niedziela, 8 kwietnia 2018

Mannaro 4

Hejka.
Życzę miłego czytania:)
***********************************

- Proszę. Możesz zanieść zamówienie.- Silvan położył przed młodym Aanan Mashibhell i powiedział, kiedy skończył szykować zamówioną kilka minut temu porcję naleśników. Młody chłopak kilka minut wcześniej wrócił z Sali, na którą przetransportował dwie filiżanki ciemnej kawy. Teraz przyszła pora na naleśniki. Nigel położył pewnie na swojej lewej dłoni wielką tacę z dwoma talerzami wypełnionymi naleśnikami. Na drugą rękę zgarnął tacę z małymi półmiskami pełnymi owoców oraz dwa małe dzbanuszki wypełnione sosem klonowym. Pomagając sobie stopą wydostał się z kuchni na salę i odnalazł wzrokiem stolik, przy którym był dosłownie kilka minut temu. Jego były szef już nie siedział tam sam. Naprzeciwko niego siedział jakiś mężczyzna. Nigel nie widział jego twarzy, więc nie wiedział kim jest jego towarzysz. Biorąc głęboki oddech (Kirk od razu na niego spojrzał przeszywając jego ciało uważnym spojrzeniem) podszedł do ich stolika. Zabrał się za rozkładanie talerzy, kiedy kątem oka zobaczył jasnobłękitną mgiełkę przeplataną gdzieniegdzie złotymi i srebrnymi refleksami (brokatem, przemknęło mu przez myśli). Przerwał rozkładanie zamówienia i wyprostował się jakby połknął kij. Odwrócił się delikatnie w swoją lewą stronę skąd napłynęły do niego kojące nerwy barwy. Wciągnął ze świstem powietrze do płuc i nim jego mózg zdążył zapanować nad krnąbrnym ciałem rzucił się na towarzysza Kirk’a zwalając go z krzesła. Nim ktokolwiek zdołał zareagować objął leżące na podłodze ciało i zaczął głośno płakać zaciskając mocniej palce na plecach mężczyzny.
Minęła dłuższa chwila, nim Nigel zarejestrował za swoimi plecami głośne warczenie oraz obecność swojego szefa nieukrywającego znaków na twarzy. Uniósł się delikatnie do góry nadal siedząc okrakiem na towarzyszu Kirk’a i spojrzał w jego twarz. Mimo łez cieknących mu po policzkach nadal był w stanie dojrzeć sterczące we wszystkie strony czarne włosy. Ciemne węgielki osadzone w delikatnie skośnych oczodołach. Gęste, ciemne brwi. Lewa delikatnie przecięta. Zgrabny nos i pełne usta. W dolnej wardze nadal tkwił kolczyk. Dwudniowy zarost. Jedyne co się zmieniło to prawy policzek. Przez całą jego długość ciągnęły się cztery szerokie blizny.
Warczenie za jego plecami nie ustawało, a wręcz nawet się nasiliło, kiedy Nigel pochylił się nad przybyszem.
- Wróciłeś.- Wyszeptał łamiącym się głosem. Po czym uderzył przybysza w ramię i wyprostował się delikatnie klęcząc nad nim w rozkroku.- To dłużej niż tydzień, Fratello… Omoi.- Powiedział i zaśmiał się cicho kiedy został porwany w silne ramiona leżącego pod nim mężczyzny i przyciągnięty do stalowego uścisku. Usłyszał jak tamten pociąga nosem po czym śmieje się do jego ucha.
- Nigel. Znalazłem cię.- Szepnął wtulając nos w jego szyję i zaciągnął się głośno powietrzem.- Ugh…. Czym ty się wypsikałeś?
- Hahaha! Sorki, sorki.
- Czy my wam nie przeszkadzamy?- Usłyszałem nad swoją głową głos swojego szefa.- Boże, człowieku. Przestań warczeć. Chyba cała okolica cię usłyszała. Jeszcze mi tutaj hycla brakuje.
- Bez przesady.- Warknął Kirk i pomasował się po nosie. Nigel  Spojrzał przepraszająco na swojego szefa wstając gwałtownie na proste nogi.
- Przepraszam. Już wracam do pracy!- Zawołał kłaniając się przed nim delikatnie po czym nie czekając na ich słowa skończył wykładać ich zamówienie na stolik i czmychnął do kuchni. Oparł się o ścianę i ukrył połowę twarzy w dłonie dmuchając w nie delikatnie. Uśmiechnął się do swoich myśli.
- Nigel…
- Szefie.- Chłopak podskoczył i spojrzał na starszego elfa. Ten tylko pokiwał przecząco głową i wrócił do mycia talerzy. Nigel bez słowa stanął przy kolejnym zmywaku i zabrał się za mycie wielkich garów. Nim został przywołany ponownie przez klientów zdążył też umyć dwie z trzech wielkich kuchenek. Jak zawsze na koniec pracy zostawiali sobie jedną czynną kuchenkę, która była myta dwadzieścia minut przed zamknięciem i to przeważnie przez szefa. Pozostałe dwie osoby sprzątały na Sali oraz w toaletach i wynosiły śmieci. Wyszedł na salę gdzie za kontuarem stał młody chłopak. Nigel spojrzał na niego i uśmiechnął się delikatnie. Jeden ze stałych klientów.- Marck. W czym mogę pomóc?
- O Siema. Dzisiaj ty robisz?- Zapytał. Kiwnął głową. Chłopak podrapał się delikatnie po głowie. Zmarszczył czoło.- Dwa razy zestaw na wynos w takim razie.
- Już się robi.- Powiedział i krzyknął na kuchnię co było zamawiane po czym wrócił do młodego.- Co tam u naszego stałego klienta?- Zagadał.
- A weź przestań. Za dwa miesiące zaczynam ostatni rok szkoły. Trochę się tego cykam więc wiesz. Nie chcę jej kończyć. No, ale jeżeli uda mi się zadać z dobrą średnią to może dostane stypendium sportowe i dostanę się na lepsze studia.
- Nadal o tym myślisz? Ja twoim wieku chciałem pozostać wiecznym licealistą.
- Tak źle się uczyłeś?- Zapytał młodzieniec. Nigel zaśmiał się głośno.
- Skończyłem liceum w dwa lata.
- Kujon!- Zaśmiał się tamten opierając się o kontuar. Nigel pokazał mu delikatnie język w którym zamajaczyła srebrna kuleczka.
- Bolało jak sobie robiłeś??- Zapytał konspiracyjnym szeptem pokazując na swój język. Nigel wzruszył ramionami. Przecież w swoim życiu tyle już przeszedł, że kolczyk w języku to dla niego nic takiego. – Becka też ma.
- Wiem. We dwójkę sobie robiliśmy. Jako nagrodę za to, że dostaliśmy umowy na stałe.- Powiedział chłopak i sięgnął z okienka zamówienie jakie przyszykował jego szef. Policzył na kasie co i ile po czym odebrał od chłopaka pieniądze. Nigel spojrzał na Kirk’a, który stanął za Młodym, aby móc zapłacić za swoje zamówienie. Omoi stał koło niego i uśmiechał się szeroko do Nigel’a. Liczył resztę dla chłopaka, kiedy ten znowu się odezwał.
- Wcześniej nie mogłeś sobie zrobić?
- Wcześniej miałem inną pracę i takie ozdoby nie pasowały mojemu szefowi. Nowy jest spoko i nie patrzy na to jakie mamy ozdoby.
- Miałeś dziwacznego szefa.- Powiedział, a Nigel wręcz nie mógł się powstrzymać od tego aby nie prychnąć głośno, kiedy zobaczył minę Kirk’a. Marck też mu się przyglądał.- Czy ja powiedziałem coś zabawnego?
- Tak.
- Co?
- Mój były szef stoi właśnie za tobą.- Powiedział i uśmiechnął się wrednie po czym delikatnie przeciągnął językiem po suchych wargach.
- Nigel zamykamy dzisiaj pół godziny wcześniej.- Powiedział jego nowy szef i na powrót schował się w kuchni. Standard.
- Um…. Ja już może będę leciał.- Powiedział Marck. Nigel uśmiechnął się szeroko.
- Pozdrów Beckę.
- Pozdrowię.- Powiedział chłopak i już go nie było. Nigel popatrzył jeszcze chwilę na drzwi po czym ponownie spojrzał na stojącego przed nim Kirk’a.
- Tak?
- …- Kirk odwrócił się w stronę towarzyszącemu mu mężczyzny po czym spojrzał znowu na swojego byłego pracownika.- Jeszcze dwie butelki wody. I rachunek.- Powiedział. Nigel kiwnął głową i odwrócił się w stronę lodówki.- Na dupie trzeba było sobie go zrobić.- Usłyszał cicho wypowiedziany komentarz. Wiedział, że to co sam planował powiedzieć zostanie równie dobrze usłyszane mimo, że złośliwą odpowiedz wysyczał cicho pod nosem.
- Może już mam. Kolesie, którym obciągałem nie narzekali na kolczyka w języku.- Po jego komentarzu w lokalu ponownie dało się słyszeć donośne warczenie. Zachłysnął się żółtą mgłą, jaka wyciekała wręcz z ciała Kirk’a.
- Uspokój się psie, bo dzwonie po tego hycla!- Szef Nigela wyleciał z kuchni jak poparzony.
- Jestem spokojny.- Odezwały się trzy głosy. Silvan popatrzył na nich jak na idiotów po czym strzelił najbliżej stojącego Nigela ścierką w głowę.
- Ty się zbieraj na chatę.- Rzucił niby od niechcenia. Nigel spojrzał na niego marszcząc czoło.- Idź się przebierz i wróć na chwilę.- Dodał jego szef. Chłopak pokiwał twierdząco głową i bez słowa ruszył w  stronę szatni. Pierwszym jego odruchem było sprawdzenie telefonu. Nie było na nim żadnej wiadomości, ani nikt nie próbował się z nim połączyć. Zmienił pospiesznie spodnie oraz buty. Koszulkę poprawił delikatnie. Zarzucił torbę na ramię. W pasie przewiązał bluzę. Było mu stanowczo za ciepło. Wiedział, że powinien ubrać ją na siebie, ale dla odmiany popsikał swoją szyję kilka razy nim ponownie wyszedł na salę. Dwójka z trójki zgromadzonych tam osób prychnęła i odsunęła się od niego delikatnie. Wiedział czego wilki nie lubią. W końcu to dzieciaki mu powiedziały kiedyś w sklepie jakich zapachów najbardziej nie lubią i nie chcą aby brał takie perfumy. A on specjalnie je wziął. Aby odstraszać potencjalnych wrogów.
- Słucham?
- Dzwoniła do mnie Yaevinn….- zaczął. Nigel zawarczał głośno potrząsając nerwowo głową na boki.- Dzieciaki znowu dziwnie się zachowują. Zamknęły się w łazience i…- Zamknęły się w łazience. Tyle mu wystarczyło.
- Przepraszam. Dowidzenia.- Rzucił tylko i już go nie było. Po chwili gnał przez ulice miasta starając się unormować oddech. Ugh…. Dlaczego on się tak bardzo wypsikał. Gdyby wiedział co się dzisiaj stanie nie użył by na sobie ani grama perfum. Pluł sobie teraz mocno w brodę za to. Zatrzymał się dosłownie na chwilę w przydrożnym kiosku kupując opakowanie chusteczek nawilżanych i dwie duże butelki wody. Wysilając swoje nogi do utrzymania jak najszybszego tępa i wyciągając co chwilę nową chusteczkę szorował nimi po swojej szyi, twarzy, dłoniach jak i ramionach. Był dosłownie dwie ulice od swojego mieszkania, kiedy przed nim z piskiem opon zatrzymał się wielki wóz terenowy zagradzając mu drogę do domu. Spojrzał nienawistnie na kierowcę chcąc mu rozerwać gardło, ale w porę się powstrzymał kiedy ów kierowca kiwnął mu ręką żeby wsiadał na tylnie siedzenie. Tak też zrobił ignorując to, że to samochód Kirk’a.
- Gdzie tak pędzisz?- Zapytał niby od niechcenia, ale Nigel zobaczył ulatującą z jego ciała żółtą mgiełkę.
- Do domu.- Odparł chłopak wycierając bardziej swoją szyję.
- Co robisz?- Zapytał Omoi. Nigel spojrzał tylko na niego po czym palcem pokazał Kirk’owi gdzie ma jechać i sięgnął po swój telefon. Napisał szybko wiadomość do córki szefa:

Za chwilę będę pod blokiem. Weź jakąś moją czystą koszulkę, ręcznik i zejdź na dół.

Kiedy zajeżdżali pod blok zobaczył dziewczynę czatującą przy wejściu do klatki. Nigel wypadł z samochodu i w biegu ściągnął z siebie swoją dzisiejszą koszulkę po czym wylał na siebie dwie butelki wody i zaczął wycierać się ręcznikiem.
- Ty masz w domu jakieś młode?- Zapytał ponownie Omoi. Nigel nic nie odpowiedział. Ubrał na siebie nową, czystą koszulkę i podszedł do Kikr’a.
- Jak pachnę?- Zapytał. Jego były szef spojrzał na niego jak na idiotę.
- Hę?
- Jak? Pachnę?- Wycedził zniecierpliwiony chłopak. Mężczyzna zmarszczył czoło, ale poniuchał delikatnie powietrze przed Nigelem.
- Dobrze.- Powiedział zaskoczony. Nigel syknął i podszedł do niego bliżej. Położył mu rękę na karku i naciskając mocno  w dół przyłożył jego twarz do swojej szyi odchylając ją w bok. Gest zaufania i oddania. Nie chciał tego robić, ale wiedział, że tylko tak uzyska odpowiedzi jakiej chciał.
- Jak pachnę?- Zapytał. Nim Kirk mu odpowiedział Nigel zobaczył jak z ciała mężczyzny ulatuje wściekle czerwona mgła zabarwiona gdzieniegdzie fioletem. To mu wystarczyło. Puścił mężczyznę i nic więcej nie mówiąc ruszył co dwa schodki do góry chcąc się już znaleźć na samej górze i być przy tych małych nicponiach. Otworzył drzwi i zamknął je za sobą po czym podszedł do drzwi od łazienki i zapukał w nie delikatnie. Nic nie usłyszał. Ale nie dał się zwieść. Dobrze wyszkolił w tej kwestii dzieciaki. Wiedział, że się nie zdradzą jeżeli on się nie odezwie.- Terence? Tallulah?- Zapytał. Drzwi otworzyły się gwałtownie, a w jego oba ramiona wbiły się ostre zęby częściowo zamienionych w wilki dzieciaków. Przyglądał im się dokładnie siedząc na podłodze pod drzwiami od łazienki i głaskał delikatnie ich plecy chcąc je w ten sposób uspokoić. Widział ich wilcze uszy wystające z ich rudych włosów. Spod pidżamek wystawały bujne, duże ogony. Wiedział, że zmieniły im się też zęby oraz oczy. Czekał aż go puszczą wyciągając zęby z jego ciała. Raz na jakiś czas przechodziły niekontrolowaną przemianę. Nauczył je wtedy, że mają się gdzieś zamknąć i nikogo do siebie nie dopuszczać tylko właśnie go. Wtedy za każdym razem przerażone tym co je spotykało gryzły go i kilka minut uspokajały się wdychając jego zapach by przybrać swoją normalną postać, a po godzinie płaczu i przepraszania już spać.
- Co tu…?- Kirk urwał w połowie zdania, kiedy po mieszkaniu rozniosło się warczenie. Tallulah oraz Terence nie zaakceptowali nowego przybysza.- Przemieńcie się.- Zabrzmiał groźny baryton zakończony warczeniem. Nigel usłyszał dwa skowyty dzieci swojej siostry.
- Kirk przestań. To jeszcze dzieci są, nie możesz tak po prostu….
- Nigel.- Sposób w jaki wypowiedział imię chłopaka sprawił, że jego właściciel wbił się w ścianę mimo, że chciał z tym walczyć. Po chwili koło niego siedziała dwójka popiskujących cicho dzieciaków. Chłopak wiedział co się dzieję mimo, że moc alfy nie została użyta na nim.
- Kirk! Błagam!- Zawołał chłopak próbując przezwyciężyć jego moc i ochronić ciałem swoje dwa skarby, ale nie mógł się ruszyć. Na ich terenie pojawił się alfa. Więc ani on nie mógł bronić dzieci, ani dzieci nie mogły obronić go, mimo że oboje posiadali pierwiastek bety w swoim organizmie.
- Do kompania. Cała trójka. Już.- Warknął mężczyzna patrząc na nich wyczekująco. Nie użył na nich swojej mocy. Powiedział to normalnie, a i tak cała trójka bez szemrania zamknęła się w łazience. Nigel napuścił do wielkiej wanny wody ponieważ i tak wiedział, że zmieści się w niej z pozostałą dwójką (nie raz już się z nimi kąpał, bawiąc się z nimi). Zakrył się małym ręcznikiem i wszedł do wody myjąc się pospiesznie. Dzisiaj żadnemu z nich nie w głowie były zabawy. Umyli się pospiesznie zmywając z siebie krew. Nigel umył też włosy. Po wysuszeniu się dokładnie i ubraniu na siebie świeżych pidżam ( w trzech przypadkach składały się na nie krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach- Nigel dodał do tego też arafatkę, która miała na celu zakrycie jego szyi) cała trójka weszła do kuchni.
- Jedliście coś?- Zapytał cicho Nigel ignorując warczenie dochodzące od strony stołu.
- Czekaliśmy na ciebie.- Powiedziała Tallulah. Nigel pokiwał przecząco głową i odwrócił się na chwilę do swoich nieproszonych gości.
- Zjecie z nami?- Zapytał przyglądając im się dokładnie. Kiedy wprowadzał się do tego mieszkania nigdy nie sądził, że nadejdzie dzień w którym Kirk będzie siedział u niego w kuchni na krześle i lustrował go spojrzeniem.
- Nie, dziękuje.- Powiedział Kirk nie spuszczając wzroku z młodszego mężczyzny. Nigel podszedł do lodówki i wyciągnął z niej kilka jajek, cebulę i jakąś szynkę po czym nie odwracając się do nich zabrał się za szykowanie kolacji. Słyszał za sobą jak dzieciaki rozkładają na stoliku sztućce, masło, chleb w koszyczku. Terence podał mężczyźnie trzy talerze, kiedy Tallulah stojąc na krześle przy jednej z szafek zatrzymała się na chwilę.
- Ile kubków?- Zapytała cicho. Nigel podrapał się po głowie.
- Sześć.- Powiedział wrzucając do smażącej się cebuli i szynki przyprawione jajka.
- Mogę otworzyć tą malinową herbatę?
- A wypiliście już cytrynową?
- Zostało jej tylko na jeden kubek.- Powiedziała Tallulah zaglądając do opakowania cytrynowej herbaty.
- To mi zrób cytrynową. Yaevinn pewnie będzie piła zieloną. Wy możecie malinową sobie zrobić. Do picia. Nie do jedzenia.- Podkreślił Nigel ściągając patelnie z palnika i zabrał się za rozkładanie jajecznicy na wcześniej przyszykowanych talerzach. Bardzo dobrze wiedział, że szybko znikająca herbata z ich domu nie była spowodowana częstotliwością jej picia. Te dzieciaki po prostu ją wyjadały.
- A Panowie?- Zapytał Terence.
- Zrób nam taką jaką wy będziecie pić.- Powiedział Omoi. Nigel myślał, że nogi się pod nim załamią, kiedy wyobraził sobie Kirk’a pijącego w jego domu rozpuszczalną herbatę malinową. Terence postawił na miejsce czajnik elektryczny pełen wody zabrał jeden z talerzy pełnych jajek kiedy Nigel wcisnął przycisk włączający czajnik. Mężczyzna nie pozwalał dzieciakom używać elektrycznych sprzętów. Nim woda się zagotowała talerze z jajkami zostały przetransportowane do stołu, a Nigel zalał odpowiednie kubki wrzątkiem. Praca w restauracji nauczyła go sprawnego poruszania się po kuchni dlatego też tylko raz musiał wrócić po ostatnie dwa kubki z herbatą i już mógł usiąść do stołu i cieszyć się posiłkiem.
- Smacznego.- Powiedział na głos nim zabrał się za jedzenie.
- Smacznego!!- Krzyknęły jednocześnie bliźnięta i zabrały się za pałaszowanie jajek, przegryzając je co chwilę wcześniej posmarowanymi masłem kromkami chleba. Nigel nie dał po sobie poznać, że zdziwił się ogromnie kiedy zauważył, że dzieciaki siedziały bardzo blisko jego byłego szefa. Praktycznie dotykały jego ramion siedząc naprzeciwko siebie. Nigel siedział naprzeciwko Kirk’a i Omoia. Koło siebie miał Yaevinn.
- Um….- Tallulah spojrzała wyczekująco na wuja i czekała aż ten przełknie to co aktualnie miał w buzi.
- Tak?
- Nadal się na nas gniewasz?- Zapytała. Mężczyzna pokazał tylko na swoją szyję co miało być jednoznaczne.
- Przepraszam.- Powiedział cicho Terence.
- Ja też przepraszam.- Dodała Tallulah. Nigel spojrzał na jedno i na drugie.
- Wiecie dlaczego się na was gniewam?
- Tak.
- A gdyby to był ktoś zły i by nas wydał. Co by się wtedy stało?- Zapytał Nigel odkładając na chwilę widelec na talerz. Przybrał poważny wyraz twarzy starając się nie zwracać uwagi na drżące usteczka maluchów. Jakby mógł to zabrałby od nich wszelkie troski, ale nie potrafił tego dokonać. Czasami musiał sięgać po znane sobie drastyczne środki wychowawcze. I teraz to miało miejsce. Cała trójka jak jeden mąż bała się tego samego i nie chciała do tego dopuścić.
-  Zabrali by nas od ciebie.- Powiedziała Tallulah.
- I już nigdy byśmy się nie zobaczyli.- Dodał Terence wycierając pospiesznie posiniaczone policzki. Nigel wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Dobrze. Widzę, że rozumiecie. Jeżeli będziecie grzeczni do środy wtedy przestanę się na was gniewać. I więcej razy macie tak nie robić.- Zaznaczył i spojrzał na każdego z osobna po czym wrócił do jedzenia.
- Dlaczego…- Zaczął Kirk, ale przerwał kiedy wyczuł na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych w kuchni. Odchrząknął i spojrzał w oczy Nigela, który delikatnie się zaczerwienił pod tym spojrzeniem.- Dlaczego on się nie uleczy? Czy coś nie tak z jego zdolnościami leczniczymi?- Tego pytania nie zadał Kirk tylko alfa. Nigel zwlekał z odpowiedzią dopóki nie zjadł i nie dopił swojej herbaty po czym po prostu wstał, odsunął się najdalej jak mógł stając pod przeciwległą ścianą i przybrał obronną pozycję.
Po kuchni rozniosło się głośne warczenie.





 ******************************************
No i jeszcze dwa rozdziały, a ja nadal nie wiem co mam po tym dodawać bo na dobrą sprawę z każdym tekstem na kompie jestem w przysłowiowej czarnej dupie ;/
pzdr Gizi03031












niedziela, 1 kwietnia 2018

Mannaro 3

Czy ktoś w ogóle czyta tego mojego bloga??
Tak się tylko nad tym zastanawiam.

**********************************

Aanan Mashibhell posiadali kilka pozytywnych cech. Kilka, które udało się Nigelowi odnaleźć przez całe swoje życie. Jedną i niezaprzeczalną cechą było to, że mogły żyć w spokoju nie przejmując się istotami, które żyły dookoła nich ponieważ nie wiedziały, że takie istoty są w ich otoczeniu. Drugą taką zaletą była…
Pokręcił przecząco głową. Kogo on chciał oszukać. Przecież Aanan Mashibhell nie posiadali jak dla niego żadnych pozytywnych cech. W każdym gatunku byli poniżej najsłabszego ogniwa
w społeczeństwie. Nie mogły żyć samotnie bardziej niż inni ponieważ przez swoją przypadłość nie wyczuwali innych oraz zagrożenia. Poczuli emocje lub zapachy dopiero wtedy kiedy ktoś im powiedział jak dana emocja lub osoba pachniała. Sam dobrze pamiętał, że dopiero jak miał dwanaście lat ktoś mu wytłumaczył jak pachnie strach, radość, niepewność, skupienie. Wcześniej nie wiedział. Nie czuł praktycznie nic.
Chociaż w jego przypadku nie było mowy o czuciu zapachu. W końcu był zwierzęciem bez węchu, nie miał fizycznej możliwości czucia woni. Nawet jeżeli ktoś mu powiedział, że ten zapach to ten on go nie czuł tylko normalnie w świecie go widział. Otoczkę drgających kolorów. Dla niego ciasto nie pachniało słodko tylko otoczone było lukrowym różowym kolorem. I wszystko co było słodkie posiadało taki sam kolor. Bo było słodkie. Nie rozróżniał po węchu co jest bardziej a co mniej słodkie. Dopiero jak spróbował widział różnicę.
Najgorzej było jak zaczął pracę. Nie czuł zapachu spalenizny ani zepsutego jedzenie. Dlatego w domu przypalił kilka garnków i pozwolił zgnić niektórym racją żywności tylko po to aby dowiedzieć się co to za zapach. I wiedział. Dzięki temu mógł pracować w restauracji.
Nigdy nie spodziewał się tego, że jego szef okaże się być Elfem. Przecież spotkać ich było tak trudno jak Aanan Mashibhell. A jednak właśnie jemu udało się spotkać Elfa. I to jeszcze tak starego!
I pracował dla niego!
Ale dlaczego ten mu nie powiedział kim jest? Może nie chciał się ujawnić? Albo ukrywał się przed nim z jakiś wiadomych przyczyn??
Nigel już niczego nie rozumiał. Od samego początku wiedział, że to właśnie jemu przypadło posiadać naprawdę pojebane życie, ale czy ono musiało się jeszcze bardziej skomplikować?
Nie uważał tak, aby inni mu współczuli. W końcu dla innych jego życie może być sielanką, a ich życia do dupy. Dla Nigela jego życie było do dupy i żadne słowa tego nie zmienią. Urodził się w stadzie jednego z najgorszych skurwieli jakich dane mu było poznać. Jego ojciec był jego betą, a matka siostrą. Był blisko związany więzami krwi z tym alfą, o którym naprawdę nie chciał myśleć. W wieku czterech lat na jaw wyszło, że jest Aanan Mashibhell czyli w świetle ich prawa opiekę za niego ponosił właśnie znienawidzony przez Nigela alfa, przywódca stada. Jak skończył sześć lat jego ojciec został zabity przez owego alfę, kiedy chciał się widywać z synem i nie dostał na to zgody. Alfa zabił go po tym, jak ten próbował złamać jego rozkaz i chciał się zobaczyć z synem. Matka uciekła zabierając jego siostrę. Nie mógł wtedy zrozumieć dlaczego go zostawiły z tym człowiekiem. Dlaczego go porzuciły. Czy był aż tak zły. Musiał zostać z tym alfą, który niczego go nie nauczył, bił go, poniżał, a od jedenastego roku życia zaczął regularnie gwałcić. Kiedy Nigel znajdował w sobie resztki odwagi i sprzeciwiał się mężczyźnie, ten rozkazywał swoim żołnierzom gwałcić go w otoczeniu innych członków stada. Nikt nie miał prawa sprzeciwić się alfie. Nikt nie miał prawa mu pomóc. W wieku dwunastu lat poznał swojego pierwszego i zarazem ostatniego przyjaciela. Omoi. Młody Japończyk. Trzy lata starszy od niego. Omega. Był odpowiedzialny za dostarczanie mu posiłków i pilnowanie go, kiedy tylko alfa musiał na jakiś czas gdzieś wyjechać. Nigel wyczekiwał tych momentów, kiedy alfa znikał na długie tygodnie.
To właśnie Omoi nauczył go rozpoznawać zapachy. Opisywał je. Mówił jak wyglądają i nauczył go jak ma żyć ze swoją przypadłością. Jego ciotka też była Aanan Mashibhell, ale znajdowała się w sforze w Japonii. Chłopak wiele się od niej nauczył i tą wiedzę przekazywał Nigel’owi. Nauczył go jak się pisze, czyta, liczy. Przynosił mu wiele książek, z których go później przepytywał. Czasami pod ubraniami przemycał coś słodkiego, albo jakiś owoc. Pomagał mu, kiedy tego najbardziej potrzebował i na ile tylko mógł sobie pozwolić nie narażając się na złość alfy.
Kiedy Nigel skończył piętnaście lat Omoi zakradł się do niego do jego sypialni i nic nie mówiąc wyprowadził go z niej. Zaciągnął go do garażu, po czym bez słowa wcisnął go do samochodu i wywiózł poza granice ich ziemi nic nie mówiąc. Zostawił go w małej wiosce oddalonej o jakieś trzysta kilometrów dalej i obiecał, że po niego wróci. Zostawił mu pieniądze i pewien adres. Powiedział, że jeżeli w przeciągu tygodnia nie pojawi się w tej wiosce ma tam jechać. I Nigel czekał. Cały tydzień. Po czym kupił bilet w jedną stronę. Ucieczka z  Port St. Lucie do Seattle zajęła mu ponad pięćdziesiąt godzin. Trochę leciał awionetką, trochę jechał autobusem. Kilka razy nawet złapał jakiegoś stopa. 3 188 mil dzieliło go od jego nemezis. Trafił pod podany przez Omoi’a adres. Bał się z początku tego co może tam zastać. Po tym jak zapukał do drzwi jednego z mieszkań w szarej kamienicy znajdującej się na obrzeżasz tego wielkiego miasta wiedział, że jego życie ulegnie zmianie nie ważne co tam zastanie. I uległo. Po drugiej stronie ukazała się jego siostra. Po tym Nigel dowiedział się, że to właśnie ona razem z Omoi’em zaplanowała jego ucieczkę od tego człowieka. Omoi był członkiem innego stada. Czego Nigel nie wiedział. Jego siostra- Kate- była partnerką brata alfy jednego z pięciu stad mieszkających na terenie Seattle. I to właśnie jej partner wysłał kilka lat temu z Omoia z taką misją. Alfie z Port St. Lucie powiedziano, że Omoi chce tam kończyć liceum bo dostał stypendium naukowe (co było prawdą) i alfa zgodził się go przygarnąć do swojej sfory na czas trwania nauki. Omoi miał skończyć szkołę za trzy miesiące. Dbał i opiekował się Nigelem tak aby nikt go nie nakrył. I mimo, że pomógł chłopakowi w ucieczce nie wrócił do domu po tym jak skończył szkołę. Nigel został wysłany do szkoły z internatem do oddalonego o 226 mil Kennewick. Ukończył tam liceum z wyróżnieniem oraz studia na dwóch kierunkach. PR oraz Finanse i Rachunkowość. Później wrócił do siostry, która była już po ślubie i miała dwójkę małych dzieci. Nigel nigdy nie poznał stada jej męża- Troyce- ponieważ ich alfa nadal nie wybaczył bratu tego, że przez niego Omoi nadal nie wrócił do domu i niemożna było się z nim skontaktować. Troyce nawet nie powiedział bratu po co wysłał tam omegę. Tak więc jego brat nie wiedział, że ktoś taki jak Nigel żyje. A że chłopak spędził prawie siedem kolejnych lat w innym mieście nie mieli jak się poznać.
Po tym jak Nigel wrócił do Seattle zamieszkał w małej kawalerce najdalej od siostry jak to było tylko możliwe, aby przypadkiem ich alfa go nie zobaczył. Jak nic wyczułby w nim wilka. Nigel by tego nie zrobił. Gdyby alfa wyczuł w nim jednego z nich miałby przejebane. Znajdował się na ich terenie, bez ich wiedzy, bez ich zgody i co najgorsze bez stada. Żaden normalny alfa nie przyjmie do wiadomości, że jego stadem była jego siostra, jej mąż oraz dwójka dzieci. Nikogo by to nie obchodziło, że każdą decyzję podejmował po wcześniejszym uzyskaniu zgody od męża swojej siostry i traktował go jak swojego przywódcę.
Dwa lata po tym jak zaczął pracować w jednej z firm w Seattle jego siostra i szwagier zginęli w wypadku samochodowym. Trzy miesiące po wypadku dowiedział się, że to ktoś go zabił. W mieszkaniu siostry znalazł list zaadresowany do siebie. Zabrał go stamtąd oraz dwójkę kilku letnich dzieciaków. Po kolejnych dwóch miesiącach stracił pracę. Po przeczytaniu wiedział już, że nie może zostać w Seattle. Jego wcześniejszy alfa wyciągnął od Omoi’a z jakiego jest stada. Chłopak uciekł od niego. Ale nie zdążył trafić do miasta. Powiadomił jego siostrę telefonicznie co się z nim działo przez te kilka lat po czym ona napisała Kirkowi list, że jeżeli coś jej się stanie to ma zabrać dzieci i uciekać do jakiś mniejszych miejscowości gdzie będzie małe prawdopodobieństwo, że spotka tam inne stada.
I tak Nigel zrobił. Zabrał dzieci i z dnia na dzień wyniósł się najdalej jak potrafił szukając przy okazji jakiejś pracy. Przejeżdżając z dzieciakami przez miejscowość Garcia w stanie Waszyngton oddalonej o 52 mile od Seattle minął rodzinną restauracje. To właśnie wtedy zauważył wiszące w oknie ogłoszenie, że jej właściciel zatrudni młodą i rzetelną osobę do pracy. Bez wykształcenia. Nigel tak jak stał wstąpił do tej restauracji. Zamówił dla dzieci po porcji naleśników. Sobie zamówił ciemną kawę. I poprosił o rozmowę z właścicielem lokalu. Zdziwił się ogromnie kiedy okazało się, że to właśnie on go obsługiwał. Jeszcze bardziej zdziwił się kiedy nawet nie zaczął dobrze tematu, a już dostał tą pracę. Jego nowy szef pomógł mu nawet znaleźć małe i tanie mieszkanie składające się z jednego dużego pokoju, toalety połączonej z łazienką, małego i wąskiego korytarzyka oraz przestronnej kuchni. Nigel wydał praktycznie wszystkie swoje oszczędności aby móc kupić to mieszkanie. Po tym jak było jego tą część kuchni, która znajdowała się za jej drzwiami odgrodził od siebie cienkimi Re-gipsami i pomalował mały prostokąt o wymiarach 2 metry (długość) i 1,75 (szerokość) pokoik, w który wcisnął jedną komodę (na której postawił telewizor), szafę, wąski regał i jednoosobowe łóżko. Wykosztował się i kupił sobie nawet stolik z przeceny. Więcej kasy wydał w wystrój pokoju dzieciaków.
I tak od pięciu lat żyje sobie z nimi w tym mieście. Pracuje. Zarabia. Dzieciaki dobrze się uczą. Nie sprawiają mu zbytnio żadnych problemów. Nie ma tutaj żadnych wilków (pytał o to dzieciaki, bo one potrafią to wyczuć, nie tak jak on). Powoli zaczął wychodzić na prostą- ba! W końcu mógł sobie kupić ciuchy w normalnym sklepie, a nie po przecenie w sklepie z używaną odzieżą. I mógł raz w miesiącu pozwolić dzieciakom na zjedzenie czegoś droższego.
Więc sam już nie rozumiał. Jakim cudem jego szef okazał się być elfem, jego były szef wilkołakiem tak jak połowa ludzi z jego wcześniejszej pracy. I dlaczego on się o tym dowiedział jednego wieczora, w tym samym miejscu gdzie praktycznie spotkanie ich trójki w tym samym miejscu i o tym samym czasie powinno być praktycznie niemożliwe.
- Wujku…?- Nigel podniósł głowę znad deski do prasowania, którą rozłożył w pokoju dzieciaków i spojrzał na Tallulah, która siedziała naprzeciwko niego w jednym z beżowych foteli i składała pranie, które on wyprasował. Słyszał jak Terence w kuchni kończył mycie naczyń. Z początku było mu ciężko żądać od nich jakiejkolwiek pomocy w domu, ale po tym jak ta mała dwójka szkodników popłakała się i powiedziała, że chłopak ich nie kocha bo nie chcę od nich pomocy pozwalał sobie pomagać. I robili to. Od dwóch lat robili wszystko, aby mu pomóc. Nigel od dwóch lat nie musiał sprzątać ich dużego pokoju oraz wąskiego korytarzyka. Nie sprzątał po posiłkach ze stołu tak jak i nie szykował go do posiłków. Nie odkurzał. Cztery razy w tygodniu zmywał naczynia. Łazienki nigdy nie sprzątał sam. Tak samo jak kuchni. Jeżeli dzieciaki zostawały same w domu na kilka godzin (starał się tego unikać, wtedy przeważnie prosił najmłodszą córkę swojego szefa o pomoc i to ona zostawała z dzieciakami. Teraz kiedy znał o niej prawdę i wiedział, że może ona być starsza od niego musiał z nią pogadać czy nadal będzie mu pomagać) po powrocie do domu nigdy nie musiał sprzątać. Jak to z dzieciakami bywało miał problemy z tym aby położyć je spać, a później rano obudzić, ale i to już opracował do perfekcji i wiedział, że spóźnienie na lekcje im nie grozi. No właśnie…. Lekcje. To było jego zmorą. Bo jak bardzo by mu nie pomagali w domu problemem właśnie były lekcje. Te dwa małe potwory za bardzo nie chciały się uczyć, a on nie miał siły aby ich do tego nakłonić, dlatego umiały tyle ile same chciały i zdawały z klasy do klasy nie szczycąc się tym, że są prymusami.
- Tak, Skarbie?- Zapytał chłopak i zabrał się za prasowanie ich mundurków szkolnych.
- Dzisiaj też idziesz do pracy?- Zapytała dziewczynka i złożyła jego spodnie. Nigel wiedział o co jej chodziło. Przygryzł na chwilę policzek od środka.
- Muszę.
- A jak ten dziwny pan tam będzie?
- Przecież go nie wywalę.
- Może wujek Silvan będzie mógł go wywalić.- Usłyszał cichy głos Terence dobiegający z kuchni. Nigel wypuścił głośno powietrze.
- Wujek Silvan go nie wywali, bo to klient jest, a wracając do wujka Silvana….- Młody mężczyzna wypuścił głośno powietrze z płuc i spojrzał na siostrzenice.- Czy wy od samego początku wiedzieliście, że Silvan nie jest człowiekiem?- Zapytał Nigel. Długo musiał czekać na odpowiedź (zdążył wszystko wyprasować i schować deskę do szafy na korytarzu).- No? Słucham?
- Od samego początku.- Powiedział Terence wchodząc do swojego pokoju. Nie patrzyła na wuja, tylko na swoją siostrę, która również uraczyła go swoim spojrzeniem.
- A nie powiedzieliście mi o tym, bo….
- Bo wujek Silvan powiedział, że bardzo cię polubił i nie chcę cię spłoszyć do innego miasta.- Powiedziała Tallulah. Chłopak wypuścił powietrze przez nos i popatrzył na nich.
- No i mam na was focha.- Powiedział i zabrał swoje rzeczy po czym po wcześniejszym wybraniu dla siebie ubrań udał się do łazienki wziąć szybki prysznic. Wiedział, że za dwadzieścia minut musi wyjść do pracy na osiem godzin i w tym czasie dzieciakami miała zająć się Yaevinn. Zawsze zostawała z nimi na weekendy oraz dwa razy w normalne dni. We wtorek i piątek. W poniedziałek i czwartek dzieciaki zostawały same w domu. W środy przychodziły na dwie godziny do jego pracy i czekały na niego na zapleczu. Uśmiechnął się wrednie. Skoro foch, to foch. Już on im pokaże, zatajać przed nim takie informacje. Ubrał na siebie ciemne rybaczki, japonki, czarną koszulkę z jakimś bohomazem oraz bluzę z wysokim kominem dookoła szyi. Specjalnie wybrał tą bluzę, ponieważ wiedział, że ta dwójka diabłów jej nie znosiła. Tak samo jak jego jedynego golfa (miał dwa. Ale jeden dziwnym trafem gdzieś zniknął). Zaczesał włosy, ubrał okulary na nos i spryskał się jednymi z sowich bardziej wyraźniejszych perfum. Nawet dłonie wysmarował kremem. Usłyszał jak ktoś puka do drzwi. Wiedział, że Tallulah je otworzy, dlatego w spokoju dokończył szykowanie się do wyjścia. Jeszcze tylko na chwilę zajrzał do kuchni po swoją torbę i właśnie wtedy usłyszał dobrze znane mu warczenie wydobywające się z gardeł tych potworków. Zignorował je, ponieważ wiedział, że będą warczeć. Zawsze tak było kiedy maskował swój zapach czymś innym i zakrywał przed nimi swoją szyję.
- Pan Nigel….
- Yaevinn ile ty masz lat?- Zapytał chłopak bez ogródek młodą nastolatkę o zielonych oczach i rudych włosach. Teraz skoro wiedział kim była musiał się dowiedzieć ile ma tak naprawdę lat. Dziewczyna zmieszana podrapała się po ramieniu i spojrzała na niego uśmiechając się przepraszająco.
- Jestem najmłodsza.
- Ile?
- Sto siedemnaście.- Powiedziała. No tak. Ojebała go na jakieś sto lat. Ale kto by się tam tym przejął.
- Skoro jesteś o te kilka lat starsza przestań do mnie mówić na pan. Przepraszam, że znowu musisz tutaj siedzieć…
- Lubię tu siedzieć.
- … i użerać się z nimi, ale bez twojej pomocy sobie nie poradzę.- Dokończył jakby nikt mu nie przerwał i nawet nie racząc ich chociażby jednym spojrzeniem  podszedł do drzwi.- Postaram się wrócić o czasie, ale po drodze mogę zajść po jakieś zakupy, więc jak coś to z góry sorki.
- Dam radę.- Zaśmiała się, kiedy po mieszkaniu znowu rozeszło się ciche warczenie. Oznaka kolejnego niezadowolenia. Nigel nic sobie z tego nie zrobił i wyszedł na zalane słońcem podwórko. Chcąc zrobić na złość tym małym szkodnikom wiedział, że większą szkodę zrobi sobie. Podciągnął rękawy bluzy do góry i ruszył żwawym krokiem w kierunku rodzinnej restauracji w jakiej przyszło mu pracować już od pięciu lat. Nigdy nie sądził, że tak bardzo spodoba mu się gotowanie. Gdyby kilka lat wcześniej odkrył swoje zamiłowanie do gotowania to zamiast pchać się na już teraz nic nie znaczące studia wybrałby się na jakiś kurs kulinarny.
Przywitał się ze swoim szefem i zamknął chwilowo w szatni zamieniając rybaczki na długie spodnie w kant, koszulkę w koszulę z rękawem do łokcia, oraz czerwony fartuch. Czarne, wypastowane buty. Dzisiaj coś go podkusiło i ubrał znienawidzony przez siebie krawat, którego tutaj nie musiał ubierać. On ogólnie nie nosił tego typu rzeczy nawet w szkole średniej oraz w pracy. O dziwo nikomu to nigdy nie przeszkadzało i nikt się go o to nie czepiał, ale dzisiaj jakoś… tak… musiał. Czuł się dzięki temu bezpieczniejszy.
A teraz nie wiedzieć dlaczego tylko tego zaczęło mu brakować.
Bezpieczeństwa i miłości….
Wiedział, że te głupie myśli są spowodowane tym, że dowiedział się kim dla niego jest Kirk. Wiedział, że powinien już gnać autostradą do innego miejsca, ale nie potrafił się na to zdobyć.
Bo skoro przez te kilka lat Kirk się do niego nie zbliżył to dlaczego ma to robić właśnie teraz?
- Nigel?- Usłyszał za sobą, kiedy poprawiał w lusterku swoje włosy.
- Tak?
- Dzisiaj cały dzień będziesz na Sali. Becka zadzwoniła do mnie godzinę temu, że złapała ją grypa żołądkowa i nie da rady przyjść dzisiaj do pracy.
- A szef da sobie radę sam na kuchni?- Zapytał chłopak. Dopiero po chwili dotarło do niego jak głupie było to pytanie.
- Och Nigel, tylko ty wiedząc kim jesteś potrafisz zadać takie pytanie.- Zaśmiał sie jego szef. Chłopak wydął obrażony usta do przodu i spojrzał na niego z oburzeniem.
- Niech nie myśli szef, że po niecałym dniu przyswoję do siebie myśl, że sam by pan ogarnął i kuchnie i salę, poszedł pobiegać, wspiął się na najwyższy szczyt na świecie, przepłynął całą ziemię dookoła i to jednego dnia i jeszcze miałby szef siłę iść na balety.- Powiedział oburzony chłopak. Starszy mężczyzna zaśmiał sie głośno.
- Nie lubimy biegać.- To niewypowiedziane „my” tyczyło się jego rasy. Nigel wiedział, że elfy nie przepadały za tym typem sportu. Nie to co jazda konno albo łucznictwo.
- Jak coś to niech szef woła.
- Po prostu idź na sale i nie wdawaj się dzisiaj w żadne bójki.
- Postaram się.
- Zobaczymy.- Mruknął pod nosem stary elf, ale nic nie powiedział, kiedy chłopak spojrzał na niego pytająco. Nigel pokręcił głową na boki i przybierając sztuczny uśmiech wyszedł na sale pełną ludzi.

**
Zostały trzy godziny do zamknięcia, kiedy Nigel zobaczył dookoła siebie kolor jakiego nie powinno tutaj być. Kątem oka obserwował jak czerwona mgiełka przybiera bardziej malinowy kolor by po chwili zacząć mieszać się z fioletem. Wiedział co te kolory oznaczają. Spiął się cały w sobie sprzątając z ostatniego stolika i rozejrzał się po pustym lokalu. Słyszał jak jego szef krząta się w kuchni. Stanął za kontuarem i poprawił krawat, aby jak najbardziej zasłaniał mu szyję.
- Nigel…- Usłyszał za sobą głos swojego szefa. Spojrzał w jego kierunku, starając się przybrać w miarę spokojny wyraz twarzy.- A więc go czujesz?
- Widzę.- Poprawiłem swojego szefa. On wyczuł go wcześniej.
- Zamienić cię?
- Skoro ja wiem, że on się zbliża, to on tym bardziej wie, że ja tutaj jesteś.- Powiedział Nigel drapiąc się nerwowo po szyi. Było mu za gorąco!
- Nie bij się z nim.- Zdążył usłyszeć głos swojego szefa po czym drzwi otworzyły się delikatnie i do środka wszedł nie kto inny jak Kirk. Ich spojrzenia skrzyżowały się, by po chwili do uszu młodszego dotarło gardłowe warczenie. Drgnął. Wiedział, że tak będzie jeżeli go spotka. I wiedział dlaczego tak było. Zasłonił szyję i zamaskował swój zapach. Pokazywał w ten sposób wszystkim dookoła, że im nie ufał i uważał ich za zagrożenie. Nie mieli dostępu do jego szyi. Najdelikatniejszego miejsca na jego ciele. A skoro nie mogli się do niego dostać to znaczyło, że byli dla niego wrogiem. Nigel zdusił w sobie chęć ucieczki i poczekał aż Kirk trochę się uspokoi i podejdzie do niego. Widział dokładnie jego napiętą postawę. Mięśnie na jego ramionach napinały się boleśnie. Zaciskał mocno szczękę. Marszczył nos.
- Witam Pana.- Powiedział Nigel. Nie chciał być dla niego miły, ale musiał!
- Dzień dobry.- Usłyszał wycedzone przez zęby powitanie.
- Coś podać?- Zapytał młodszy chłopak kiedy mężczyzna podszedł do kontuaru i rozejrzał się na coś za jego plecami.
- Dwie wody niegazowane. Zimne. I jeżeli to nie problem, to tutaj chciałbym złożyć zamówienie.- Powiedział Kirk. Nigel kiwnął twierdząco głową i chwycił po długopis. Jedną ręką sięgnął po dwie wody, drugą zaś sięgnął po swój notesik. Spojrzał na swojego byłego szefa.
- Słucham.
- Do tego będą dwie potrójne porcje naleśników z owocami i syropem klonowym oraz dwie mocne kawy bez dodatków.- Powiedział mężczyzna. Nigel zapisał w swoim notatniku zamówienie, starając się ignorować z całej siły palące uczucie rozchodzące się w jego klatce piersiowej. Wiedział co to za uczucie, tym bardziej że zobaczył jak z jego ciała ulatuje żółtawa mgiełka. Zacisnął mocniej zęby, kiedy zauważył jak lewa brew Kirk’a wędruje do góry i ten patrzy na niego jakby zobaczył kosmitę w trykocie. Zajrzał na chwilę do kuchni starając się ignorować to uczucie.
On. Nie. Był. Zazdrosny. O. Tego. Sadystę.
Co to, to nie!





*************************************
Pozdrawiam Niewidzialnych czytelników, którzy podbijają liste wyświetleń na blogu:)
pozdrawiam Gizi03031:)

niedziela, 25 marca 2018

Mannaro 2

Hejka. Zapraszam na drugi rozdział nowego opowiadania:)
Życzę miłego czytania:)
******************************************

Zarzucił na plecy cienki sweterek zapinany z przodu na guziki. Na nogi wsunął japonki. Cieszył się, że w końcu mógł się pozbyć tego sztywniackiego stroju kelnera, który w taką pogodę doprowadzał go do szewskiej pasji. Poprawił delikatnie włosy i zarzucił swoją torbę na ramie. Wyszedł na kuchnie. Wiedział, że dzieciaki czekają na niego w Sali głównej lokalu. Szef ich tam zabrał, aby poczęstować czymś dobrym nim wypuści ich do domu. Zerknął na zegarek. Zbliżała się dwudziesta. Przekroczył próg kuchni i wszedł do delikatnie oświetlonej Sali zastawionej masą stolików. Przy jednym z nich siedział jego cały świat i w najlepsze wpierdalał sobie naleśniki
z czekoladą.
- Szefie nie rozpieszczaj mi ich tak.- Powiedział z wyrzutem, kiedy tylko do nich podszedł. Starszy mężczyzna tylko się uśmiechnął.
- Dobrze wiesz, że traktuje ich jak swoje własne wnuczęta.
- Chcesz to ci je oddam.
- Bej!- Krzyknął Terence z buzią wypchaną po same brzegi naleśnikiem. Trochę czekolady skapnęło mu na brodę. Nigel zebrał resztki czekolady z jego brody po czym polizał ubrudzony palec.
- Tyłek ci urośnie.- Zaśmiała się Tallulah.
- Tobie też, tyle że ja jestem facetem więc mi to wybaczą, gorzej z tobą.- Odgryzł się małej
i podał im z torby chusteczki.- Zmykać do łazienki i umyć mi dokładnie ręce i buzie jak już zjedliście. I macie się dokładnie umyć, bo jak nie to sam was umyje. Swoją śliną.- Powiedział i pokazał im swój język oraz kciuka prawej ręki. Bliźniaki jak jeden mąż głośno przełknęły ślinę po czym rzuciły się pędem w stronę drzwi prowadzących do łazienki.
- Mówisz, że mi je oddasz….
- Nigdy w życiu.- Powiedział chłopak zbierając puste już talerze na jedną kupkę.
- Tak myślałem. Ah ta moja głupia córka. Dlaczego nie chce mi podarować wnuka?
- Ma na to czas.
- Czas. Czas. Wszyscy tak mówią. Twoja siostra też miała czas.
- Który jej zabrano. To nie był jej wybór.- Powiedział Nigel i spojrzał w stronę jednego ze stolików, z którego nadal dochodziły głośne śmiechy i krzyki.- Wybaczy szef, że zostawiam szefa kiedy na Sali są jeszcze klienci.
- Nie przejmuj się. Dam sobie radę z obsługą kilku pijaków z jakiegoś biura.- Powiedział starszy pan przyglądając się dokładnie swojemu najmłodszemu i zarazem najbardziej odpowiedzialnemu pracownikowi.- Odniosłem wrażenie, że znasz to… zacne towarzystwo…
- Gdyby nie to co mnie spotkało pięć lat temu za pewne i o mnie szef by dzisiaj mówił „pijak
z jakiegoś biura”. – Zaśmiał się cicho kiedy zobaczył jego minę.- Kiedyś razem pracowaliśmy.
- Już.- Tallulah pociągnęła go delikatnie za rękę.
- Ile musze zapłacić za to co zjadły te potwory?
- Odpracujesz u mnie w polu.
- Przecież szef nie ma pola.- Zaśmiał się cicho Nigel puszczając przodem bliźniaki. Szef zaśmiał się cicho.
- Specjalnie dla ciebie je kupie.
- Spoko.- Powiedział i odwrócił się w stronę drzwi. Zamarł kiedy zobaczył leżącą na podłodze Tallulah trzymającą się za twarz. Koło niej klęczał Terence. W samych drzwiach stał Barth- jego dawny znajomy z pracy, Kirk oraz jakaś kobieta, która musiała zostać zatrudniona po tym jak on odszedł. Przeniósł powoli wzrok z zakrwawionego łuku brwiowego dziewczynki i skierował go na Barth’a, który stał pierwszy w przejściu i trzymał rękę na klamce. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest pijany. Wysoki, masywny facet, którego łysina oświetlała lokal jak księżyc w pełni niebo, spojrzał tylko na małą postać leżącą u jego nóg i syknął cicho pod nosem.
- Patrz jak łazisz głupia smarkulo. Kto w ogóle o tej godzinie przyprowadził gówniarzy do lokalu, heeeeee?!
- Barth! Uspokój się!- Kirk próbował sprowadzić go do parteru.
- Szefie….- Nigel wysyczał zza zaciśniętych zębów.- Czy jestem już wolny na dzisiaj?
- ….Tak.- Powiedział po chwili wahania starszy mężczyzna. Wiedział co się kroiło i wolał aby cała nadchodząca burza przeniosła się przed lokal.- Możesz już iść.- Słowa te podziałały na Nigela jak komenda „bierz go” wydawana dobrze wytresowanemu psu. Pochylił się lekko do przodu i odbijając się trzy razy od podłogi wyskoczył w stronę nic nie spodziewającego się Barth’a. Dopadł do niego wypychając go do przedsionka lokalu. Kobieta pisnęła głośno chowając się w koncie przedsionka. Schronienie udzielił jej również Kirk zasłaniając ją swoim masywnym ciałem. Nigel z kolei usiadł
w rozkroku na klatce piersiowej łysego mężczyzny zaciskając palce lewej ręki na jego gardle. Prawą rękę uniósł do góry układając palce jak szpony. Pochylił się nad jego twarzą obnażając niebezpiecznie zęby.
- Głupia smarkula? Gówniarze? Patrz jak łazisz? HĘ?!- Warknął czując znajome mrowienie rozchodzące się po całym jego ciele. Poruszył delikatnie zesztywniałymi ramionami. Wiedział, że nie może się tutaj zamienić.- Odszczekaj to śmieciu! I przeproś ją! A jeżeli jeszcze raz….
- Złaź ze mnie ty dziwko i spierdalaj z tymi….!
- Nie!!!- Tallulah i Terence rzucili się na plecy Nigela próbując go powstrzymać.
- Zobacz! Nic mi nie jest! Jestem cała więc się nie denerwuj! No! Przecież znasz zasady! Nie bijemy zakompleksionych ludzi, którzy raniąc nas słowami i czynami chcą podbudować swoją wartość.
- Przeklęta smarkulo….!- Człowiek pozbawiony owłosienia na głowie wyciągnął w stronę małej dziewczynki swoją wielką łapę przypominającą prędzej pokrywkę od wielkiego gara niż rękę. Wymierzony w dziecko atak zatrzymał się tuż przed jej twarzą.
- Jesteś trupem!- Warknął Nigel, a jego ciałem zaczęły wstrząsać potężne dreszcze.
- Wujku….!
- SPOKÓJ!!!!- W całym lokalu dało się słyszeć donośny basowy krzyk i głośne warknięcie. Nigel zamarł nie mogąc się zamienić. Mimo tego jak bardzo teraz o tym marzył, jak bardzo jego ciało chciało dokonać przemiany nie mógł tego zrobić. Jego ciało drżało i mrowiło, ale nie pozwoliło wypuścić bestii, która pragnęła rozerwać gardło temu łysemu pijakowi leżącemu pod jego ciałem.- Barth zamknij się i nic więcej nie mów. Nigel….- Głos przerwał w połowie, kiedy chłopak zamachnął się i najnormalniej na świecie roztrzaskał nos Barth’a swoją drobną pięścią, po czym bez żadnych większych ceregieli wstał z niego , otrzepał z wyższością dłonie i spojrzał na dwójkę dzieciaków, które stały za nim. Wyciągnął do nich delikatnie ręce i uśmiechnął się pocieszająco.
- Wujku!!- Krzyknęły i wtuliły się w niego.
- Przepraszam, że was wystraszyłem.
- Tak niewolno! To jest ludź!
- Ludź, którego nienawidzę.
- Ale mimo wszystko tak nie wolno.
- Nie dość, że pedzio to jeszcze pedofil.- Powiedział Barth podnosząc się ociężale z ziemi. Po jego twarzy leciała stróżka krwi. Nigel odwrócił się gwałtownie w jego stronę, ale czyjaś nieznana mu ręka go przed tym powstrzymała zatrzymując się na jego ramieniu. Odwrócił się delikatnie po czym odskoczył gwałtownie od stojącego za nim Kirk’a, którego oczy zaświeciły na złoto i przybrały ponownie swoją ciemną barwę.
- Uspokój się.- Znowu rozbrzmiał ten baryton. Nigel cofnął się pod samą ścianę ciągnąc za sobą zaskoczone dzieci.
- Ty… ty…
- Ja. Mówię. Uspokój się.
- Ugh….- Wypuścił głośno powietrze z płuc i ugiął potulnie kark. Nienawidził tego uczucia! Tej władzy i siły bijącej od ciężkiego nasienia! Jego posiadacze zawsze wykorzystywali je na swoją korzyść. Ale nie miał prawa się sprzeciwiać. Nie mógł się postawić. Nie teraz. Gdyby Kirk nie użył swoich mocy mógłby mu pyskować i kazać iść gdzie raki zimują, ale teraz musiał potulnie opuścić głowę i czekać. Na co? Sam nie wiedział.
- Wujku….- Tallulah pociągnęła go delikatnie za rękaw swetra, ale ten nie zareagował. Czekał.
- Uspokoiłeś się?- Zapytał już spokojnie Kirk. Swoim normalnym głosem. Nigel delikatnie kiwnął głową. Nie uniósł wzroku. Nadal czekał. A jeżeli uzyska zgodę czym prędzej zabiera stąd dzieciaki i już on się postara o to, aby nigdy więcej nie mieć styczności z tym człowiekiem.- Gdzie jest twój alfa?- Zapytał bez ogródek Kirk. Nigel drgnął konwulsyjnie. Jak on może mówić o takich rzeczach przy ludziach?!
- Nie mam kogoś takiego.- Powiedział cicho zerkając w bok. Zagryzł lekko policzki od środka błagając wszystkie znane sobie bóstwa o to, aby ten człowiek w końcu pozwolił mu odejść.
- Jesteś samotnikiem?- Zagrzmiał jego głos. Chłopak drgnął delikatnie i cofnął się bardziej
w tył.
- Nie jestem.
- Jeżeli nie posiadasz alfy to znaczy, że nie masz swojego stada. Dobrze wiesz, że samotnicy nie mogą…
- Wujek ma nas. Nie jest sam.- Powiedziała twardo Tallulah. Nigel jęknął cicho pod nosem. Dlaczego ta mała cholera musiała się odezwać.
- Dwójka smarkaczy, która nie jest w stanie zapanować nad twoimi nerwami stanowi całą twoją wspólnotę?
- Tyle mi wystarczy.- Odparł cicho Nigel. Usłyszał ciche warczenie.- Terence. Przestań.
- Nie podoba mi się zapach tego pana.- Powiedział chłopiec warcząc cicho. Nigel nie odpowiedział. W końcu nie mógł ocenić prawdziwego zapachu mężczyzny.
- To go nie wąchaj.- Powiedział dobitnie właściciel restauracji, w której pracował blondyn. Chłopak zerknął na niego z ukosa.- Nie spodziewałem się kłopotów po ciężkim nasieniu, dlatego pozwoliłem wam w spokoju korzystać z mojego lokalu, ale jeżeli w tej chwili nie opanujesz swoich ludzi nie będę już dla was tak miły.- Zagrzmiał staruszek. Nigel otworzył szerzej oczy kiedy na jego twarzy pojawiły się runiczne znaki, zdobiąc ją i zmarszczki. Elf! Tutaj!- I zostawcie Młodego
w spokoju. To mój dobry przyjaciel.
- Skoro ktoś tak ważny jak ty ukrywa przed światem samotnika, to…
- On nie jest samotnikiem.- Zagrzmiał staruszek. Nigel drgnął. Jego szef znał prawdę? Ale jak… przecież….?- Gdyby nie jego oryginalność pewnie teraz by już mieszkał ze swoim nowym stadem, ale ten dzieciak najnormalniej w świecie nie wie, że już je posiada.
- Nie rozumiem.
- Szefie… proszę… nic więcej nie mów.- Powiedział ledwo słyszalnym głosem Nigel. Chciał zniknąć. Zabrać ze sobą dwójkę swoich szkrabów i zaszyć się z nimi w ich małym mieszkanku. Zrobić po kubku ciepłej herbaty i po zrobieniu lekcji obejrzeć z nimi kilka bajek! Czy on o tak wiele prosił?!
- Jeżeli tego chcesz będę milczał, ale uważaj na siebie mój drogi chłopcze.- Powiedział
i poczochrał delikatnie jego włosy. Nigel nie podniósł głowy do góry.
- Mogę już odejść?- Zapytał cicho. Nienawidził swojego życia! Oh! Jak on go nienawidził.
- Idź.- Powiedział staruszek. Chłopak pokręcił przecząco głową. To nie jego zgodę musiał uzyskać.
- Mogę. Już. Odejść?- Zapytał ponownie. Usłyszał jak TA osoba głośno wypuszcza powietrze z płuc.
- Idź.- Powiedział w końcu Kirk. Nigel kiwnął delikatnie głową i nie patrząc na nikogo ciągnąc za sobą dzieciaki wyszedł z lokalu. Naprawdę odetchnął z ulgą dopiero kiedy udało mu się odejść od restauracji kilka ulic dalej.
- Uh…. Nie znoszę tego gościa.- Mruknął pod nosem masując obolałe z nadmiaru napięcia ramiona.
- Wujku nie zbliżaj się do tego pana.- Powiedział Terence. Mężczyzna spojrzał na niego unosząc prawą brew do góry.
- Dobrze o tym wiem, więc skąd się u ciebie wzięła…
- On dziwnie pachnie.- Powiedziała Tallulah. Teraz to na nią przeniósł zaciekawione spojrzenie.
- Dziwnie? To znaczy?
- Kiedy byłeś w szatni pachniał normalnie, ale jak tylko do nas podszedłeś i spotkaliśmy go na schodach pachniał inaczej. Ty też.- Powiedział chłopiec łapiąc go za rękę. Nigel zmarszczył delikatnie czoło.
- Nie rozumiem.
- On pachnie jak tata.- Powiedziała cicho dziewczynka. Nigel przystanął gwałtownie niedaleko ich mieszkania i spojrzał na maluchy, które mu towarzyszyły.
- Jak wasz tata?- Zapytał. Kiwnęli delikatnie głowami i wymieniając porozumiewawcze spojrzenie zerknęły na niego.
- Jak tata kiedy patrzył na mamę. Słabo to pamiętam, ale pachniecie tak samo jak oni.- Powiedziała dziewczynka. Po kręgosłupie Nigela przebiegł silny dreszcz. Zesztywniał na całym ciele kiedy gorące języki ognia zaczęły lizać jego żyły od środka by po chwili buchnąć całą swoją mocą
w jego ciele.
- No to jest chyba kurwa jakaś pierdolona kpina!- Krzyknął upadając na kolana i obejmując się szczelnie ramionami. Drżał na całym ciele i wiedział czym to było spowodowane. Jęknął głośno
i spojrzał z wyrzutem w niebo.
Dlaczego to znowu jemu musi się to przytrafiać?
Dlaczego to musi być ten facet?!
Czy on wiedział….
O Boże….!
Chciał umrzeć!
Wstyd….

****************************************************
Nie ma co się za bardzo rozpisywać, ale mam nadzieję, że wam się spodobało:)
Pozdrawiam i zapraszam za tydzień Gizi03031;* 



niedziela, 18 marca 2018

Mannaro 1

Hejka.
Zapraszam na nowe, krótkie opowiadanie, które właśnie skończyłam na szybko pisać aby mieć co dodać. Za ewentualne błędy ortograficzne oraz językowe z góry przepraszam:)
*****************************************

Minęło już pięć długich lat, kiedy Nigel stracił swoją ukochaną pracę. Może nie do końca stracił. Postawiono mu warunek, którego nie mógł spełnić, a skoro nie mógł zrobić tego czego żądał od niego jego sadystyczny, były już szef- Kirk- musiał odejść. W końcu nie mógł wrócić do swojej wcześniejszej wydajności pracy jaką wykonywał przed zmianami jakie zaszły w jego życiu. Gdyby chociaż tylko spróbował wiedział jakby to się wszystko skończyło, a nie mógł pozwolić sobie na wcześniejsze wykupienie miejsca na cmentarzu. Nie mógł teraz umrzeć. Za jakieś dwadzieścia lat owszem, czemu nie, ale teraz nie mógł sobie pozwolić nawet na głupi ból gardła.
Więc dlaczego nawet jeżeli unikał bólu gardła musiał właśnie teraz usługiwać Kirk’owi
i pozostałym z jego dawnej firmy, którzy nie wiadomo jakim cudem znaleźli się w rodzinnej restauracji, w której aktualnie pracował, a która znajdowała się jakieś osiemdziesiąt kilometrów od jego wcześniejszego miejsca zamieszkania.
No dobra, sam sobie zdawał sprawę z tego że ostatnie dwie godziny w pracy nie ważne na jaką zmianę by robił pracuje na głównej Sali obsługując klientów. Tak się ugadał ze swoim nowym szefem, ale czy musiał również i dzisiaj tak pracować?
Wypuszczając głośno powietrze z płuc ruszył do jednego z kilku stolików jakie zostały mu przypisane dzisiejszego dnia do obsłużenia. Przybrał w miarę możliwości najbardziej profesjonalną minę na jaką było go stać i zatrzymał się w odpowiedniej odległości od gości ich lokalu.
- Witam Państwa, nazywam się Nigel i dzisiaj będę do państwa dyspozycji. Czy mogę już przyjąć państwa zamówienia?- Zapytał patrząc przed siebie. Pod obstrzałem spojrzeń swoich byłych znajomych z pracy poczuł się naprawdę bardzo niski co przy jego metrze siedemdziesięciu nie często mu się zdarzało. Uważał się za osobę o dobrym wzroście, ale nie teraz. Teraz czuł się naprawdę malutki. Wiedział, że go rozpoznali. Delikatne zapuszczenie włosów, które wiązał w kitkę na karku oraz powrót do naturalnego blond koloru włosów nie zmieniły za bardzo jego wyglądu. Tak samo jak zmiana szkieł kontaktowych na okulary o grubych oprawkach. I tak miał wrażenie, że na jego czole widnieje napis „Pracowałem z wami, barany”.
- Nigel?- Zapytała niska kobieta, z którą pracował w tym samym dziale. Spojrzał na nią przykładając długopis do podstawki.
- Tak? Już mogę przyjąć zamówienie?
- Czy to naprawdę ty?- Nalegała kobieta. Mężczyzna wypuścił głośno powietrze z płuc
i kiwnął twierdząco głową.
- Może byś więcej szacunku okazywał swoim dawnym znajomym z pracy.- Warknął cicho Kirk, jego dawny szef. Chłopak zerknął na niego z ukosa. Wysoki, dobrze zbudowany brunet wlepiał wzrok w jakieś papiery, które tutaj ze sobą przytargał. Nawet na niego nie spojrzał, a prawi mu kazania.
- Aktualnie jestem w pracy i nie mogę sobie pozwolić na rozmowy z dawnymi znajomymi.- Syknął chłopak cicho dobrze pamiętając jaki dobry słuch miał jego były szef.- Mogę przyjąć zamówienie?- Powtórzył trochę głośniej, kiedy za sobą usłyszał szuranie butów charakterystyczne dla jego nowego szefa.
- Nigel!- Zagrzmiał baryton należący do rudowłosego mężczyzny, którego twarz już dawno zaczęły zdobić małe zmarszczki. Chłopak odwrócił się w jego stronę.- Zapraszam do mojego gabinetu.- Powiedział spokojniej. Chłopak uśmiechnął się w myślach. Gabinetem jego szefa była kuchnia, ale chyba nie o to mu chodziło. Prędzej miał na myśli szatnie dla pracowników.
- Uuuuu…. Już coś przeskrobałeś….- Usłyszał drwiący komentarz za swoimi plecami. Nie musiał się odwracać aby wiedzieć kto to mówił.
- Barth zamilknij w końcu.- Zagrzmiał Kirk.- Kiedy zdecydujemy się na coś konkretnego wezwiemy pana. A teraz proszę iść i wysłuchać kazania szefa.- Dodał drwiącym głosem. Ugh! Jak on nie znosił tego sadystycznego dziada! Zawsze tylko się wymądrzał jaki to on nie jest cudowny, wspaniały i w ogóle do rany przyłóż, a jak przyszło co do czego to kazał mu wybierać!
- Ummm….- Nigel zatrzymał się przy swoim szefie. Wiedział, że musiało się stać coś poważnego. Wszak jego szef miał w zwyczaju prawić wszystkim kazania na drugi dzień przed zaczęciem pracy, nigdy w trakcie. A jak kogoś wzywał do siebie to sprawa była poważna.
- Chodzi o Terence.- Powiedział. Starczyło jedno słowo. Jedno konkretne imię, aby pod chłopakiem ugięły się kolana.
- Tallulah….?
- Oboje są w szatni.- Powiedział i poklepał go pokrzepiająco po ramieniu, ale Nigel jakoś tego nie wyczuł. Tylko jakaś tajemnicza moc prowadziła go ku temu jednemu konkretnemu pomieszczeniu, gdzie znajdowało się jego aktualne życie. Jego wybór.
- Terence co….- Zatrzymał się gwałtownie w przejściu do szatni po czym gwałtownie zamknął drzwi i rozejrzał się dookoła siebie, aby upewnić się czy aby na pewno są tutaj teraz sami. Kiedy upewnił się, że oprócz niego i dwójki innych osób nie było tutaj nikogo spojrzał poważnie na rudowłosego ośmiolatka, który uparcie wlepiał swoje zielone oczy w podłogę. Nie raczył nawet podnieść swojej piegowatej twarzyczki do góry. I tak wiedział, że jego wuj, to czego nie zobaczy to wyczuje.- Co to jest?- Padło ledwo słyszalne pytanie.
- Wujku, to nie jest wina Nece’a tylko….
- Tallulah. Przestań.- Przerwał jej mężczyzna i zerknął tylko na jej potargane rude włosy. Ona w przeciwieństwie do swojego brata bliźniaka nie opuściła wzroku. Hardo przypatrywała się swojemu wujowi.- Czy ktoś mi może do cholery jasnej wyjaśnić co to jest?!-  Nigel nie wytrzymał. Słynął ze swojej żelaznej cierpliwości, ale jak zawsze tłumaczył, „nawet żelazo rdzewieje”.
- No bo… no bo….- Terence zaczął zanosić się płaczem. Blondyn potargał swoje starannie ułożone włosy po czym podszedł do dwójki siedzących przy stole smyków i uklęknął na lewym kolanie, aby chociaż trochę się z nimi zrównać.
- Nie płacz tylko spokojnie mi wyjaśnij co się stało.
- No bo… no bo….
- Eh…. Matt z 4b powiedział do mnie, że jeżeli jestem taką szmatą jak moja mama i ty to może mi  robić i mówić co mu się podoba. – Powiedziała cicho dziewczynka. Nigel zmarszczył delikatnie brwi po czym warknął cicho pod nosem.
- Tłumaczyłeś nam kiedyś, że takie słowa są złe i nie wolno tak do nikogo mówić więc go uderzyłem.- Powiedział Terence. Nigel uklęknął na drugim kolanie i spojrzał na niego dokładnie. Położył mu ręce na ramionach zmuszając go w ten sposób aby spojrzał na niego.
- Żartujesz?!Proszę! Powiedz mi, że żartujesz!
- Nie uderzyłem go mocno. I nawet się przy nim nie wyleczyłem kiedy razem z kolegami mnie pobili!
- Przecież tłumaczyłem wam, że macie więcej siły niż wszyscy wasi znajomi razem wzięci!
- Nie pozwolę aby ktoś taki jak on wyzywał moją siostrę, mamę albo ciebie!
- Ale nie możesz takiej osoby bić! Chciałeś go zabić?!
- To on prawie zabił mnie! Ja go uderzyłem raz! Raz! A on….! On….!- Terence rozpłakał się na dobre. Po szatni rozrosło się ciche warczenie.
- Nie warcz na mnie młoda damo.- Odparł już spokojniej i prostując się podszedł do szafki,
w której znajdowała się apteczka.- Wiesz, że nie będziesz mógł się uleczyć.
- W….wieeeeeeemmmmm!!!!!
- No już, już. Nie płacz.
- Booooooooo jesteś naaaaaaaaaa mnie złyyyyyyyyyyy!!!!!!!
- Nie prawda.- Nigel pokręcił przecząco głową. Przysunął sobie krzesło do stolika i zabrał się za wyciąganie potrzebnych przyborów do opatrywania  z apteczki.- Nie jestem zły za to, że obroniłeś siostrę. Jestem dumny, że ją obroniłeś tym bardziej, że to był starszy od ciebie chłopak, ale musisz zrozumieć, że się przestraszyłem. Co by było gdybyś się przy nim zamienił? Zabrali by was. Zabrali ode mnie!- Uniósł delikatnie głos po czym przecząco pokiwał głową aby pozbyć się cisnących do oczu łez.- Nie chce was stracić. Jesteście dla mnie wszystkim.
- Wujku….- Zaczęła Tallulah, ale przerwało jej delikatne pukanie do drzwi. Po chwili
w przejściu stał szef Nigela.
- Wybacz, że przeszkadzam, ale musisz wracać do pracy. Dzisiaj pozwolę ci zejść godzinę wcześniej. Przyjmij zamówienie od tamtego stolika i możesz się powoli zbierać. Ja opatrzę tego nicponia.
- Ja nie jestem koniem!
- Smarku mały powiedziałem „nicpoń” a nie „koń”.- Starszy człowiek pokręcił przecząco głową i stanął koło stolika.
- Dziękuje szefie.
- Nie dziękuj tylko bierz się do roboty, bo ci z dniówki potracę.- Zagrzmiał staruszek, ale
w rzeczywistości nadal przyjaźnie się uśmiechał.
- Już idę. A wy grzecznie mi tutaj, to w drodze do domu kupimy lody.
- Tak!!!!! Yay!!!!!- Zdążył usłyszeć zanim zamknął za sobą drzwi. Wziął kilka głębokich wdechów by po chwili przybrać maskę ze sztucznym uśmiechem i wyjść do klientów. Nie oszukiwał siebie. Rany na ciele chłopca bardzo go zmartwiły. Cieszył się jednoczenie, że to nic poważnego, ale nie mógł znaleźć sposobu aby wpoić dzieciakowi do głowy, że nie może bić ludzi.
Eh…. Gdyby tylko urodził się inny, sam by go do tego nakłonił. Ale niestety nie mógł.
Z chwilą kiedy te dzieciaki nauczą się same w całości zmieniać to one będą jego opiekunami, a nie on ich. Wszak wszyscy wiedzą, że w stadzie to silniejsi dbają o słabszych, a on….
On był najsłabszym ogniwem. Ogniwem z dodatkowym defektem, o którym nie lubił myśleć.
- Witam, czy już mogę przyjąć od państwa zamówienie?- Zapytał przykładając długopis do kartki papieru.  Wiedział, że musi wytrzymać jeszcze trochę i będzie mógł ściągnąć z twarzy maskę uradowanego dzieciaka, który żyje sobie beztrosko na tym świecie.
Przecież on nigdy nie miał beztroskiego życia.
Od chwili swoich narodzin był napiętnowany
Aanan Mashibhell…. Zwierze bez węchu


********************************
 Krótkie, ale tutaj właśnie o to w tym chodziło. Mam nadzieje, że wam się spodobał pierwszy rozdział. W sumie opowiadanie to liczy sześć rozdziałów. Mam nadzieje, że umilą wam trochę czas:)
Pozdrawiam Gizi03031