką w głowę.
- Ty się zbieraj na chatę.- Rzucił niby od niechcenia. Nigel spojrzał na niego marszcząc czoło.- Idź się przebierz i wróć na chwilę.- Dodał jego szef. Chłopak pokiwał twierdząco głową i bez słowa ruszył w  stronę szatni. Pierwszym jego odruchem było sprawdzenie telefonu. Nie było na nim żadnej wiadomości, ani nikt nie próbował się z nim połączyć. Zmienił pospiesznie spodnie oraz buty. Koszulkę poprawił delikatnie. Zarzucił torbę na ramię. W pasie przewiązał bluzę. Było mu stanowczo za ciepło. Wiedział, że powinien ubrać ją na siebie, ale dla odmiany popsikał swoją szyję kilka razy nim ponownie wyszedł na salę. Dwójka z trójki zgromadzonych tam osób prychnęła i odsunęła się od niego delikatnie. Wiedział czego wilki nie lubią. W końcu to dzieciaki mu powiedziały kiedyś w sklepie jakich zapachów najbardziej nie lubią i nie chcą aby brał takie perfumy. A on specjalnie je wziął. Aby odstraszać potencjalnych wrogów.
- Słucham?
- Dzwoniła do mnie Yaevinn….- zaczął. Nigel zawarczał głośno potrząsając nerwowo głową na boki.- Dzieciaki znowu dziwnie się zachowują. Zamknęły się w łazience i…- Zamknęły się w łazience. Tyle mu wystarczyło.
- Przepraszam. Dowidzenia.- Rzucił tylko i już go nie było. Po chwili gnał przez ulice miasta starając się unormować oddech. Ugh…. Dlaczego on się tak bardzo wypsikał. Gdyby wiedział co się dzisiaj stanie nie użył by na sobie ani grama perfum. Pluł sobie teraz mocno w brodę za to. Zatrzymał się dosłownie na chwilę w przydrożnym kiosku kupując opakowanie chusteczek nawilżanych i dwie duże butelki wody. Wysilając swoje nogi do utrzymania jak najszybszego tępa i wyciągając co chwilę nową chusteczkę szorował nimi po swojej szyi, twarzy, dłoniach jak i ramionach. Był dosłownie dwie ulice od swojego mieszkania, kiedy przed nim z piskiem opon zatrzymał się wielki wóz terenowy zagradzając mu drogę do domu. Spojrzał nienawistnie na kierowcę chcąc mu rozerwać gardło, ale w porę się powstrzymał kiedy ów kierowca kiwnął mu ręką żeby wsiadał na tylnie siedzenie. Tak też zrobił ignorując to, że to samochód Kirk’a.
- Gdzie tak pędzisz?- Zapytał niby od niechcenia, ale Nigel zobaczył ulatującą z jego ciała żółtą mgiełkę.
- Do domu.- Odparł chłopak wycierając bardziej swoją szyję.
- Co robisz?- Zapytał Omoi. Nigel spojrzał tylko na niego po czym palcem pokazał Kirk’owi gdzie ma jechać i sięgnął po swój telefon. Napisał szybko wiadomość do córki szefa:

Za chwilę będę pod blokiem. Weź jakąś moją czystą koszulkę, ręcznik i zejdź na dół.

Kiedy zajeżdżali pod blok zobaczył dziewczynę czatującą przy wejściu do klatki. Nigel wypadł z samochodu i w biegu ściągnął z siebie swoją dzisiejszą koszulkę po czym wylał na siebie dwie butelki wody i zaczął wycierać się ręcznikiem.
- Ty masz w domu jakieś młode?- Zapytał ponownie Omoi. Nigel nic nie odpowiedział. Ubrał na siebie nową, czystą koszulkę i podszedł do Kikr’a.
- Jak pachnę?- Zapytał. Jego były szef spojrzał na niego jak na idiotę.
- Hę?
- Jak? Pachnę?- Wycedził zniecierpliwiony chłopak. Mężczyzna zmarszczył czoło, ale poniuchał delikatnie powietrze przed Nigelem.
- Dobrze.- Powiedział zaskoczony. Nigel syknął i podszedł do niego bliżej. Położył mu rękę na karku i naciskając mocno  w dół przyłożył jego twarz do swojej szyi odchylając ją w bok. Gest zaufania i oddania. Nie chciał tego robić, ale wiedział, że tylko tak uzyska odpowiedzi jakiej chciał.
- Jak pachnę?- Zapytał. Nim Kirk mu odpowiedział Nigel zobaczył jak z ciała mężczyzny ulatuje wściekle czerwona mgła zabarwiona gdzieniegdzie fioletem. To mu wystarczyło. Puścił mężczyznę i nic więcej nie mówiąc ruszył co dwa schodki do góry chcąc się już znaleźć na samej górze i być przy tych małych nicponiach. Otworzył drzwi i zamknął je za sobą po czym podszedł do drzwi od łazienki i zapukał w nie delikatnie. Nic nie usłyszał. Ale nie dał się zwieść. Dobrze wyszkolił w tej kwestii dzieciaki. Wiedział, że się nie zdradzą jeżeli on się nie odezwie.- Terence? Tallulah?- Zapytał. Drzwi otworzyły się gwałtownie, a w jego oba ramiona wbiły się ostre zęby częściowo zamienionych w wilki dzieciaków. Przyglądał im się dokładnie siedząc na podłodze pod drzwiami od łazienki i głaskał delikatnie ich plecy chcąc je w ten sposób uspokoić. Widział ich wilcze uszy wystające z ich rudych włosów. Spod pidżamek wystawały bujne, duże ogony. Wiedział, że zmieniły im się też zęby oraz oczy. Czekał aż go puszczą wyciągając zęby z jego ciała. Raz na jakiś czas przechodziły niekontrolowaną przemianę. Nauczył je wtedy, że mają się gdzieś zamknąć i nikogo do siebie nie dopuszczać tylko właśnie go. Wtedy za każdym razem przerażone tym co je spotykało gryzły go i kilka minut uspokajały się wdychając jego zapach by przybrać swoją normalną postać, a po godzinie płaczu i przepraszania już spać.
- Co tu…?- Kirk urwał w połowie zdania, kiedy po mieszkaniu rozniosło się warczenie. Tallulah oraz Terence nie zaakceptowali nowego przybysza.- Przemieńcie się.- Zabrzmiał groźny baryton zakończony warczeniem. Nigel usłyszał dwa skowyty dzieci swojej siostry.
- Kirk przestań. To jeszcze dzieci są, nie możesz tak po prostu….
- Nigel.- Sposób w jaki wypowiedział imię chłopaka sprawił, że jego właściciel wbił się w ścianę mimo, że chciał z tym walczyć. Po chwili koło niego siedziała dwójka popiskujących cicho dzieciaków. Chłopak wiedział co się dzieję mimo, że moc alfy nie została użyta na nim.
- Kirk! Błagam!- Zawołał chłopak próbując przezwyciężyć jego moc i ochronić ciałem swoje dwa skarby, ale nie mógł się ruszyć. Na ich terenie pojawił się alfa. Więc ani on nie mógł bronić dzieci, ani dzieci nie mogły obronić go, mimo że oboje posiadali pierwiastek bety w swoim organizmie.
- Do kompania. Cała trójka. Już.- Warknął mężczyzna patrząc na nich wyczekująco. Nie użył na nich swojej mocy. Powiedział to normalnie, a i tak cała trójka bez szemrania zamknęła się w łazience. Nigel napuścił do wielkiej wanny wody ponieważ i tak wiedział, że zmieści się w niej z pozostałą dwójką (nie raz już się z nimi kąpał, bawiąc się z nimi). Zakrył się małym ręcznikiem i wszedł do wody myjąc się pospiesznie. Dzisiaj żadnemu z nich nie w głowie były zabawy. Umyli się pospiesznie zmywając z siebie krew. Nigel umył też włosy. Po wysuszeniu się dokładnie i ubraniu na siebie świeżych pidżam ( w trzech przypadkach składały się na nie krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach- Nigel dodał do tego też arafatkę, która miała na celu zakrycie jego szyi) cała trójka weszła do kuchni.
- Jedliście coś?- Zapytał cicho Nigel ignorując warczenie dochodzące od strony stołu.
- Czekaliśmy na ciebie.- Powiedziała Tallulah. Nigel pokiwał przecząco głową i odwrócił się na chwilę do swoich nieproszonych gości.
- Zjecie z nami?- Zapytał przyglądając im się dokładnie. Kiedy wprowadzał się do tego mieszkania nigdy nie sądził, że nadejdzie dzień w którym Kirk będzie siedział u niego w kuchni na krześle i lustrował go spojrzeniem.
- Nie, dziękuje.- Powiedział Kirk nie spuszczając wzroku z młodszego mężczyzny. Nigel podszedł do lodówki i wyciągnął z niej kilka jajek, cebulę i jakąś szynkę po czym nie odwracając się do nich zabrał się za szykowanie kolacji. Słyszał za sobą jak dzieciaki rozkładają na stoliku sztućce, masło, chleb w koszyczku. Terence podał mężczyźnie trzy talerze, kiedy Tallulah stojąc na krześle przy jednej z szafek zatrzymała się na chwilę.
- Ile kubków?- Zapytała cicho. Nigel podrapał się po głowie.
- Sześć.- Powiedział wrzucając do smażącej się cebuli i szynki przyprawione jajka.
- Mogę otworzyć tą malinową herbatę?
- A wypiliście już cytrynową?
- Zostało jej tylko na jeden kubek.- Powiedziała Tallulah zaglądając do opakowania cytrynowej herbaty.
- To mi zrób cytrynową. Yaevinn pewnie będzie piła zieloną. Wy możecie malinową sobie zrobić. Do picia. Nie do jedzenia.- Podkreślił Nigel ściągając patelnie z palnika i zabrał się za rozkładanie jajecznicy na wcześniej przyszykowanych talerzach. Bardzo dobrze wiedział, że szybko znikająca herbata z ich domu nie była spowodowana częstotliwością jej picia. Te dzieciaki po prostu ją wyjadały.
- A Panowie?- Zapytał Terence.
- Zrób nam taką jaką wy będziecie pić.- Powiedział Omoi. Nigel myślał, że nogi się pod nim załamią, kiedy wyobraził sobie Kirk’a pijącego w jego domu rozpuszczalną herbatę malinową. Terence postawił na miejsce czajnik elektryczny pełen wody zabrał jeden z talerzy pełnych jajek kiedy Nigel wcisnął przycisk włączający czajnik. Mężczyzna nie pozwalał dzieciakom używać elektrycznych sprzętów. Nim woda się zagotowała talerze z jajkami zostały przetransportowane do stołu, a Nigel zalał odpowiednie kubki wrzątkiem. Praca w restauracji nauczyła go sprawnego poruszania się po kuchni dlatego też tylko raz musiał wrócić po ostatnie dwa kubki z herbatą i już mógł usiąść do stołu i cieszyć się posiłkiem.
- Smacznego.- Powiedział na głos nim zabrał się za jedzenie.
- Smacznego!!- Krzyknęły jednocześnie bliźnięta i zabrały się za pałaszowanie jajek, przegryzając je co chwilę wcześniej posmarowanymi masłem kromkami chleba. Nigel nie dał po sobie poznać, że zdziwił się ogromnie kiedy zauważył, że dzieciaki siedziały bardzo blisko jego byłego szefa. Praktycznie dotykały jego ramion siedząc naprzeciwko siebie. Nigel siedział naprzeciwko Kirk’a i Omoia. Koło siebie miał Yaevinn.
- Um….- Tallulah spojrzała wyczekująco na wuja i czekała aż ten przełknie to co aktualnie miał w buzi.
- Tak?
- Nadal się na nas gniewasz?- Zapytała. Mężczyzna pokazał tylko na swoją szyję co miało być jednoznaczne.
- Przepraszam.- Powiedział cicho Terence.
- Ja też przepraszam.- Dodała Tallulah. Nigel spojrzał na jedno i na drugie.
- Wiecie dlaczego się na was gniewam?
- Tak.
- A gdyby to był ktoś zły i by nas wydał. Co by się wtedy stało?- Zapytał Nigel odkładając na chwilę widelec na talerz. Przybrał poważny wyraz twarzy starając się nie zwracać uwagi na drżące usteczka maluchów. Jakby mógł to zabrałby od nich wszelkie troski, ale nie potrafił tego dokonać. Czasami musiał sięgać po znane sobie drastyczne środki wychowawcze. I teraz to miało miejsce. Cała trójka jak jeden mąż bała się tego samego i nie chciała do tego dopuścić.
-  Zabrali by nas od ciebie.- Powiedziała Tallulah.
- I już nigdy byśmy się nie zobaczyli.- Dodał Terence wycierając pospiesznie posiniaczone policzki. Nigel wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Dobrze. Widzę, że rozumiecie. Jeżeli będziecie grzeczni do środy wtedy przestanę się na was gniewać. I więcej razy macie tak nie robić.- Zaznaczył i spojrzał na każdego z osobna po czym wrócił do jedzenia.
- Dlaczego…- Zaczął Kirk, ale przerwał kiedy wyczuł na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych w kuchni. Odchrząknął i spojrzał w oczy Nigela, który delikatnie się zaczerwienił pod tym spojrzeniem.- Dlaczego on się nie uleczy? Czy coś nie tak z jego zdolnościami leczniczymi?- Tego pytania nie zadał Kirk tylko alfa. Nigel zwlekał z odpowiedzią dopóki nie zjadł i nie dopił swojej herbaty po czym po prostu wstał, odsunął się najdalej jak mógł stając pod przeciwległą ścianą i przybrał obronną pozycję.
Po kuchni rozniosło się głośne warczenie.





 ******************************************
No i jeszcze dwa rozdziały, a ja nadal nie wiem co mam po tym dodawać bo na dobrą sprawę z każdym tekstem na kompie jestem w przysłowiowej czarnej dupie ;/
pzdr Gizi03031












niedziela, 1 kwietnia 2018

Mannaro 3

Czy ktoś w ogóle czyta tego mojego bloga??
Tak się tylko nad tym zastanawiam.

**********************************

Aanan Mashibhell posiadali kilka pozytywnych cech. Kilka, które udało się Nigelowi odnaleźć przez całe swoje życie. Jedną i niezaprzeczalną cechą było to, że mogły żyć w spokoju nie przejmując się istotami, które żyły dookoła nich ponieważ nie wiedziały, że takie istoty są w ich otoczeniu. Drugą taką zaletą była…
Pokręcił przecząco głową. Kogo on chciał oszukać. Przecież Aanan Mashibhell nie posiadali jak dla niego żadnych pozytywnych cech. W każdym gatunku byli poniżej najsłabszego ogniwa
w społeczeństwie. Nie mogły żyć samotnie bardziej niż inni ponieważ przez swoją przypadłość nie wyczuwali innych oraz zagrożenia. Poczuli emocje lub zapachy dopiero wtedy kiedy ktoś im powiedział jak dana emocja lub osoba pachniała. Sam dobrze pamiętał, że dopiero jak miał dwanaście lat ktoś mu wytłumaczył jak pachnie strach, radość, niepewność, skupienie. Wcześniej nie wiedział. Nie czuł praktycznie nic.
Chociaż w jego przypadku nie było mowy o czuciu zapachu. W końcu był zwierzęciem bez węchu, nie miał fizycznej możliwości czucia woni. Nawet jeżeli ktoś mu powiedział, że ten zapach to ten on go nie czuł tylko normalnie w świecie go widział. Otoczkę drgających kolorów. Dla niego ciasto nie pachniało słodko tylko otoczone było lukrowym różowym kolorem. I wszystko co było słodkie posiadało taki sam kolor. Bo było słodkie. Nie rozróżniał po węchu co jest bardziej a co mniej słodkie. Dopiero jak spróbował widział różnicę.
Najgorzej było jak zaczął pracę. Nie czuł zapachu spalenizny ani zepsutego jedzenie. Dlatego w domu przypalił kilka garnków i pozwolił zgnić niektórym racją żywności tylko po to aby dowiedzieć się co to za zapach. I wiedział. Dzięki temu mógł pracować w restauracji.
Nigdy nie spodziewał się tego, że jego szef okaże się być Elfem. Przecież spotkać ich było tak trudno jak Aanan Mashibhell. A jednak właśnie jemu udało się spotkać Elfa. I to jeszcze tak starego!
I pracował dla niego!
Ale dlaczego ten mu nie powiedział kim jest? Może nie chciał się ujawnić? Albo ukrywał się przed nim z jakiś wiadomych przyczyn??
Nigel już niczego nie rozumiał. Od samego początku wiedział, że to właśnie jemu przypadło posiadać naprawdę pojebane życie, ale czy ono musiało się jeszcze bardziej skomplikować?
Nie uważał tak, aby inni mu współczuli. W końcu dla innych jego życie może być sielanką, a ich życia do dupy. Dla Nigela jego życie było do dupy i żadne słowa tego nie zmienią. Urodził się w stadzie jednego z najgorszych skurwieli jakich dane mu było poznać. Jego ojciec był jego betą, a matka siostrą. Był blisko związany więzami krwi z tym alfą, o którym naprawdę nie chciał myśleć. W wieku czterech lat na jaw wyszło, że jest Aanan Mashibhell czyli w świetle ich prawa opiekę za niego ponosił właśnie znienawidzony przez Nigela alfa, przywódca stada. Jak skończył sześć lat jego ojciec został zabity przez owego alfę, kiedy chciał się widywać z synem i nie dostał na to zgody. Alfa zabił go po tym, jak ten próbował złamać jego rozkaz i chciał się zobaczyć z synem. Matka uciekła zabierając jego siostrę. Nie mógł wtedy zrozumieć dlaczego go zostawiły z tym człowiekiem. Dlaczego go porzuciły. Czy był aż tak zły. Musiał zostać z tym alfą, który niczego go nie nauczył, bił go, poniżał, a od jedenastego roku życia zaczął regularnie gwałcić. Kiedy Nigel znajdował w sobie resztki odwagi i sprzeciwiał się mężczyźnie, ten rozkazywał swoim żołnierzom gwałcić go w otoczeniu innych członków stada. Nikt nie miał prawa sprzeciwić się alfie. Nikt nie miał prawa mu pomóc. W wieku dwunastu lat poznał swojego pierwszego i zarazem ostatniego przyjaciela. Omoi. Młody Japończyk. Trzy lata starszy od niego. Omega. Był odpowiedzialny za dostarczanie mu posiłków i pilnowanie go, kiedy tylko alfa musiał na jakiś czas gdzieś wyjechać. Nigel wyczekiwał tych momentów, kiedy alfa znikał na długie tygodnie.
To właśnie Omoi nauczył go rozpoznawać zapachy. Opisywał je. Mówił jak wyglądają i nauczył go jak ma żyć ze swoją przypadłością. Jego ciotka też była Aanan Mashibhell, ale znajdowała się w sforze w Japonii. Chłopak wiele się od niej nauczył i tą wiedzę przekazywał Nigel’owi. Nauczył go jak się pisze, czyta, liczy. Przynosił mu wiele książek, z których go później przepytywał. Czasami pod ubraniami przemycał coś słodkiego, albo jakiś owoc. Pomagał mu, kiedy tego najbardziej potrzebował i na ile tylko mógł sobie pozwolić nie narażając się na złość alfy.
Kiedy Nigel skończył piętnaście lat Omoi zakradł się do niego do jego sypialni i nic nie mówiąc wyprowadził go z niej. Zaciągnął go do garażu, po czym bez słowa wcisnął go do samochodu i wywiózł poza granice ich ziemi nic nie mówiąc. Zostawił go w małej wiosce oddalonej o jakieś trzysta kilometrów dalej i obiecał, że po niego wróci. Zostawił mu pieniądze i pewien adres. Powiedział, że jeżeli w przeciągu tygodnia nie pojawi się w tej wiosce ma tam jechać. I Nigel czekał. Cały tydzień. Po czym kupił bilet w jedną stronę. Ucieczka z  Port St. Lucie do Seattle zajęła mu ponad pięćdziesiąt godzin. Trochę leciał awionetką, trochę jechał autobusem. Kilka razy nawet złapał jakiegoś stopa. 3 188 mil dzieliło go od jego nemezis. Trafił pod podany przez Omoi’a adres. Bał się z początku tego co może tam zastać. Po tym jak zapukał do drzwi jednego z mieszkań w szarej kamienicy znajdującej się na obrzeżasz tego wielkiego miasta wiedział, że jego życie ulegnie zmianie nie ważne co tam zastanie. I uległo. Po drugiej stronie ukazała się jego siostra. Po tym Nigel dowiedział się, że to właśnie ona razem z Omoi’em zaplanowała jego ucieczkę od tego człowieka. Omoi był członkiem innego stada. Czego Nigel nie wiedział. Jego siostra- Kate- była partnerką brata alfy jednego z pięciu stad mieszkających na terenie Seattle. I to właśnie jej partner wysłał kilka lat temu z Omoia z taką misją. Alfie z Port St. Lucie powiedziano, że Omoi chce tam kończyć liceum bo dostał stypendium naukowe (co było prawdą) i alfa zgodził się go przygarnąć do swojej sfory na czas trwania nauki. Omoi miał skończyć szkołę za trzy miesiące. Dbał i opiekował się Nigelem tak aby nikt go nie nakrył. I mimo, że pomógł chłopakowi w ucieczce nie wrócił do domu po tym jak skończył szkołę. Nigel został wysłany do szkoły z internatem do oddalonego o 226 mil Kennewick. Ukończył tam liceum z wyróżnieniem oraz studia na dwóch kierunkach. PR oraz Finanse i Rachunkowość. Później wrócił do siostry, która była już po ślubie i miała dwójkę małych dzieci. Nigel nigdy nie poznał stada jej męża- Troyce- ponieważ ich alfa nadal nie wybaczył bratu tego, że przez niego Omoi nadal nie wrócił do domu i niemożna było się z nim skontaktować. Troyce nawet nie powiedział bratu po co wysłał tam omegę. Tak więc jego brat nie wiedział, że ktoś taki jak Nigel żyje. A że chłopak spędził prawie siedem kolejnych lat w innym mieście nie mieli jak się poznać.
Po tym jak Nigel wrócił do Seattle zamieszkał w małej kawalerce najdalej od siostry jak to było tylko możliwe, aby przypadkiem ich alfa go nie zobaczył. Jak nic wyczułby w nim wilka. Nigel by tego nie zrobił. Gdyby alfa wyczuł w nim jednego z nich miałby przejebane. Znajdował się na ich terenie, bez ich wiedzy, bez ich zgody i co najgorsze bez stada. Żaden normalny alfa nie przyjmie do wiadomości, że jego stadem była jego siostra, jej mąż oraz dwójka dzieci. Nikogo by to nie obchodziło, że każdą decyzję podejmował po wcześniejszym uzyskaniu zgody od męża swojej siostry i traktował go jak swojego przywódcę.
Dwa lata po tym jak zaczął pracować w jednej z firm w Seattle jego siostra i szwagier zginęli w wypadku samochodowym. Trzy miesiące po wypadku dowiedział się, że to ktoś go zabił. W mieszkaniu siostry znalazł list zaadresowany do siebie. Zabrał go stamtąd oraz dwójkę kilku letnich dzieciaków. Po kolejnych dwóch miesiącach stracił pracę. Po przeczytaniu wiedział już, że nie może zostać w Seattle. Jego wcześniejszy alfa wyciągnął od Omoi’a z jakiego jest stada. Chłopak uciekł od niego. Ale nie zdążył trafić do miasta. Powiadomił jego siostrę telefonicznie co się z nim działo przez te kilka lat po czym ona napisała Kirkowi list, że jeżeli coś jej się stanie to ma zabrać dzieci i uciekać do jakiś mniejszych miejscowości gdzie będzie małe prawdopodobieństwo, że spotka tam inne stada.
I tak Nigel zrobił. Zabrał dzieci i z dnia na dzień wyniósł się najdalej jak potrafił szukając przy okazji jakiejś pracy. Przejeżdżając z dzieciakami przez miejscowość Garcia w stanie Waszyngton oddalonej o 52 mile od Seattle minął rodzinną restauracje. To właśnie wtedy zauważył wiszące w oknie ogłoszenie, że jej właściciel zatrudni młodą i rzetelną osobę do pracy. Bez wykształcenia. Nigel tak jak stał wstąpił do tej restauracji. Zamówił dla dzieci po porcji naleśników. Sobie zamówił ciemną kawę. I poprosił o rozmowę z właścicielem lokalu. Zdziwił się ogromnie kiedy okazało się, że to właśnie on go obsługiwał. Jeszcze bardziej zdziwił się kiedy nawet nie zaczął dobrze tematu, a już dostał tą pracę. Jego nowy szef pomógł mu nawet znaleźć małe i tanie mieszkanie składające się z jednego dużego pokoju, toalety połączonej z łazienką, małego i wąskiego korytarzyka oraz przestronnej kuchni. Nigel wydał praktycznie wszystkie swoje oszczędności aby móc kupić to mieszkanie. Po tym jak było jego tą część kuchni, która znajdowała się za jej drzwiami odgrodził od siebie cienkimi Re-gipsami i pomalował mały prostokąt o wymiarach 2 metry (długość) i 1,75 (szerokość) pokoik, w który wcisnął jedną komodę (na której postawił telewizor), szafę, wąski regał i jednoosobowe łóżko. Wykosztował się i kupił sobie nawet stolik z przeceny. Więcej kasy wydał w wystrój pokoju dzieciaków.
I tak od pięciu lat żyje sobie z nimi w tym mieście. Pracuje. Zarabia. Dzieciaki dobrze się uczą. Nie sprawiają mu zbytnio żadnych problemów. Nie ma tutaj żadnych wilków (pytał o to dzieciaki, bo one potrafią to wyczuć, nie tak jak on). Powoli zaczął wychodzić na prostą- ba! W końcu mógł sobie kupić ciuchy w normalnym sklepie, a nie po przecenie w sklepie z używaną odzieżą. I mógł raz w miesiącu pozwolić dzieciakom na zjedzenie czegoś droższego.
Więc sam już nie rozumiał. Jakim cudem jego szef okazał się być elfem, jego były szef wilkołakiem tak jak połowa ludzi z jego wcześniejszej pracy. I dlaczego on się o tym dowiedział jednego wieczora, w tym samym miejscu gdzie praktycznie spotkanie ich trójki w tym samym miejscu i o tym samym czasie powinno być praktycznie niemożliwe.
- Wujku…?- Nigel podniósł głowę znad deski do prasowania, którą rozłożył w pokoju dzieciaków i spojrzał na Tallulah, która siedziała naprzeciwko niego w jednym z beżowych foteli i składała pranie, które on wyprasował. Słyszał jak Terence w kuchni kończył mycie naczyń. Z początku było mu ciężko żądać od nich jakiejkolwiek pomocy w domu, ale po tym jak ta mała dwójka szkodników popłakała się i powiedziała, że chłopak ich nie kocha bo nie chcę od nich pomocy pozwalał sobie pomagać. I robili to. Od dwóch lat robili wszystko, aby mu pomóc. Nigel od dwóch lat nie musiał sprzątać ich dużego pokoju oraz wąskiego korytarzyka. Nie sprzątał po posiłkach ze stołu tak jak i nie szykował go do posiłków. Nie odkurzał. Cztery razy w tygodniu zmywał naczynia. Łazienki nigdy nie sprzątał sam. Tak samo jak kuchni. Jeżeli dzieciaki zostawały same w domu na kilka godzin (starał się tego unikać, wtedy przeważnie prosił najmłodszą córkę swojego szefa o pomoc i to ona zostawała z dzieciakami. Teraz kiedy znał o niej prawdę i wiedział, że może ona być starsza od niego musiał z nią pogadać czy nadal będzie mu pomagać) po powrocie do domu nigdy nie musiał sprzątać. Jak to z dzieciakami bywało miał problemy z tym aby położyć je spać, a później rano obudzić, ale i to już opracował do perfekcji i wiedział, że spóźnienie na lekcje im nie grozi. No właśnie…. Lekcje. To było jego zmorą. Bo jak bardzo by mu nie pomagali w domu problemem właśnie były lekcje. Te dwa małe potwory za bardzo nie chciały się uczyć, a on nie miał siły aby ich do tego nakłonić, dlatego umiały tyle ile same chciały i zdawały z klasy do klasy nie szczycąc się tym, że są prymusami.
- Tak, Skarbie?- Zapytał chłopak i zabrał się za prasowanie ich mundurków szkolnych.
- Dzisiaj też idziesz do pracy?- Zapytała dziewczynka i złożyła jego spodnie. Nigel wiedział o co jej chodziło. Przygryzł na chwilę policzek od środka.
- Muszę.
- A jak ten dziwny pan tam będzie?
- Przecież go nie wywalę.
- Może wujek Silvan będzie mógł go wywalić.- Usłyszał cichy głos Terence dobiegający z kuchni. Nigel wypuścił głośno powietrze.
- Wujek Silvan go nie wywali, bo to klient jest, a wracając do wujka Silvana….- Młody mężczyzna wypuścił głośno powietrze z płuc i spojrzał na siostrzenice.- Czy wy od samego początku wiedzieliście, że Silvan nie jest człowiekiem?- Zapytał Nigel. Długo musiał czekać na odpowiedź (zdążył wszystko wyprasować i schować deskę do szafy na korytarzu).- No? Słucham?
- Od samego początku.- Powiedział Terence wchodząc do swojego pokoju. Nie patrzyła na wuja, tylko na swoją siostrę, która również uraczyła go swoim spojrzeniem.
- A nie powiedzieliście mi o tym, bo….
- Bo wujek Silvan powiedział, że bardzo cię polubił i nie chcę cię spłoszyć do innego miasta.- Powiedziała Tallulah. Chłopak wypuścił powietrze przez nos i popatrzył na nich.
- No i mam na was focha.- Powiedział i zabrał swoje rzeczy po czym po wcześniejszym wybraniu dla siebie ubrań udał się do łazienki wziąć szybki prysznic. Wiedział, że za dwadzieścia minut musi wyjść do pracy na osiem godzin i w tym czasie dzieciakami miała zająć się Yaevinn. Zawsze zostawała z nimi na weekendy oraz dwa razy w normalne dni. We wtorek i piątek. W poniedziałek i czwartek dzieciaki zostawały same w domu. W środy przychodziły na dwie godziny do jego pracy i czekały na niego na zapleczu. Uśmiechnął się wrednie. Skoro foch, to foch. Już on im pokaże, zatajać przed nim takie informacje. Ubrał na siebie ciemne rybaczki, japonki, czarną koszulkę z jakimś bohomazem oraz bluzę z wysokim kominem dookoła szyi. Specjalnie wybrał tą bluzę, ponieważ wiedział, że ta dwójka diabłów jej nie znosiła. Tak samo jak jego jedynego golfa (miał dwa. Ale jeden dziwnym trafem gdzieś zniknął). Zaczesał włosy, ubrał okulary na nos i spryskał się jednymi z sowich bardziej wyraźniejszych perfum. Nawet dłonie wysmarował kremem. Usłyszał jak ktoś puka do drzwi. Wiedział, że Tallulah je otworzy, dlatego w spokoju dokończył szykowanie się do wyjścia. Jeszcze tylko na chwilę zajrzał do kuchni po swoją torbę i właśnie wtedy usłyszał dobrze znane mu warczenie wydobywające się z gardeł tych potworków. Zignorował je, ponieważ wiedział, że będą warczeć. Zawsze tak było kiedy maskował swój zapach czymś innym i zakrywał przed nimi swoją szyję.
- Pan Nigel….
- Yaevinn ile ty masz lat?- Zapytał chłopak bez ogródek młodą nastolatkę o zielonych oczach i rudych włosach. Teraz skoro wiedział kim była musiał się dowiedzieć ile ma tak naprawdę lat. Dziewczyna zmieszana podrapała się po ramieniu i spojrzała na niego uśmiechając się przepraszająco.
- Jestem najmłodsza.
- Ile?
- Sto siedemnaście.- Powiedziała. No tak. Ojebała go na jakieś sto lat. Ale kto by się tam tym przejął.
- Skoro jesteś o te kilka lat starsza przestań do mnie mówić na pan. Przepraszam, że znowu musisz tutaj siedzieć…
- Lubię tu siedzieć.
- … i użerać się z nimi, ale bez twojej pomocy sobie nie poradzę.- Dokończył jakby nikt mu nie przerwał i nawet nie racząc ich chociażby jednym spojrzeniem  podszedł do drzwi.- Postaram się wrócić o czasie, ale po drodze mogę zajść po jakieś zakupy, więc jak coś to z góry sorki.
- Dam radę.- Zaśmiała się, kiedy po mieszkaniu znowu rozeszło się ciche warczenie. Oznaka kolejnego niezadowolenia. Nigel nic sobie z tego nie zrobił i wyszedł na zalane słońcem podwórko. Chcąc zrobić na złość tym małym szkodnikom wiedział, że większą szkodę zrobi sobie. Podciągnął rękawy bluzy do góry i ruszył żwawym krokiem w kierunku rodzinnej restauracji w jakiej przyszło mu pracować już od pięciu lat. Nigdy nie sądził, że tak bardzo spodoba mu się gotowanie. Gdyby kilka lat wcześniej odkrył swoje zamiłowanie do gotowania to zamiast pchać się na już teraz nic nie znaczące studia wybrałby się na jakiś kurs kulinarny.
Przywitał się ze swoim szefem i zamknął chwilowo w szatni zamieniając rybaczki na długie spodnie w kant, koszulkę w koszulę z rękawem do łokcia, oraz czerwony fartuch. Czarne, wypastowane buty. Dzisiaj coś go podkusiło i ubrał znienawidzony przez siebie krawat, którego tutaj nie musiał ubierać. On ogólnie nie nosił tego typu rzeczy nawet w szkole średniej oraz w pracy. O dziwo nikomu to nigdy nie przeszkadzało i nikt się go o to nie czepiał, ale dzisiaj jakoś… tak… musiał. Czuł się dzięki temu bezpieczniejszy.
A teraz nie wiedzieć dlaczego tylko tego zaczęło mu brakować.
Bezpieczeństwa i miłości….
Wiedział, że te głupie myśli są spowodowane tym, że dowiedział się kim dla niego jest Kirk. Wiedział, że powinien już gnać autostradą do innego miejsca, ale nie potrafił się na to zdobyć.
Bo skoro przez te kilka lat Kirk się do niego nie zbliżył to dlaczego ma to robić właśnie teraz?
- Nigel?- Usłyszał za sobą, kiedy poprawiał w lusterku swoje włosy.
- Tak?
- Dzisiaj cały dzień będziesz na Sali. Becka zadzwoniła do mnie godzinę temu, że złapała ją grypa żołądkowa i nie da rady przyjść dzisiaj do pracy.
- A szef da sobie radę sam na kuchni?- Zapytał chłopak. Dopiero po chwili dotarło do niego jak głupie było to pytanie.
- Och Nigel, tylko ty wiedząc kim jesteś potrafisz zadać takie pytanie.- Zaśmiał sie jego szef. Chłopak wydął obrażony usta do przodu i spojrzał na niego z oburzeniem.
- Niech nie myśli szef, że po niecałym dniu przyswoję do siebie myśl, że sam by pan ogarnął i kuchnie i salę, poszedł pobiegać, wspiął się na najwyższy szczyt na świecie, przepłynął całą ziemię dookoła i to jednego dnia i jeszcze miałby szef siłę iść na balety.- Powiedział oburzony chłopak. Starszy mężczyzna zaśmiał sie głośno.
- Nie lubimy biegać.- To niewypowiedziane „my” tyczyło się jego rasy. Nigel wiedział, że elfy nie przepadały za tym typem sportu. Nie to co jazda konno albo łucznictwo.
- Jak coś to niech szef woła.
- Po prostu idź na sale i nie wdawaj się dzisiaj w żadne bójki.
- Postaram się.
- Zobaczymy.- Mruknął pod nosem stary elf, ale nic nie powiedział, kiedy chłopak spojrzał na niego pytająco. Nigel pokręcił głową na boki i przybierając sztuczny uśmiech wyszedł na sale pełną ludzi.

**
Zostały trzy godziny do zamknięcia, kiedy Nigel zobaczył dookoła siebie kolor jakiego nie powinno tutaj być. Kątem oka obserwował jak czerwona mgiełka przybiera bardziej malinowy kolor by po chwili zacząć mieszać się z fioletem. Wiedział co te kolory oznaczają. Spiął się cały w sobie sprzątając z ostatniego stolika i rozejrzał się po pustym lokalu. Słyszał jak jego szef krząta się w kuchni. Stanął za kontuarem i poprawił krawat, aby jak najbardziej zasłaniał mu szyję.
- Nigel…- Usłyszał za sobą głos swojego szefa. Spojrzał w jego kierunku, starając się przybrać w miarę spokojny wyraz twarzy.- A więc go czujesz?
- Widzę.- Poprawiłem swojego szefa. On wyczuł go wcześniej.
- Zamienić cię?
- Skoro ja wiem, że on się zbliża, to on tym bardziej wie, że ja tutaj jesteś.- Powiedział Nigel drapiąc się nerwowo po szyi. Było mu za gorąco!
- Nie bij się z nim.- Zdążył usłyszeć głos swojego szefa po czym drzwi otworzyły się delikatnie i do środka wszedł nie kto inny jak Kirk. Ich spojrzenia skrzyżowały się, by po chwili do uszu młodszego dotarło gardłowe warczenie. Drgnął. Wiedział, że tak będzie jeżeli go spotka. I wiedział dlaczego tak było. Zasłonił szyję i zamaskował swój zapach. Pokazywał w ten sposób wszystkim dookoła, że im nie ufał i uważał ich za zagrożenie. Nie mieli dostępu do jego szyi. Najdelikatniejszego miejsca na jego ciele. A skoro nie mogli się do niego dostać to znaczyło, że byli dla niego wrogiem. Nigel zdusił w sobie chęć ucieczki i poczekał aż Kirk trochę się uspokoi i podejdzie do niego. Widział dokładnie jego napiętą postawę. Mięśnie na jego ramionach napinały się boleśnie. Zaciskał mocno szczękę. Marszczył nos.
- Witam Pana.- Powiedział Nigel. Nie chciał być dla niego miły, ale musiał!
- Dzień dobry.- Usłyszał wycedzone przez zęby powitanie.
- Coś podać?- Zapytał młodszy chłopak kiedy mężczyzna podszedł do kontuaru i rozejrzał się na coś za jego plecami.
- Dwie wody niegazowane. Zimne. I jeżeli to nie problem, to tutaj chciałbym złożyć zamówienie.- Powiedział Kirk. Nigel kiwnął twierdząco głową i chwycił po długopis. Jedną ręką sięgnął po dwie wody, drugą zaś sięgnął po swój notesik. Spojrzał na swojego byłego szefa.
- Słucham.
- Do tego będą dwie potrójne porcje naleśników z owocami i syropem klonowym oraz dwie mocne kawy bez dodatków.- Powiedział mężczyzna. Nigel zapisał w swoim notatniku zamówienie, starając się ignorować z całej siły palące uczucie rozchodzące się w jego klatce piersiowej. Wiedział co to za uczucie, tym bardziej że zobaczył jak z jego ciała ulatuje żółtawa mgiełka. Zacisnął mocniej zęby, kiedy zauważył jak lewa brew Kirk’a wędruje do góry i ten patrzy na niego jakby zobaczył kosmitę w trykocie. Zajrzał na chwilę do kuchni starając się ignorować to uczucie.
On. Nie. Był. Zazdrosny. O. Tego. Sadystę.
Co to, to nie!





*************************************
Pozdrawiam Niewidzialnych czytelników, którzy podbijają liste wyświetleń na blogu:)
pozdrawiam Gizi03031:)