niedziela, 18 lutego 2018

4383- Rozdział 13

Hejka.
Życzę wam miłego czytania.
Nie będę wam długo marudzić, bo już mnie plecy bolą od tego siedzenia:/
***************************
Siedziałem u siebie na łóżku. Chyba znienawidzę ten mebel, jeżeli jeszcze raz będę musiał na nim siedzieć i czekać albo na odpowiedź fioletowo włosego, albo czekając na jego powrót do domu. Powinien już być jakieś dwie godziny temu. Nic nie pisał, że się spóźni. Tylko z rana powiedział mi żebym pamiętał, iż to jego dzisiaj kolej pierwszego się kąpać. A teraz go nie było. Może coś się stało? Nie miałem pojęcia co się działo i to mnie trochę denerwowało. Przecież normalnie by coś napisał, zadzwonił. Zawsze tak robił, więc teraz dlaczego…?
Zerknąłem w stronę swojego biurka. Kalendarz, który nad nim wisiał pokazywał mi, że za miesiąc zaczniemy nowy i za razem ostatni rok w liceum. Miesiąc zbierałem się na to, aby mu o tym powiedzieć. Trzy dni temu wrócił z jakiegoś szkolenia, na które wysłano go z pracy.
Z Francji.
Tak żeby było zabawnie.
A co? Przecież nikt mu nie zabroni, co nie…
Jego wyjazd dał mi możliwość przemyślenia kilku spraw, dlatego kiedy wrócił postanowiłem, że pierwszy wieczór, kiedy nie będzie nikogo w domu wyznam mu swoje uczucia. Nie chciałem, aby przez przypadek ktoś nam przeszkodził włażąc do naszego pokoju. Nie moja wina, że ten dzień nastał tak szybko. Tak samo jak nie moją winą było to, że się spóźniał. Nawet nie czekałem z kąpielą na niego. Umyłem się w łazience na dole w razie gdyby wrócił w trakcie. Wtedy nie mógłby mi marudzić.
Trzy godziny.
Spóźniał się trzy godziny. W sumie nie umawialiśmy się. Miał prawo przyjść później. Albo jutro rano. Był dorosły. Nie musiał przychodzić do domu tak jak mówił. Był wolny. To ja sobie coś uroiłem, że skoro powiedział, że mam nie zajmować łazienki, bo on pierwszy z niej korzysta, to chyba oczywiste, że wróci o normalnej godzinie. Mógł się domyślić, że będę czekał ze swoją kolejką. Ale oczywiście przecież to ja sobie coś uroiłem w tej swojej psychicznej łepetynie. W końcu gdyby mu zależało…
Zaśmiałem się cicho pod nosem.
Na czym miałoby mu zależeć? Na tym, żeby umyć się pierwszym, czy na tym żebym nie czekał? Bo już sam nie rozumiałem. Tak samo jak nie rozumiałem dlaczego się tak irytuję. W końcu nie powiedział nic więcej jak głupie, krótkie „Pamiętaj, dzisiaj ja pierwszy wieczorem korzystam
z łazienki
”. Nic więcej. Tylko to jedno głupie zdanie. Pamiętałem, ale on widocznie nie!
Wyśmiałem sam siebie kolejny raz tego wieczora- chociaż już była noc- i kładąc się do łóżka zgasiłem swoją lampkę nocną. Dzisiaj chciałem spać w całkowitych ciemnościach. Nie chciałem ani przez przypadek zobaczyć go, tak samo jak nie chciałem, aby on zobaczył mnie.
Czasami zdarzało mi się spać przy zgaszonym świetle. Fakt, miało to miejsce raptem kilka razy, ale jednak miało.
Wierciłem się przez dobre pół godziny nie mogąc znaleźć sobie miejsca ani wygodnej pozycji do snu. Wiedziałem, że to nie prawda. Mimo, że mój umysł podjął decyzję o tym, że mam odpuścić i się kłaść moje serce nie chciało i czekało.
Jęknąłem głośno kiedy kolejny raz tego wieczora zerknąłem na wyświetlacz telefonu i nie mogłem zasnąć. Wypuściłem głośno powietrze i wychodząc z łóżka obdarzyłem je oburzonym spojrzeniem po czym ruszyłem w stronę drzwi. Może ciepłe kakao pomoże mi zasnąć?
W domu panowały egipskie ciemności. Nawet z dworu nie dochodziły do mnie żadne dźwięki ani światła. Zaczęła się noc duchów.
Prychając pod nosem wszedłem do kuchni i kręcąc przecząco głową zapaliłem światło koło lodówki. Nastawiłem mleko w garnku i wsypałem do swojego kubka kakao.
- Co… robisz…?- Krzyknąłem piskliwie i upuściłem na podłogę kubek z brązowym proszkiem, kiedy usłyszałem za sobą głos i nie dochodził on od strony drzwi tylko przeciwnej jaką był nasz wielki stół. Odwróciłem się delikatnie starając się oddychać spokojnie i zgarniając w rękę nóż kuchenny, którym przeważnie ten spóźnialski dupek pracował. Spojrzałem w stronę drzwi
i zamrugałem kilka razy, kiedy spojrzałem na Taiyō, który leżał sobie normalnie na stole i przekręcając głowę opartą n wyprostowanych rękach spojrzał na mnie. Dziwnie wyglądał. Przyglądał mi się dokładnie zatrzymując swój wzrok na moich dłoniach.
- Taiyō kurwa! Nie strasz mnie tak!- Krzyknąłem odkładając nóż na blat za sobą po czym odwracając się do niego tyłem sięgnąłem po miotłę i szufelkę.
-  Co… robisz…?
- Zamiatam?- Zapytałem prychając cicho pod nosem.
- Wcześniej…?- Zapytał. Zerknąłem na niego marszcząc czoło. Coś mi tutaj nie pasowało.
- Ty coś piłeś?- Chciałem się upewnić. Nic nie mówił, że miał zamiar wypić po pracy. Więc to przez to się spóźniał.
- Taaaa…. Z kumplami z pracy. Opijaliśmy… opalijaśmy…. piliśmy urodziny …fesza…. efsza…. szefa… kurwa.- Przetarł twarz dłońmi. Był pijany. Zgasiłem palnik na którym grzało się mleko. Odechciało mi się tego kakao. Zerknąłem na niego, ale on nadal ukrywał twarz w dłoniach. Ma telefon. Trudno mu było zadzwonić i powiedzieć, że się spóźni. Że mogę iść się umyć pierwszy, że nie będzie go dzisiaj na kolacji, że…
Pokręciłem przecząco głową i bez słowa ruszyłem w stronę pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi i przeciąłem szybko całą długość pokoju po czym zakopałem się w puchowej pierzynie i zamknąłem oczy, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie, a pokój rozświetliły halogeny umieszczone na suficie. Starałem się oddychać spokojnie, aby ten pijak pomyślał, że minęło już kilka godzin po tym jak wyszedłem z kuchni.
- Czemu wyszedłeś jak z tobą… hyck…. gadałem?- Usłyszałem ciche warknięcie koło swojego łóżka. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i przekręciłem się na plecy aby móc spojrzeć
w jego oczy. Marszczył czoło i nos. Chwiał się lekko na boki.
- Kładź się spać. Jesteś pijany.- Powiedziałem patrząc na niego. Usiadł na moim łóżku zgniatając mi prawe udo swoim tyłkiem. Skrzywiłem się delikatnie, ale po chwili moja noga została uwolniona z „ciężkich” okowów.- Taiyō idź do siebie. Jesteś pijany.
- Nie jestem…. Paimany.
- Ty nawet niepoprawnie mówisz. Idź się połóż.
- Nie.- Mruknął obrażony. Patrzyłem się na niego przez chwilę po czym odwróciłem się do niego tyłem z zamiarem próby zaśnięcia.- Nie odwracaj się do mnie tyłem.- Mruknął jak obrażone dziecko. Przewróciłem oczyma, ale nawet nie drgnąłem.
- Bo?
- Bo cię przelecę.- Powiedział poważnie. Moje serce przyspieszyło gwałtownie. Poczułem jak temperatura mojego ciała skoczyła w górę. Nie byłem przyzwyczajony do takiej reacji mojego organizmu. Zacisnąłem delikatnie palce na poduszce, ale się nie odwróciłem.
- Phfff… Jesteś pijany.
- Nie na tyle aby nie zerżnąć twojej dupy, którą sam mi podsuwasz.- Powiedział i zacisnął swoje palce na moim prawym biodrze. Drgnąłem zaskoczony.
- Nic ci nie podsuwam. Odwracam się do ciebie z cichą nadzieją, że ci się znudzi i pójdziesz spać.
- To sobie śpij, a ja skorzystam z twojego zaproszenia.- Powiedział. Odwróciłem się gwałtownie w jego stronę, kiedy zacisnął swoją rękę na moim prawym pośladku. Moja mina za pewne musiał wyrażać święte oburzenie, ale widocznie go to obeszło. Uśmiechał się do mnie delikatnie. Podpuścił mnie! Ale ni musiał mnie łapać za tyłek. Przez mój gwałtowny obrót jego ręka znalazła się niebezpiecznie blisko mojego krocza. Zadrżałem.
- Taiyō zabierz swoją rękę.- Powiedziałem cicho nie mogąc złapać oddechu, nie moja wina, że tak zareagował. Wiedziałem do czego są zdolne pijane osoby. A on był pijany. Nie wiedziałem jak się zachowuje po alkoholu.- Proszę…- Pisnąłem, kiedy nie zabrał swojej ręki. Poczułem jak przesunął ją wyżej przez mój brzuch, tors i szyje aż do włosów, które delikatnie potarmosił i uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Sumienie by mnie chyba zabiło.- Powiedział delikatnie. Przyglądał mi się uważnie po czym jęknął cicho i zabrał swoją rękę.
- Boli cię coś?- Zapytałem cicho. Pokręcił przecząco głową i zaśmiał się cicho.
- Nie. Po prostu pomyślałem, że szkoda…
- Czego?- Zapytałem kiedy przerwał gapiąc się na mnie szeroko otwartymi oczyma jakby myślał nad tym co chciał powiedzieć.
- Że mogę cię tylko pocałować?
- Proszę?- Zapytałem kiedy i on zadał mi wcześniejsze pytanie. On nie wiedział czy mnie pytał o zgodę? Co ja miałem mu powiedzieć?
- Gdyby nie to, co ostano usłyszałem zaproponowałbym ci coś, ale wiem że się na to nie zgodzisz więc zostają same pocałunki jeżeli się zgodzisz.- Powiedział przyglądając mi się uważnie.
O czym on pierdoli?
- Co ty do mnie gadasz człowieku, bo nie ogarniam?
- Powiedz mi, co do mnie czujesz?- Zapytał po chwili milczenia. Otworzyłem szerzej oczy
i gapiłem się na niego przez dobre pięć minut. On wiedział! O Boże! On wiedział! Ale jak? Skąd?
- Czy mój głupi brat…?
- Nie. Sam to powiedziałeś.- Powiedział uśmiechając się kpiąco. Ten uśmiech nie wróżył niczego dobrego.
- Tak?
- Tak.
- Kiedy? Co?- Nie rozumiałem.
- Zadzwoniłeś do mnie przypadkiem jak gadałeś na ten temat z sempaiem w kuchni. I to jeszcze głośnomówiący miałeś włączony. Usłyszałem wszystko i…- Urwał kiedy ukryłem twarz pod poduszką. O Boże! O Boże! Jaki wstyd! On wie! On wszystko wie!
- I… co…?- Zapytałem cicho w poduszkę. Nie wiedziałem czy mnie usłyszy czy też nie.
- Nie mogę odwzajemnić twoich uczuć. Nie wiąże się z nikim. Nie szukam chłopaka ani dziewczyny.- Jego słowa dochodziły do mnie jakby z oddali. Mój żołądek ścisnął się boleśnie, nie mogłem złapać oddechu. Oczy, które były zamknięte zapiekły. Odrzucenie.- Jestem młody i chcę się bawić więc nie dam się nikomu przywiązać do swojej nogi. Mam kilku seks przyjaciół, ale z kolei ty się w to nie bawisz. Bo wątpię aby nie przeszkadzało ci to, że śpię z innymi. Nie poszedłbyś na taki układ aby dzielić się mną jeżeli byś nim został. Więc zostają pocałunki o ile chcesz.
- Sex-przyjaciel?- Wydukałem zbolałym głosem. On to robił? Z kim? Jak długo? Ilu ich było?
- Sex- przyjaciel.- Mruknął i poklepał mnie delikatnie po brzuchu. Poczułem jak sprężyny mojego łóżka ustępują, kiedy podniósł się i zniknął za drzwiami łazienki. Opuściłem delikatnie paczuszkę przełykając gorzkie łzy.
Związek nie, ale sex-przyjaciel już tak?
W co on sobie pogrywa?

**

Tydzień.
Od tygodnia nie widziałem nikogo z domu, ani z nikim nie gadałem.
Dokładnie tydzień temu zostawiłem telefon na biurku, zarzuciłem na ramię pasek podręcznej torby i korzystając z okazji, że byłem w domu sam wyszedłem z niego i wyjechałem. Nie wiedzieli gdzie, nie mogli się ze mną skontaktować, nie mogli po mnie przyjechać. Mogłem być sam…
Lubiłem być sam…
Do czasu aż miałem swój pokój tylko dla siebie. Od dnia kiedy ta ludzka brzoza wyrosła na moim terenie wszystko się zmieniło.
Samotność już nie sprawiała mi takiej radości. I właśnie dlatego wbrew samemu sobie
i wszystkim bóstwom na tym świecie siedziałem w ten pochmurny dzień na plaży i gapiłem się na wielkie fale oceanu. O dziwo ta brzydka pogoda w jakimś stopniu poprawiła mi humor. Mijało mnie kilka osób (przeważnie zagorzali domowi sportowcy, którzy biegali wzdłuż brzegu próbując wzmocnić swoją kondycję) nie zwracając nawet uwagi na moją skromną dupę wysiadującą piasek na plaży. Koło mnie przebiegł jakiś koleś. Spojrzałem na ziemię i podniosłem do ręki ciemny, skórzany portfel. Odwróciłem się za siebie.
- Przepraszam! Proszę pana!- Zawołałem. Zatrzymał się gwałtownie i obejrzał za siebie patrząc na mnie pytająco. Pomachałem mu w górze moim znaleziskiem. Pomacał się po wszystkich kieszeniach, po czym uśmiechając się delikatnie obrócił się na pięcie i ruszył w moją stronę. Stanął koło mnie. Był to chłopak starszy ode mnie o kilka lat. Miał krótkie czarne włosy, okulary na nosie. Był szczupły. Ubrany w ciemne dresy i koszulkę na ramiączkach. Uniosłem delikatnie brew do góry, kiedy dojrzałem na jego ramionach, przedramionach i obojczykach pełno blizn po poparzeniach. Nie ukrywał ich. Obnosił się z nimi w miejscu publicznym jakby były dla niego najpiękniejszym strojem ever.
- Dziękuje.- Chrząknął odbierając ode mnie swój portfel.- Dobrze, że upadł koło kogoś uczciwego.- Powiedział uśmiechając się delikatnie.
- Mam ze sobą picie, bułkę i ciepłą bluzę, więc po co mi pana pieniądze.
- Na fajki?
- Nie palę.
- Alkohol?
- Nie mam ochoty na picie.
- Na jakieś przyjemności, które sprawią ci radość?- Zapytał uśmiechając się łobuzersko. Dziwny facet.
- Igła, nitka i kawałek materiału nie jest drogi.- Wzruszyłem ramionami kiedy zaśmiał się cicho. Wskazał na miejsce obok mnie.
- Można?
- Spoko. Ale nie podzielę się bułką.- Zastrzegłem sobie. Miałem nadzieję, że zrozumiał mój żart. Zaśmiał się. Zrozumiał.
- Dobra.- Zatarł ręce i siadając koło mnie wlepił we mnie czujne spojrzenie, które mnie peszyło.- Nie cierpię kłamstwa. Zgubiłem portfel specjalnie.- Powiedział mężczyzna. Spojrzałem na niego jak na idiotę nie wiedząc o co mu chodzi.
- Dlaczego?
- Chciałem z tobą pogadać.
- Za mną?- Zadziwiłem się odsuwając się od nieznajomego delikatnie. Zauważył to, ale nie zareagował na mój ruch.- Znamy się?
- Nie. Ale widziałem cię tutaj już o jakiś kilku dni. Siedzisz na tej plaży w każdą pogodę
i zawsze tyle samo czasu. Albo masz problemy albo chcesz pomyśleć. Albo cię pojebało.
- Może wszystko jednocześnie? Czy moja obecność komuś tutaj przeszkadza? Jeżeli tak to już się…
- Nie, nie, nie!- Zaprzeczył nieznajomy machając rękoma przed swoją twarzą i kręcąc przecząco głową.
- Więc co?
- Wyglądasz jakby coś ci zaprzątało myśli…
- Zaprząta.
-… i jakbyś chciał się utopić.- Dokończył uśmiechając się przepraszająco kiedy spojrzałem na niego jak na idiotę.
-Czy ja panu wyglądam na samobójcę?- Zapytałem zaskoczony. Wzruszył ramionami
i podrapał się zmieszany po głowie.
- Po prostu z autopsji wiem jak może się skończyć negatywne myślenie więc wolę się upewnić niż jutro na spacerze znaleźć twoje ciało na brzegu i żałować, że nie spróbowałem i znowu dokonałem błędnego wyboru.
- Mogę też kłamać, a później się utopić jak zostanę sam.
- Nie zrobisz tego.- Powiedział pewny swych słów nieznajomy.
- Skąd ta pewność?
- Bo skoro oddałeś mi mój portfel gdzie mogłeś go zakosić i przez takie coś odezwało się
w tobie sumienie, to nie pozwolisz abym znalazł cię na plaży martwego. Sumienie ci nie pozwoli.- Zauważył. Uśmiechnąłem się pod nosem. – Więc co cię dręczy?
- Dlaczego mam to mówić kogoś kogo nie znam?
- Właśnie dlatego. Nie znasz mnie więc będzie ci wygodniej. Powiesz tyle ile będziesz chciał.
- Eh…- Wypuściłem głośno powietrze z płuc i opierając się na dłoniach za moimi plecami spojrzałem w zachmurzone niebo. Ciekawa jaka u mnie jest pogoda.- Zakochałem się.
- To fajnie.
- Wątpię. Obiekt moich westchnień powiedział, że nie ma w jego słowniku czegoś takiego jak związek tylko sex-przyjaciele.- Burknąłem jak obrażone dziecko.
- Wiesz… Kiedyś też byłem zakochany. Teraz też jestem, ale to dwie różne osoby. Teraz kocham mocno, ale ten pierwszy raz… nigdy się tak nie czułem. To był jak wybuch jakiejś bomby czy coś takiego. Skrajność uczuć. Od euforii po agonalną rozpacz. Mówię ci istne piekło miałem z tym pierwszym… przypadkiem. I nawet ze sobą nie chodziliśmy. Zostałem wyłowiony wśród tłumu
i „przymuszony” do pseudo związku, w którym druga strona bierze wszystko i nie daje nic w zamian. Głupi się zgodziłem, a kiedy się zakochałem chciałem prawdziwego związku. Prawdziwych uczuć
i czułości. Źle dobrane słowa sprawiły, że mój obiekt westchnień wygarnął mi co myślał prosto
w twarz i odjechał motorem. Miał wypadek. Zginął. A ja… ja się dowiedziałem już po fakcie, że ten sadystyczny chuj też mnie kochał, ale wolał pewny pseudo związek do którego mnie zmusił, niż niepewny prawdziwy związek na który mogę się nie zgodzić.- Powiedział nieznajomy. Przyglądałem mu się uważnie. Siedział tutaj. Mówił o swoich dwóch miłościach. Zakochał się w pseudo związku
i jak to się skończyło?- Gdybym wiedział, że tak to się skończy i już nigdy się nie zobaczymy w życiu bym nie powiedział tego co powiedziałem i nie kończyłbym tego pseudo związku. Teraz może i nie bylibyśmy razem ale nadal oboje byśmy żyli. Widzisz…- Powiedział i pokazał na swoje blizny. Przeciągnął również po swoich spodniach więc podejrzewałem, że i tam znajdowały się owe blizny. Co się temu człowiekowi stało?- … już raz prawię umarłem. Straciłem ukochanego. Zrobiłem wiele rzeczy, których żałowałem. A teraz… teraz robie wszystko to co chce i jak chce, aby nie żałować i żeby nie cierpieć. Mam tylko jedno życie, które kiedyś się skończy, ale wole aby się skończyło kiedy powiem sobie, że spróbowałem z ukochanymi niż pluć sobie na łożu śmierci, że może moje życie wyglądałoby inaczej ale jednak tak nie wygląda bo srałem po gaciach i bałem się zaryzykować. Co możesz stracić? Jak zostaniesz sex-przyjacielem?
- Swoje uczucia?
- Nie stracisz ich. Może się jeszcze okazać, że druga strona cię w trakcie tego pokocha.
- Szacunek ludzi?
- Szanuj siebie i miej w dupie to co powiedzą inni. Oni zawsze gadają i im się wszystko nie podoba. Jeszcze się taki nie narodził co by każdemu dogodził.
- Boje się, że będę taki jak inni.
- Nie będziesz jak inni bo jesteś sobą. A ciebie nikt nie podrobi.
- To tak jakbym był dziwką.
- Jeżeli weźmiesz za to kasę… ale to tylko jedna osoba. Gorzej z tą, która ci to zaproponowała. Ty będziesz spać tylko z nią, ale ona….- Uśmiechnął się krzywo. Syknął i odwrócił się gwałtownie kiedy ktoś wbił mu czubki swoich sportowych butów w tyłek.
- Oono dupku! Zapieraj swojego platfusa z mojego tyłka!- Warknął facet siedząc obok mnie. A ja gapiłem się na kolesia przypominającego niedźwiedzia o czarnych włosach i ciemnej karnacji.
- Chciałbyś mieć w swoim tyłku moją nogę? Nii, ty mały zboczeńcu. Nie przy dzieciach.
- Mam prawie dwadzieścia jeden lat.- Zauważyłem delikatnie. Obaj spojrzeli na mnie jakbym ich okłamywał.- Wiem, nie wyglądam.
- Oono. Noga. Bo ci ją połamię.- Zaznaczył mój towarzysz wcześniejszej rozmowy, który chyba nazywał się Nii, chociaż to może być skrót.
- Ciekawe, kto by cię zadowalał?- Prychnął starszy mężczyzna i ukucnął za nim obejmując go szczelnie ramionami. Mało co nie oplułem siebie, ich i połowy oceanu jednocześnie.
- Zadowala mnie to, co masz pomiędzy nogami, a nie twoje nogi.- Odgryzł się i pisnął kiedy ten wielkolud ugryzł go w kark, po czym spojrzał na mnie.
- To ty jesteś tym niedoszłym topielcem.
- Ej! Nie przypominaj mu! Ja tutaj tak fajnie odciągnąłem jego uwagę od jego zamiarów,
a ty…
- Spokojnie. Nie mam zamiaru się topić.- Powiedziałem. Oboje unieśli brwi do góry wyrażając w ten sposób swoje zaskoczenie.- Mówię serio. Potrzebowałem trochę czasu aby pomyśleć o tym
i owym.
- Młody człowieku nie marnuj czasu na zbędne myślenie. Carpe Diem. Wracaj do domu
i kontaktuj się ze swoją miłością. Podejmij jedną decyzję. I jej nie odstępuj. Ale nie trać na to połowy życia. Czas to nie kutas, nie stanie i nie poczeka na ciebie.- Powiedział poparzony chłopak zbierając się z piasku i otrzepując swoje spodnie (przy okazji strzelił swojego towarzysz po łapach, kiedy ten
z miną niewiniątka chciał mu pomóc). Pożegnał się ze mną życząc mi powodzenia i ruszył w stronę wyjścia z plaży ciągle okładając ramiona wielkoluda swoimi pięściami. Tamten tylko się śmiał
i pozwalał mu na to.
Pokiwałem przecząco głową i spojrzałem ponownie tego dnia na horyzont. Słońce zbliżało się do jego brzegu.
Piękny widok.

 *******************************
Jak dobrze zauważyliście (o ile czytaliście inne moje opowiadania) pojawili się tutaj dwaj moi wcześniejsi bohaterowie. Tak jakoś naszła mnie ochota, aby główny bohater pogadał z kimś, kogo już znam (LOL), wtedy może mu się trochę przejaśni w głowie xD aż miło wrócić do starych postaci:)
Pozdrawiam Gizi03031





niedziela, 11 lutego 2018

4383- Rozdział 12

Hejka.
No i opowiadanie zaczyna nam ruszać.
Teraz będzie coraz szybciej kręcić się akcja od tego rozdziału.... bo zostało mi kilka lat do opisania, a rozdziałów tak mało:)
***********************************
Zamknąłem cicho drzwi od naszego pokoju starając się nikogo nie obudzić. Wiedziałem, że mama wstaje jutro wcześnie do pracy, a brat w niej aktualnie był. Miałem cichą nadzieję, że nie obudziliśmy mamy, ale jeżeli tak by było, to by wyłoniła się ze swojego pokoju. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i odwróciłem się w stronę pokoju. Zamarłem, kiedy zobaczyłem tuż za sobą Taiyō. Przyglądał mi się uważnie.
Czekał.
Oceniał.
Badał.
Przełknąłem głośno ślinę i dałem sobie mentalnego kopniaka w tyłek. Przecież to miał być tylko zwykły całus w policzek. Spojrzałem na niego niepewnie. Może bym się tak tym nie przejął, gdybym miał jakieś doświadczenie w całowaniu się. Ja na serio nauczyłem się w życiu tylko brać
w tyłek i nic więcej. No dobra i w usta też.
Ale nie całowałem się!
- Idź się pierwszy umyj. Ja skorzystam z łazienki na dole.- Oznajmił i odwrócił się do mnie plecami. Gapiłem się przez chwilę oniemiały na jego szerokie bary, ale po chwili stwierdziłem, że lepiej serio udam się do łazienki. Może zapomniał.
Albo wtedy żartował.
Zmarszczyłem niezadowolony brwi.
Przecież mówiłem mu, że nie chcę aby żartował.
Żartował?
Pokręciłem przecząco głową. Nie chciałem zaprzątać sobie tym myśli. Nie wiedziałem jakbym zareagował, gdyby na poważnie doszło do tego pocałunku. Chociaż skoro mówił „przelizać” to nie byłby to delikatny pocałunek. No ale do niczego nie doszło. Mimo tego, że mu powiedziałem, aby był poważny zażartował z tym całowaniem i wysłał mnie do kąpieli. Cóż… może taki jeden żart mogłem mu darować?
Odłożyłem szczoteczkę na miejsce jak i rozmyślania o nim i jego żartach. Nie chciałem sobie odbierać spokojnego snu na zamartwianie się tym, że sobie ze mnie zażartował.
Zatrzymałem się w progu, kiedy dojrzałem go siedzącego na moim łóżku. W pierwszym odruchu spiąłem się. No bo jak to, ktoś śmiał usiąść na moim łóżku. Później się rozluźniłem, bo sobie przypomniałem, że to on siedzi na moim łóżku, co w efekcie sprawiło, że ponownie się spiąłem, gdy
w mojej głowie pojawiło się pytanie „Dlaczego siedzi na moim łóżku?”  Przekrzywiłem głowę w bok zerkając i czekając.
Czego chciał?
O czym myślał?
- No w końcu. Już myślałem, że się tam utopiłeś.- Zaśmiał się z mojej miny. Zerknąłem na jego łóżko i ponownie na swoje.
- Um… nie pomyliłeś łóżek?- Zapytałem cicho. Pokręcił przecząco głową. Jak to nie pomylił? Podszedłem niepewnie do niego przyglądając mu się uważnie. Czego miałem się po nim spodziewać?
- Czekam.
- Na?
- Na to, o czym rozmawialiśmy w restauracji.- Powiedział. Zatrzymałem się gwałtownie przed nim i spojrzałem na niego jak na idiotę.- Nie żartowałem. Pewnie sobie uroiłeś w łepetynce, że sobie zrobiłem z ciebie jaja i po sprawie, prawda?
-….
- Prawda?- Zapytał z naciskiem.  Wypuściłem głośno powietrze z płuc i delikatnie pokiwałem głową. Jęknął zrezygnowany.- Zostawić cię na chwilę samego i już sobie coś zmyślasz. Przecież chciałeś, abym był poważny więc jestem. A ty…
- A skąd mam wiedzieć, że nie żartowałeś kiedy mówiłeś, że będziesz poważny?- Przerwałem mu i cofnąłem się o krok, kiedy obdarzył mnie twardym spojrzeniem. Zagryzłem delikatnie wargę starając się na niego nie patrzeć. Złapał mnie za przegub prawej ręki i przyciągnął do siebie delikatnie. Zatrzymałem się gwałtownie stając pomiędzy jego nogami. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na niego nie bardzo wiedząc co mam teraz zrobić.
- Czekam. Skoro ty zaprosiłeś mnie na randkę, to ty musisz mnie pocałować.- Powiedział uśmiechając się wrednie pod nosem. Czułem jego ciepłe palce na przegubie swojej prawej ręki.
- Mówiłem, że chcę, aby to było wyjście w ramach podzięko… kyaa!- Pisnąłem, kiedy szarpnął mną mocniej i zatrzymałem się na swoim łóżku. Wcisnąłem się w miękką poduszkę, kiedy nade mną zawisł.- Co?- Pisnąłem zaskoczony.
- Powiedziałem co ci zrobię, jeżeli jeszcze raz powiesz, że to wyjście w ramach podziękowania.- Powiedział przysuwając się do mnie.- Więc się szykuj.
- Tutaj nie ma ciemnego zaułku!- Broniłem się niczym lew, chociaż w moim przypadku to prędzej wyglądało jak przerażony chomik przy spotkaniu z groźnym, jadowitym wężem.
- Jest ciemno. Wcisnę cię w róg łóżka i będzie prawie jak zaułek więc…- Nie dokończył, kiedy na drżących rękach wyprostowałem się i złożyłem na jego policzku delikatny pocałunek. Opadłem na poduszki i spojrzałem w jego zaskoczone oczy.
- Pocałunek na zakończenie randki.- Mruknąłem cicho pod nosem. Mimo moich słów nie odsunął się. Nadal pochylał się nad moim wgniecionym w poduszkę ciałem.- Taiyō ….?
- Hmmm?
- Idziemy spać?- Zapytałem cicho. Uśmiechnął się pod nosem.- Proszę…
- Za chwilę.- Odparł i pochylił się w moją stronę. Wciągnąłem głośno powietrze przez nos.
- Taiyō ….?
- Ciiiii.- Powiedział, by po chwili przyłożyć swoje usta do moich. Zesztywniałem. Nie spodziewałem się tego. Jego pełne, delikatne i takie miękkie usta dotykały moich. Jęknąłem cicho, kiedy te właśnie usta zaczęły ocierać się o moje. Usłyszałem jak uśmiechnął się pod nosem. Nawet to wyczułem. Zassał się na mojej dolnej wardze. Zadrżałem na całym ciele. Jego ciepła dłoń wylądowała na moim policzku. Gładził go delikatnie ssąc moją dolną wargę.
- Pfaiyō …- Powiedziałem niewyraźnie i po chwili znowu odebrano mi zdolność mówienia. Otworzyłem szeroko oczy, kiedy jego język zagłębił się w moich ustach. Zrobiło mi się gorąco. Czułem jego język na swoim podniebieniu. Badał dokładnie moje policzki. Pisnąłem cicho, kiedy ugryzł mnie delikatnie w dolną wargę. O co mu chodzi? Odepchnąłem oburzony swoim językiem jego język. Mruknął zadowolony i oddał swoim językiem mojemu. Zmarszczyłem delikatnie brwi
i zrobiłem to co on. Ponownie mogłem usłyszeć jego mruczenie. Podobało mu się to? Zacząłem delikatnie oddawać pocałunek próbując kopiować jego ruchy. Wypuścił głośno powietrze przez nos. Wstrzymywał oddech?
Nie wiem ile tak leżeliśmy i całowaliśmy się na zmianę delikatnie i namiętnie, ale kiedy
w końcu się ode mnie odsunął wcześniej zasysając się mocniej na moim języku cały mój aparat mowy bolał niemiłosiernie. Miałem wrażenie że chodzą mi po wargach jakieś parzące mrówki.
- Teraz możemy uznać, że randka jest zakończona.- Mruknął do mojego ucha. Zadrżałem.
- Cbok.- Mruknąłem niewyraźnie masując swoją żuchwę.
- Chcesz jeszcze?- Zapytał zaczepnie. Spojrzałem na niego uważnie. Uśmiechał się.
- Uta mne bołą.- Wymamrotałem. Zaśmiał się.
- Dzieciak.- Mruknął i cmoknął mnie delikatnie w dolną wargę. Zadrżałem. Przyciągnął mnie do swojego ramienia.- Śpij.- Dodał i wypuścił głośno powietrze z płuc. Drżącymi palcami dotknąłem delikatnie swoich ust. Mój pierwszy pocałunek. Był…
Przyjemny….
Uśmiechnąłem się pod nosem. Był bardzo przyjemny. Nigdy nie czułem niczego przyjemniejszego niż wtedy, kiedy Taiyō mnie całował.

,**

Nie podoba mi się to! Oj nie podoba! Od naszej „randki” – ja w głowie i tak mówiłem na to „wypad w ramach podziękowania”, ale głupi nie byłem dlatego tak sobie tylko myślałem- minęły już dwa miesiące. Nie długo znowu będą wakacje i minie drugi rok jak go znam i z nami mieszka. No
i zostanie mi tylko ostatni rok szkoły. Normalnej szkoły. Dwa miesiące od naszej „randki” a mi się to nie podobało. Nie podobało mi się to, że za każdym razem kiedy go widziałem dziwnie mnie ściskało w dołku. Denerwowało mnie to, że miałem problemy z przełykaniem i strasznie trzęsły mi się ręce. Ale i tak najgorsze były te sny, które mówiły mi w jakim aktualnie znajdowałem się stanie.
Zakochałem się.
Jęknąłem głośno i uderzyłem głową o blat stołu w kuchni. Tak sobie siedziałem w tej naszej zarąbiecie wielkiej i czystej kuchni i waliłem czołem o blat ciemnego stołu. No i przy okazji jęczałem przy tym jakby mi robiono tutaj wielką krzywdę.
- Em… można wiedzieć co ty właściwie robisz?- Usłyszałem za sobą głos brata. Ponownie jęknąłem, ale nie zaprzestałem swojej głównej czynności jaką było bliższe zapoznanie czoła ze stołem.
- Siedzę.
- Ciekawy masz sposób siedzenia.- Prychnął pod nosem otwierając lodówkę.
- Chcesz się przyłączyć?
- Nie dzięki. Nie skorzystam.
-….- Trzy uderzenia czołem o blat stołu, a ja nadal nie pozbyłem się tego niechcianego uczucia.
- Dlaczego uderzasz głową w stół?- W końcu zapytał o to, o co chciał od samego początku, kiedy tylko przekroczył próg kuchni i zobaczył co robię.
- Myślę…
- Dość intensywnie.- Zauważył i usiadł naprzeciwko mnie. Czyli patrz „nie odpuszczę dopóki mi nie powiesz, o co chodzi
- Lepszy stół niż ściana. Tutaj przynajmniej siedzę, więc jak od myślenia się zmęczę to prześpię się na krześle.- Powiedziałem drwiąco i zerknąłem na niego zza wachlarza swoich rzęs. Siedział ubrany w luźne dresy i obierał pomarańcza.
- O czym tak intensywnie myślisz?- Zapytał. Jęknąłem głośno. Po co on mnie o to pytał? Sam nie chciałem przyjąć do wiadomości tego, co ostatnio wydedukowałem, a teraz miałem o tym powiedzieć właśnie jemu? No chyba nie! A może? Może on jakoś na to zaradzi. Nie chodzi mi o to, że to uczucie jest złe, ani o osobę jaką obdarzyłem tym uczuciem. Chodzi tutaj o mnie. Jakim prawem
w ogóle pomyślałem o tym, żeby kogoś pokochać. To już jest przesada. Ktoś taki jak ja nie powinien kochać. Nie po tym co go spotkało. Przecież nie narażę nikogo na życie ze mną. Z takim psycholem. No ale oczywiście serce nie słuchało rozumu. Czy te dwa organy nie mogą iść w zgodzie? Współpracować? Tylko jedno robi na złość drugiemu. Głupie serce powinno słuchać mózg i nigdy odwrotnie. W końcu to mózg wie, co dla nas najlepsze, a to cholerne uczucie nie jest dla mnie dobrym sprzymierzeńcem. Tym bardziej jeżeli wiem, jaką osobą jest osoba, w której ulokowałem swoje uczucia. Wredny drań, który bierze co chce i z nikim się nie wiąże. Sex-przyjaciele owszem, ale żeby
z kimś był nie wyraża na to zgody. Nie wiem dlaczego. Nigdy go o to nie pytałem, tak więc i on o tym nie wspominał.
- Chyba się zakochałem… kicha jakaś po prostu.- Jęknąłem w blat stołu. Wyprostowałem się
i spojrzałem w jego kierunku. Gapił się na mnie jakby zobaczył mnie pierwszy raz w życiu, albo jakbym powiedział, że tak naprawdę to jestem Madonna i jestem jego siostrą albo babką.
- Co?- Wydukał pełny sprzeczności. Widziałem to w jego twarzy, która wyrażała to, co ja miałem w swoim wnętrzu.
- Mówię, że się zabujałem w pewnym kolesiu.
- Jesteś pewien?
- Chyba wiem jakimi uczuciami go darzę więc tak, jestem pewien.- Powiedziałem wstając ze swojego krzesła. Sięgnąłem po swój kubek i nalałem sobie do niego soku z czarnej porzeczki. Mój brat cały czas się na mnie gapił.
- Kyōfu… Um… powiedziałeś o tym tej osobie?
- No chyba zwariowałeś?! To uczucie to problem. Nie podoba mi się to, że do kogo kolwiek to poczułem, a wiem, że tak łatwo nie odejdzie.
- Uważasz, że zakochanie się w kimś to problem? Przecież mnie i mamę kochasz.- zauważył inteligentnie. Spojrzałem na niego najbardziej chłodno jak tylko potrafiłem.
- I jesteście szczęśliwi z tym uczuciem?- Prychnąłem.- Bo uwierzę, że skaczecie z radości.
- O co ci chodzi?
- O to, że ktoś taki jak ja nie zasługuje na miłość! Jak mam kogoś kochać, skoro jestem wrakiem? Uczucia oznaczają życie, a życie oznacza strach i niebezpieczeństwo! Ja nie chce się bać! Nie chcę czuć niebezpieczeństwa! A jeżeli powiem mu o swoich uczuciach i on je jakimś cudem odwzajemni, to będę się bał! Bał tego, że w końcu będzie miał mnie dość i mnie zostawi! Że będzie się mną brzydził! Że moja przeszłość odbije się na nim i albo mnie zostawi albo zostanie ze mną, ale będzie się męczył jak ty z mamą! Nie chce tego!
- Ani ja ani mama się z tobą nie męczymy!
- Przestań chrzanić!
- Młody człowieku!- Uderzył ręką w blat stołu. Drgnąłem i spojrzałem na niego. Teraz to dopiero wyglądał jak podkurwiony, starszy brat.- Uważaj na słowa jakie do mnie kierujesz!
- Bo ty nie rozumiesz mojego punktu widzenia.
- Powiedz mu. Jeżeli odwzajemni twoje uczucia, to będziecie razem. Jeżeli nie, szybciej o nim zapomnisz. Nie możesz bać się swoich uczuć ani tego, że żyjesz. Jeżeli teraz ci z nim nie pójdzie
z kolejną osobą będzie łatwiej.
- Już lecę i mówię „Taiyō zakochałem się w tobie, chcesz ze mną chodzić?”- Prychnąłem pod nosem odkładając pusty kubek do zlewu. Spojrzałem na niego naburmuszony, wciskając dłonie
w kieszenie dresów.
- Taiyō?
- Ta….
- Jak długo?- Zapytał wycierając ręce w ściereczkę, która leżała na krześle obok niego. Nie patrzył na mnie.
- Nie wiem. Miesiąc, dwa. A może zaczęło się już wcześniej, ale jakoś nie przyjmowałem tego do świadomości.- Wzruszyłem ramionami. Spojrzał na mnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Drgnąłem. Nie spodobał mi się ten wyraz twarzy.
- Każdy, ale nie on. Wybij go sobie z głowy i nie mów mu o tym, co czujesz.- Powiedział wyraźnie akcentując każde słowo.
- Co? Dlaczego?- Zapytałem zaskoczony. Myślałem, że kto jak kto, ale on będzie mnie namawiał abym mimo wszystko spróbował.
- To nie jest chłopak dla ciebie. Obydwoje tylko niepotrzebnie będziecie cierpieć.
- To on by cierpiał, a nie…
- Ty cierpiałbyś jeszcze bardziej. Mówię ci. Zapomnij o nim. Znajdź kogoś innego.
- Nie podoba mi się twoja odpowiedź.
- Nie musi ci się podobać. Po prostu rób to co ci mówię.
- Nie.- Powiedziałem cicho. Nie pozwolę, aby ktoś decydował o moim życiu. I brat bardzo dobrze o tym wiedział. Robiłem to, co chciałem albo szedłem na kompromis, ale nigdy nie pozwoliłem nikomu całkowicie za siebie zadecydować.- Nie, Howaito.
- Proszę cię, chociaż w tej kwestii nie rób wszystkim na złość. Mówię to dla twojego dobra.
- Nie.
- Dobra!- Krzyknął rzucając ściereczkę na stół. Wstał gwałtownie.- Tylko później nie przychodź do mnie z rykiem, że cię zranił i że coś cię boli, bo ci nie pomogę, ani nie wysłucham!
- Nie będziesz musiał. To on przyjdzie do ciebie.
- Mylisz się…- Powiedział po czym stąpając ciężko wyszedł z kuchni zostawiając mnie tam samego. Wypuściłem głośno powietrze z płuc.
- To ty się mylisz Howaito.- Szepnąłem cicho i opuściłem zrezygnowany głowę na swoje kolana. Zagryzłem nerwowo wargę skubiąc ją delikatnie. Musiałem pomyśleć, co powinienem zrobić właśnie teraz.
Skoro powiedziało się już A trzeba też było powiedzieć i B oraz resztę alfabetu. Teraz niby powinno być z górki.
Powinno?
Prawda?

 *****************************
no to nasz niziołek ma dylemat i rozterkę sercową. W sumie od tego rozdziału czasami sama siebie nienawidziłam za to co pisałam... ale cóż... jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma:)
Pozdrawiam Gizi03031


niedziela, 4 lutego 2018

4383- Rozdział 11

Hejka:)
Bez zbędnego marudzenia i zabierania wam czasu moim bezsensownym wstępem, którego i tak prawdopodobnie nikt nie czyta zapraszam do konkretów:)
**************************
Nim zasnęliśmy Taiyō opowiedział mi co nieco o sobie. Kiedy miał pięć lat uczestniczył
w wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice. Matka była nauczycielka hiszpańskiego, ojciec pracownikiem budowy. Trafił do domu dziecka ponieważ nikt z jego rodziny nie zgłosił się do urzędu ani nigdzie po śmierci jego rodziców. Na cmentarzu był on i pracownik socjalny. Oraz ksiądz.
W sierocińcu mieszkał w pokoju z czterema chłopcami. Co jakiś czas się zmieniali, bo ktoś ich adoptował. Go nigdy nie brano pod uwagę. To właśnie w sierocińcu poznał ludzi, z którymi stracił swoje wszystkie możliwe dziewictwa.
W wieku szesnastu lat.
Mając jedenaście lat napatrzył się na niedożywione dzieciaki. Państwo nie chciało za bardzo łożyć na ich sierociniec. Zainteresował się gotowaniem i dietetyką. Czytał dużo książek, aby jakoś pomagać w sierocińcu. Okazało się, że ma niebywały talent do gotowania. Wszak z niczego potrafił zrobić coś. Pod koniec gimnazjum poznał mojego brata, który jako wolontariusz zawitał do jego sierocińca. Zaprzyjaźnili się mimo wielkiej różnicy wieku. To mój brat sprawił, że pokochał koszykówkę. Kontakt zerwał im się, kiedy moja rodzina wyjechała z miasta. Mówił, że czasami widywał mnie na mieście, ale nie mógł dopasować mnie do sytuacji. Nie wiedział, że jestem bratem Howaito. Dopiero po całej akcji z porwaniem (w telewizji nie podano do końca prawdy o porywaczach i o tym co mi robiono) dowiedział się, że to ja. Nie ukończył liceum z powodu jakiś problemów w sierocińcu (nie chciał powiedzieć jakich). Kiedy skończył osiemnaście lat prawnik jego rodziców powiedział mu, że zostawili dla niego niezłą sumkę, którą mógł wybrać po ukończeniu pełnoletniości. Pojawili się jacyś jego krewni roszcząc sobie prawa do jego pieniędzy. Kazał im spierdalać. Napisał u prawnika pismo, że w razie gdyby coś mu się stało całe pieniądze z konta przechodzą na konto sierocińca. Wspomógł ich finansowo. Zainwestował sporą sumkę w jakiś biznes (powiedział, że na razie nie muszę wiedzieć w jaki) po czym przeniósł się tutaj
z dala od złych wspomnień i rodziny, która go prześladowała. Nałożył im niebieską kartę.
Mieszkał sobie tutaj i pracował po ukończeniu licznych kursów kucharskich. Katastrofa przyszła pewnego ciepłego dnia, kiedy w pracy powiedziano mu, że musi wrócić do szkoły, a kiedy wieczorem wrócił do domu i poszedł się kąpać budynek w którym mieszkał stanął w płomieniach. Chwycił tylko teczkę z dokumentami i swoją torbę z którą przyszedł z pracy. Wszystko spłonęło. On podtruty czadem trafił do szpitala. Później ze szpitala do nich do domu mając nadzieję, że jakoś się ze wszystkimi dogada i odwdzięczy się za gościnę, co oczywiście dzięki mojej zajebistej osobie było tylko pobożnym życzeniem.
Śmiał się cicho, kiedy oburzony jego bezpodstawnymi oskarżeniami, że niby z premedytacją zniszczyłem mu jego plany zaprzeczałem temu jawnemu oszczerstwu.
Nawet kiedy zasypiałem słyszałem jego śmiech. Miałem ochotę podejść wepchać mu ten śmiech ponownie do gardła, ale postanowiłem nie kusić losu.

^^~^^

Otworzyłem swoją czarną szkatułkę, którą zawsze trzymałem w szufladzie swojego biurka,
a kluczyk do niej chowałem pod łóżkiem na deseczkach. Pokręciłem nosem i przeliczyłem swoje kieszonkowe. W sumie wyszło mi 1409869,08 yenów (Aut. Około 50 400 złoty). Nie ma się co dziwić, że aż tyle skoro od siedmiu lat dostawałem kieszonkowe co tydzień i nie wydałem z tego kompletnie nic. Wybrałem z tego osiem tysięcy po czym zamknąłem dokładnie szkatułkę i odłożyłem ją na miejsce. Pieniądze schowałem do swojego wcale nie wykorzystanego portfela (któryś tam prezent pod choinkę). Do środka wsadziłem również swoje dokumenty, zdjęcie mamy i brata, oświadczenie woli oraz numer kontaktowy do mamy, brata i mojego współlokatora. Kiwnąłem głową sam do siebie, po czym zbiegłem na dół. Wiedziałem, że brat siedział w kuchni z mamą. Taiyō był
w pracy. Zadzwonili do niego czy przyjdzie mimo swojego grafikowego wolnego.
- Howaito. Sprawa jest.- Powiedziałem zatrzymując się gwałtownie na stole. Przytrzymał swój i mamy kubek ratując je przed upadkiem i swoje krocze przed wrzątkiem na nim.
- Trzy głęboki wdechy.- Poradził. Zrobiłem to co powiedział. I spojrzałem na niego wyczekująco.- Co jest?
- Dobre miejsce w mieście, w którym można zjeść.- Powiedziałem na wydechu. Jego lewa brew powoli powędrowała ku górze. Poczułem na sobie spojrzenie matki.
- Ty chcesz jeść na mieście?
- Mhy.
- Ty?
- No ja twój brat, który nie je nawet tego co gotuje mama chce zjeść na mieście.- Powiedziałem i patrzyłem na niego z nadzieją w oczach. W końcu on powinien wiedzieć.
- Em… możesz iść do Kukkikuma.- Powiedział. Gapiłem się na niego jak na jakiegoś czuba nie mogąc uwierzyć w to czy dobrze usłyszałem i zrozumiałem czy mi się po prostu tak tylko wydawało.
- Em… ktoś nazwał swój lokal „Ciasteczkowe misie”?
- Ta… nic dodać nic odjąć. Po prostu Ciasteczkowe Misie.
- Jakie to miejsce?
- Dobre. Powinno ci się spodobać.- Powiedział przyglądając mi się uważnie. Kiwnąłem głową i sięgnąłem po swój telefon. Po kilku chwilach „łażenia” po Internecie wyszukałem adres i numer do tego lokalu. Okazało się, że trzeba składać rezerwację. Podrapałem się po głowie. Wybrałem do nich numer i podszedłem do lodówki sięgając z niej jabłko, co było tylko fortelem do tego aby zobaczyć kiedy Taiyō ma znowu wolne. Wypadało w tą sobotę.
- Restauracja Kukkikuma, słucham?- Usłyszałem głos jakiejś dziewczyny. Zagryzłem policzek od wewnętrznej strony, aby tylko się nie zaśmiać.
- Dzień dobry, chciałem zarezerwować stolik u państwa.
- Na kiedy?
- Sobota. Ta sobota.- Dodałem starając się ignorować palący wzrok mojej wścibskiej rodzinki na swoich plecach.
- Tak. Mamy jeszcze wolne miejsca na ten dzień. Stolik na ile osób?
- Um… dwie.
- Bardziej ustronne miejsce czy w centrum lokalu pan preferuje?
- Um…. Ustronne.-Powiedziałem cicho przekręcając głowę w bok.
- Na którą godzinę ma być gotowy stolik?
- Na 19.
- Stolik ma być zarezerwowany na nazwisko?
- Ciasteczkowy Miś.- Powiedziałem nim zdążyłem się ugryźć w język. Usłyszałem jak za mną Howaito prychnął głośno, by po chwili przekląć siarczyście. Spojrzałem za siebie, by zobaczyć jak wyciera plamy kawy ze stołu.
- Słucham?
- Ciasteczkowy Miś.
- Um… Dobrze. Potwierdzam rezerwacje stolika na sobotni wieczór, dla dwóch osób,
w ustronnym miejscu, na nazwisko Ciasteczkowy Miś.
- Tak. Zgadza się. Dziękuje i dowidzenia.
- Dowidzenia.- Powiedziała dziewczyna i się rozłączyła. Wywaliłem ogryzek do śmietnika.
- Dałeś po bandzie. I to nieźle. Dzwonisz do restauracji i jesz do słuchawki, a na dodatek podałeś taką nazwę przy rezerwacji stolika, że już chyba bardziej chamski być nie mogłeś.
- Samo mi się wyrwało.
-…- Pokręcił tylko przecząco głową i nic więcej nie powiedział.

**’
Siedziałem jak na szpilkach i czekałem na jego odpowiedź. A on? On gapił się na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu i do tego jakbym stał przed nim tak jak mnie matka urodziła.
Gołego i wesołego.
No ale i do gołego i do wesołego było mi daleko, więc on tak tylko patrzył.
Profilaktycznie.
Dla zasady.
Żeby się pogapić.
- Dlaczego?- Padło jedno pytanie. Nie odpowiedź „tak” ani nie odpowiedź „nie” tylko jedno, głupie pytanie „dlaczego”. I co ja mu miałem powiedzieć? Chyba nie chciał abym powiedział mu wprost dlaczego się o to zapytałem?!
- Um…. Dlaczego się pytasz dlaczego?- Zapytałem idiotycznie. Zmarszczył czoło, co nie wróżyło niczego dobrego.
- Chyba pierwszy zapytałem dlaczego? Co ty kombinujesz?
- Nic.
- Więc? Dlaczego?
- Nie odpuścisz dopóki ci nie powiem?- Zapytałem. Wzruszył od niechcenia ramionami.
- Jeżeli mi nie powiesz, to nie pójdę.- Postawił sprawę bardzo jasno. Zazgrzytałem zębami na tyle głośno, że nawet i on to usłyszał, na co zareagował tylko uniesieniem brwi w górę.
- Chciałem przeprosić….
- Za co?- Zapytał nie rozumiejąc. Pokazałem palcem na swoją brew. Jego już była prawie wygojona. Okrywał ją delikatny pomarańczowy siniak. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Nie musisz mnie za to przepraszać, już chyba się w tej kwestii dogadaliśmy.
- Ale ja chce.
- Nie musisz.
- Ale…
- Nie.
- Więc nie pójdziesz?
- To wyjście w ramach przeprosin, a ty nie musisz mnie przepraszać więc...- Urwał. Zacisnąłem usta w cienką linię, kiedy gorzki smak zamajaczył mi w gardle. Jakaś dziwna gula chciała się wydostać na zewnątrz, ale jej na to nie pozwoliłem. Coś ścisnęło mnie w dołku.
Żal.
Odrzucanie.
Mimo, że głupiego wypadu do lokalu i kina na jakiś bzdurny film w ramach przeprosin, ale mimo wszystko. Odrzucił moje zaproszenie. Chyba nie wiedział ile mnie kosztowało zorganizowanie tego i zaproszenie go. W końcu nie jestem typem człowieka, który o tak sobie bez żadnego problemu dzwoni gdzieś i załatwia wszystko od ręki. Żaby zadzwonić do jakiegokolwiek lokalu zbierałem się trzy tygodnie. Później trzy dni na wybranie czegoś w kinie i zabukowaniu biletów. Kolejne dwa dni aby go zaprosić.
Wygrzebałem telefon z kieszeni spodni i zacząłem szukać w nim numeru do Chisany. Może ona będzie chciała razem z Zaretem skorzystać z tego, co ja tak ciężko zaplanowałem?
- Um…- Ręka mi się trzęsła pod jego badawczym spojrzeniem, dlatego odwróciłem się do niego tyłem.
- Co robisz?
- Dzwonie.
- Do….?- Zapytał. Usłyszałem jak wstaje z łóżka i podchodzi do mnie niepewnie.
- Do Chisany. Może ona będzie chciała skorzystać z biletów i rezerwacji. Powiem jej, że za wszystko zapłacę tylko…- Przerwałem, kiedy jego ręka zatrzymała moją, w której był telefon. Opuściłem głowę w dół nie chcąc na niego patrzeć.
- Już wszystko zarezerwowałeś?- Zapytał. Przełknąłem głośno ślinę. Czy to ważne? Przełożyłem telefon do drugiej ręki i zabrałem się za ponowne szukanie numeru kuzynki. I znowu jego druga ręka mnie zatrzymała.
- Puść. Chcę zadzwonić.
- A ja chce uzyskać odpowiedź na swoje pytanie.
- A czy to ważne?
- TAK, KURWA, WAŻNE!- Krzyknął. Podskoczyłem przerażony i skuliłem się delikatnie. Zagryzłem delikatnie policzek od środka myśląc gorączkowo. – Kyōfu! Do cholery jasnej!
- Tak zarezerwowałem już wszystko! Trzy tygodnie zbierałem się do tego, aby zadzwonić do lokalu! Trzy dni wybierałem ten durny film i zabukowałem bilety! Dwa dni zbierałem w sobie odwagę, aby się ciebie zapytać o twoją odpowiedź! Ale przecież to nie ważne! Bo i po co się tym przejmować! Więc mnie kurwa puść, bo nie pozwolę, aby moje męczarnie poszły na marne i chociaż Chisana z Zaretem z tego skorzystają!- Próbowałem się wyszarpać, ale mogłem sam siebie wyśmiać, że w ogóle ośmieliłem się pomyśleć o tym, aby spróbować.
- Na którą mam być gotowy?
- Nie chce twojej litości!
- I jej nie dostaniesz. Nigdy. Zapamiętaj to sobie. Ja się nie lituje i nienawidzę jak ktoś się lituje nade mną. Gdybyś nie zrobił tej rezerwacji, to bym miał to gdzieś, ale skoro już się postarałeś to nie pozwolę się zmarnować twoim wysiłkom.
- Na 14.- Mruknąłem cicho opuszczając głowę jeszcze bardziej w dół. Potarmosił mi włosy, po czym odszedł w stronę swojego łóżka.

**,
Wyszedłem z kina z duszą na ramieniu. Nie spodziewałem się, że będzie aż tyle ludzi. Myślałem, że na taki film nie przyjdą tłumy, ale myliłem się. Najwidoczniej „Odd Thomas: Pogromca Zła” cieszył się większą sławą niż myślałem. No cóż…. Ruch źle przeze mnie przemyślany. Spojrzałem na swojego towarzysza, który polazł do śmietnika wywalić opakowania po popcornie
i coli (jakoś to w siebie wmusiłem). Spojrzał na mnie i uniósł zaczepnie lewą brew do góry.
- Co jest?
- Podobał ci się film?
- Nawet. Dobre teksty były.- Odparł i ruszył w stronę wyjścia z galerii.
- Ummmm…. mmhm.
- A tobie?
- Było… tłoczno… - Mruknąłem zawstydzony. Zaśmiał się cicho.
- Tak myślałem. I….?
- I z tego, co zdołałem obejrzeć to był… średni.- Przyznałem niechętnie. Znowu się zaśmiał.
- Nie każdemu musiał przypaść do gustu.
- Ja nie mówię, że mi nie przypadł tylko, że był średni. Nie tego się spodziewałem.
- No cóż.- Popatrzył na mnie przez chwilę, po czym zatrzymał się przy wielkiej maszynie
z pluszakami.- Gramy?- Zapytał. Pokręciłem przecząco głową.
- Nie potrafię w to grać.
- No ale grałeś w to kiedyś?- Zapytał. Znowu przecząco pokiwałem głową. Udał załamanego.- Dobra. Czekaj. Ja w to zagram, a ty się przyglądaj. Wybierz jakiegoś pluszaka.
-ummm…. Tego.- Powiedziałem po chwili namysłu i wskazałem wybranego pluszaka, po czym zostałem obrzucony sceptycznym spojrzeniem.
- Mistrz Yoda? Serio?
- Coś ci się nie podoba?
- Nie. Tak tylko się upewniam czy parzyliśmy w tym samym kierunku.
- Jaaaasne.- Mruknąłem delikatnie urażony. Co mu nie pasowało w mistrzu Yoda’ie? Przyglądałem się dokładnie jego staraniom. Za piątym razem jak wrzucił kolejne monety do maszyny misiek wyleciał przez otwór prosto w jego ręce. Przyglądał się przez chwilę jego „facjacie” po czym uśmiechając się wyciągnął go w moim kierunku.- Co?
- Trzymaj.
- Po co?
- Dla ciebie dzieciaku.- Odparł. Wciągnąłem głośno powietrze przez nos, kiedy coś w mojej klatce piersiowej drgnęło na jego tekst. Dla mnie. Yoda dla mnie.
- Dzięki.- Mruknąłem i sięgnąłem po pluszaka. Objąłem go delikatnie ramionami.
- Jeszcze jakiegoś chcesz?
- To jest kosztowna gra, więc…
- Nie pytam się ile to kosztuje, tylko czy jeszcze jakiegoś chcesz? I lepiej, żebyś mnie nie okłamał.- Zastrzegł sobie. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem ponownie na Mistrza Yode trzymanego przeze mnie. Później ponownie na maszynę rozglądając się po niej uważnie.
- Um….
- Czekam.- Przypomniał mi. Podrapałem się po karku wiedząc jak zareaguje.
- Chopper z One Piece.- Powiedziałem cicho pod nosem. Nie chciałem mu mówić, że to go chciałem mieć od samego początku. Przyglądał mi się dłuższą chwilę.
- Od początku go chciałeś, prawda?
- Nie…
- Chciałeś. Dlaczego nie powiedziałeś?- Zapytał wrzucając pieniądze do maszyny i zaczął wyławiać wskazaną maskotkę.
- Bo byś się śmiał.
- A śmieje się?
- No właśnie nie i to mnie dziwi.
- Sam lubię Choppera. Jest zajebiście… słodki.
- Gdyby cię usłyszał powiedział by, że nie jest.
- I to jest w nim słodkie.- Zaśmiał się. Tym razem poszło mu szybciej. Po chwili wręczał mi kolejnego pluszaka.
- Co ja z nimi zrobię?- Zapytałem zaskoczony. No właśnie. Co ja z nimi zrobię?
- Położysz je na swoje puste półki w pokoju, albo będziesz z nimi spać.- Zauważył inteligentnie wsuwając ręce w kieszenie.
- Można i tak.- Powiedziałem i zerknąłem na zegarek.
- Na którą mamy kolację?
- Na dziewiętnastą. Źle wyliczyłem godziny filmu. Mogłem wybrać wcześniejszą godzinę….
- Tak jest dobrze. Przejdziemy się. I przy okazji….- Pokazał na coś palcem uśmiechając się wrednie. Spojrzałem tam i aż się pode mną kolana ugięły. On nie żartował!

**,
Odwracałem głowę w drugą stronę byle tylko na niego nie spojrzeć, ale i tak mi się to nie udawało. Nadal się gapił. Przeciągle się gapił. Wypalając mi dziurę w brzuchu, ale nadal się gapił.
- No co?- Nie wytrzymałem. Spojrzałem na niego oburzony szykując się do kolejnego ataku, ale on tylko przecząco poklecił głową i spojrzał do karty dań.- No co?- Zapytałem nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Ciasteczkowy Miś? Serio?- Zapytał przerzucając kartki w karcie. Zagapiłem się przez chwilę na jego długie palce.
- Wyrwało mi się. Nie chciałem tego.
- O czym ty myślałeś…
- Nie myślałem. Wyrwało. Mi. Się.- Wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Uniósł ręce na znak swojej kapitulacji. Przez ten gest bardziej się we mnie zagotowało.
- Taiyō myślałem, że dzisiaj wolne.- Powiedział młody chłopak podchodząc do nas. Spojrzałem na niego marszcząc czoło. Ubrany był w czarne spodnie w kant, białą koszulę z trzy czwarte rękawem i czarny krawat do tego. Włosy zaczesane do tyłu. W ręku trzymał notesik. Kelner?
- Bo mam wolne. Jestem tutaj prywatnie.- Zaznaczył mój towarzysz rzucając mu powłóczyste spojrzenie, po czym ponownie spojrzał do karty dań.
- W takim razie proszę o wybaczenie szanownego klienta.- Chłopak momentalnie zmienił ton głosu.- Czy już się panowie zdecydowali na coś konkretnego?
- Um….- Spojrzałem na Taiyō. Chyba wyczuł, że się na niego gapię, bo zerknął na mnie.
- Ja pierwszy?- Zapytał. Kiwnąłem twierdząco głową.- Ok. Więc ja poproszę schab pieczony w sosie własnym, caprese, lody z owocami i bitą śmietaną i do tego mrożoną herbatę. Kyōfu?
- Um… ja…. Em…Mix  kolorowych sałat z griolwanym kurczakiem i serem pleśniowym, frytki, galaretka ze Świerzymi owocami i herbatę mrożoną.- Powiedziałem patrząc się wszędzie tylko nie na kelnera.
- Maksymalnie do dziesięciu minut trwa oczekiwanie na zamówienie. Herbatę przynieść teraz czy razem z daniami?
- Um… Em….
- Teraz.- Rzeczowa odpowiedź od rzeczowego faceta. Po chwili byliśmy już sami.- Stresujesz się.- Nie zapytał. Stwierdził fakt.
- Znasz to miejsce?- Zapytałem cicho. Przyglądał mi się uważnie po czym dość powoli pokiwał twierdząco głową.- Skąd? Etto…. Jeżeli można wiedzieć.- Powiedziałem pospiesznie.
- Ja tutaj pracuje.- Powiedział przyglądając się mojej minie. Uderzyłem głową o blat stołu jęcząc cicho.
- Hooo-waaaa-iiiii-tooooo.- Jęknąłem uderzając głową w stuł na każdej sylabie.
- Nie rań sam siebie.- Powiedział cicho. Spojrzałem na niego. Przyglądał mi się dokładnie.
- No weź. Mój brat mi polecił to miejsce.
- Bo wie, że tutaj pracuje. Mówiłeś mu z kim tutaj idziesz?
- Nie.
- Dlatego zaproponował ci to miejsce. Żeby później móc mnie zapytać, czy ciebie tutaj czasami nie widziałem z jakąś laską.- Powiedział. Speszyłem się. Nie chciałem mu mówić, że Howaito wiedział iż zabrałbym tutaj tylko faceta.
- Zamorduje go.
- Wbij to sobie do głowy. Twój brat to wredna osoba.
- Nie mniej niż ty. W połowie drogi się zorientowałeś, gdzie idziemy i się szczerzyłeś. Dopiero mina ci zrzedła jak powiedziałem w hollu na jakie nazwisko była rezerwacja.
- Bo nie spodziewałem się, że moja znajoma z pracy zobaczy, że przyszedłem tutaj
z Ciasteczkowym Misiem. Wiesz, że będą mi to wypominać do końca życia?
- Jak chcesz, to możemy stąd iść.- Mruknąłem pod nosem. Zaśmiał się i puknął mnie delikatnie nogą w nogę.
- Nie psuj randki.
- Tak? CO?!- Zapytałem zaskoczony, kiedy postawiono przed nami herbatę w dzbanku i dwie wąskie, ale wysokie szklanki. Kelner odszedł bez słowa.
- A co? Może nią nie jest?
- To wypad w ramach przepro…
- Spróbuj dokończyć to zdanie, a przelecę cię w pierwszym ciemnym zaułku.- Warknął
w moją stronę przesuwając w moją stronę szklankę z napojem. Zamarłem. Spojrzałem na niego.
- Może być i randka chociaż nigdy na żadnej nie byłem.
- No to jesteś teraz.
- A co się robi na randce?
- To co teraz my robimy?- zapytał jakby gadał z idiotą.- No i później można się pomacać, przelizać, przespać albo grzecznie wrócić do domu.
- Grzecznie wrócić do domu.- Powtórzyłem przytulając się do chłodnej szklanki. Zaśmiał się cicho.
- Nawet całusa nie dostanę?
- Nie….
- Takiego małego, w policzek?
- Nie….
- No wiesz co, sknera.- Udał oburzonego. Gapiłem się na niego z szeroko otwartymi oczyma. Jak miałem rozumieć jego słowa. Brać je na żarty czy poważnie?
- Mam to brać jako żart czy jako poważny temat?- Zapytałem cicho okręcając szklankę dookoła swoich dłoniach. Odstawił swoją na stolik i pochylił się w moim kierunku.
- A jakbyś chciał aby było?  Hmmm??
- Ja?
- Tak ty? Jakbyś chciał? Żebym żartował czy był poważny?
- Poważny.- Powiedziałem cicho. Nie chcę, aby sobie ze mnie żartował.
- W takim razie, kiedy skończy się kolacja i odprowadzę cię grzecznie do domu nie przelecę cię, ani nie zmacam ale skradnę ci pocałunek jeżeli ty pierwszy nie wyjdziesz z inicjatywą.
- Słucham?
- Przeliże cię.- Oznajmił mi, kiedy kelner przyniósł nasze zamówienie. Nie skomentował tego w żaden sposób, tylko życzył nam smacznego.
- Dlaczego?
- Bo tego chce.
- To jest nie fair.- Powiedziałem oburzony. Spojrzał na mnie zza wachlarza swoich rzęs.
- Ty jesteś dobry dzieciak, więc grasz uczciwie, ja jestem zły dzieciak, dlatego gram nieczysto
 i bawią mnie pikantne zagrania.
- Nie chcę, abyś się mną bawił.
- Nie mam zamiaru.
- Więc…
- Jedz.
- Ale…
- Jedz.- Urwał temat i zabrał się za jedzenie, a ja jak ten skończony dureń nie mogłem od niego oderwać wzroku i ciągle się na niego gapiłem. On chciał mnie przelizać i mnie o tym ostrzegł,
a teraz normalnie zabrał się za jedzenie.- Pomóc?- Zapytał. Bez słowa zabrałem się za pochłanianie tego co zamówiłem. Wiedziałem, że byłby zdolny do tego, aby karmić mnie w środku lokalu,
w którym pracował.

*****************************
A no tak...
w tym rozdziale był wypad w ramach podziękowania (patrzcie randka)... jak wam się spodobała pierwsza randka.... przepraszam.... wypad w ramach podziękowania głównych bohaterów??? xD
Pozdrawiam Gizi03031