niedziela, 1 marca 2020

ODI ET AMO rozdział 3

Witam! Jak tam się czujecie z tym, że za 20 dni już będzie wiosna?
Ja to się szczerze nie mogę doczekać lata, ale mam nadzieje, że wiosna w tym roku będzie dla mnie bardziej łaskawa niż rok temu.
Zyczę miłego dnia i miłego czytania.
***************************************************
Ostatnie dwa tygodnie wakacjji zleciały mi bardzo szybko i w miare bezstresowo. Cieszyłem się z tego ogromnie, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że to w szkole będę narażany na wielkie pokłady strasu. Jak nic będę jedyną meską Omegą w tym instytucie zrzeszającym idiotów. Skąd to wiem? Ponieważ przez całe swoje życie spotkałem tylko jedną meską omegę. Jesteśmy żadkością. Prędzej spotka się żeńskie omegi.
 Fajnie, nie. Nie dość że Omega to jeszcze męska na dodatek. Lepiej być nie mogło. A stresu w szkole dołożą mi na pewno tłumy Alf. Już się dowiedziałem od LAno, że ta szkoła to jakiś ewenement bo ukrywa w sobie sporo Alf, średnią ilośc bet i mały odsetek Omeg. No i już zdążył niby przypadkiem powiedzieć, że nie mam co liczyć na znalezienie tam męskiej Omegi.
 Więc postanowiłem się tym nie przejmować i w spokoju spędzić ostatnie dni wakacji tak jakbym w miarę chciał. Zapoznałem się z rozkładem domu- KONIECZNOŚĆ!
 Zostałem zabrany przez kuzynkę i jej przyjaciółki na wielkie zakupy, na które wyciągnęła kase od rodziców ubolewając nad moją bogatą ((dla mnie tak dla niej nie koniecznie) garderobą- według niej KONIECZNOŚĆ!
 Do Lano przyszedł kolega Alfa (nniski, szczupły blondyn o twarzy cherubinka- więc wnioskuje, że to nie on dostał paralizatorem w zadek), który przywitał się ze mną z odległości dziesięciu metrów, pomachał mi i wciskając ręce w kieszenie rybaczek rozsiadł się na leżaku w ogródku obserując jak Lano tłumaczy mi instrukcje obsługi paralizatorów i gazu pieprzowego. Druga Alfa czasami dodała coś od siebie poprawiając moje błędy- to też była KONIECZNOŚĆ!
 Ciotka Nova doszła do wniosku, że musze się nauczyć chociaż podstaw samoobrony. Zrezygnowała, kiedy rozłożyłem na łopatki instruktora (Betę) oraz ją. Patrzyła na mnie jakoś tak dziwnie, jak na okaz w zoo, który został ostatnim przedstawicielem swojego gatunku i niewątpliwie czego go wymarcie, a ja tylko próbowałem unormowac swój oddech i złapać w końcu pożądny chaust powietrza do płuc. Musiałem jej później wytłumaczyć, że jeżeli nie mam rui to poradze sobie w większości przypadków z jedną Alfą- na tyle, aby od niej uciec. A dzięki zabawce od Lano moje szanse wzrastają.
 Ciotka Lina ustaliła Czerwony Dziennik. Wyliczyliśmy w nim, kiedy dostanę kolejnej rui. Powiedziała, że będzie wiarygodny dopiero przy trzeciej rui, kiedy będzie miała wgląd w to jak czesto i długo ona u mnie trwa.
 Dwa dni temu całą piątką udaliśmy się na zakupy do księgarni, sklepu obuwniczego, sportowego oraz z artykułami szkolnymi. Powiedziano, że jeżeli coś mi się spodoba mam krzyczeć. Milczałem ponieważ nic nie przykuło jakoś zbytnio mojej uwagi.
 Na sam koniec wędrówki przez sklepy spodobała mi się pichowa bluza z naszytymi na kaptur kocimi uszkami. Zerknąłem na nią kilka razy, ale kiedy dojrzałem jej cenę zrezygnowałem. Odwróciłem się z zamiarem ucieczki co zostało uniemożliwione przez kuzyna zastępującego mi drogę ewakuacji sprzed tego drogiego sklepu. Spojrzał na mnie, na bluzę, znowu na mnie po czym uśmiechnął się jak psychol. Nie ruszając mojego ciała złapał za materiał bluzy na moim ramieniu i mając gdzieś moje protesty zaciągnął mnie do sklepu. Rzucił mi cztery bluzy z tej samej kolekcji, ale w innych kolorach.
 - Idź przymierz.
 - Po co?- Burknąłem jak obrażone dziecko zaciskając mocniej palce na materiale ciuchów, które trzymałem. Chciałem się mu postawić, ale moja cholerna natura Omegi obawiała się sprzeciwienia Alfie. Chociaz tak bardzo mnie kusiło. Co by mi zrobił? Użyłby na mnie swojego drugiego głosu? Musiałby mi za to zapłacić. Uderzyłby mnie? Chyba bym go za to zabił w tym sklepie. Wiec jak mnie zmusi do przymierzenia tego?
 - Idź przymierz, bo powiem mamie, że spodobały ci się te różowe stringi z ostatniego sklepu, ale nie wiesz jak o nie poprosić.- Powiedział przebierając między wieszakami. Nawet na mnie nie spojrzał, a poczułem się jakby dał mi w twarz. Powiedział to normalnie, ale dobór słów sprawił, że poczułem się jakby użył swojego drugiego głosu.
 - Dupek.- Wyrwało mi się na głos. Byłem przekonany, że się na mnie zdenerwuje i tym razem serio mi się od niego oberwie, ale on się tylko zaśmiał. Nic więcej.
 - Do usług. Mama idzie.- Powiedział. Drgnąłem. Dupek gotowy będzie to powiedzieć, jeżeli się nie posłucham.
 - No już!- Krzyknąłem i schowałem się w przebieralni. Głupi Dupek się śmiał. Zasadze mu kiedyś kopa jak nikt nie będzie patrzył. Wcągnąłem na siebie ciepłą bluze i spojrzałem w lustro. Była długa, szeroka i puchowa.
 IDEALNA!
 - Pokarz się.- Puknał kilka razy w drzwi przymierzalni. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i wyszedłem do niego. Kontrola osobista polegała na tym, że ten dupek zmierzył mnie od góry do dołu i spowrotem po czym spojrzał na mnie i przekręcił głowę w bok.- Nie za duża?
 - Idealna.
 - Wyglądasz jakbyś miał na swobie worek.- Próbował postawić na swoim, ale tym razem wiedziałem, że mam rację i nie zamierzałem tak łatwo się poddawać. Skoro chce wydać kasę na bluze z tej kolekcji to bierzemy taką jaką JA uznam za idealną, a nie ON.
 - Jest idealna.
 - Jesteś pewien?
 - Znasz jakieś Omegi?- Zapytałem otulając się szczelniej bluzą. Spojrzałem na swój tyłek w lustrze wiedząc, że to zachcianka mojej drugiej natury. Mi przeważnie zwisa jak wygląda mój tyłek w ciuchach, to ona się piekli i denerwuje przez co często mam migrene i dla świętego spokoju zerkam tam gdzie ona chce. Nie zawszę. Prędzej żadziej niż cześciej ale nie nigdy.
 - Znam, ale jak już mówiłem żadnej męskiej.
 - Chodzą te twoje znajome Omegi w jakiś luźnych, ciepłych bluzach czy swetrach?- Zapytałem. Spojrzał na mnie jak na upośledzonego umysłowo.- Nie ciągle. Tylko tak sporadycznie kilka dni i znowu wracają do swojego perfekcyjnego wyglądu, który ma na celu wepchnięcie się do łóżka jakiejś biednej Alfie, która nie będzie mogła się powstrzymać i ją przeleci. Ah te biedne Alfy co one z nami mają.- Dodałem sarkastycznie. Warknął ostrzegawczo odwieszając jakąś bluzkę na miejsce. Odsunąłem się delikatnie. Kilka osób zapatrzyło się na nas.
 - Noooo, znam.... - Nic więcej nie powiedział. Chyba się obraził, ze to co przed chwilą powiedziałem. Oceniając tak wszystkie Alfy oceniłem tak też jego. A wiem, że on i Aleta szukają swoich przeznaczonych i starają się z całych sił nie skrzywdzić żadnej Omegi oraz nie ruszają ich. Nie chodzą, ani nie spotykają się z nikim.
 - Są wtedy po rui. Przez kilka dni po niej jest nam zimni. Ogrzewamy się ciuchami. Ucz się takich rzeczy. Tego w szkole ci nie powiedzą, a mogą ci ułatwić życie z twoją przeznaczoną lub przeznaczonym. O ile to będzie Omega.- Podrapałem się po skroni.- No więc... tego... no to tu- wskazałem na bluzę- jest idealne.- Dodałem. Drgnąłem, kiedy złapał za dolny róg bluzy i pomacał go.
 - Ciepłe. Idealne.- Dodał i cofnął się kilka kroków.- Jeszcze coś ci się podoba?
 - Nie. Tylko to.- Powiedziałem zamykając się w przymierzalni. Po chwili stałem koło niego z jedną z czterech bluz, które mi wybrał. Wyciągnął rękę po pozostaałe trzy. Już się przyzwyczaiłem, że ten chłopak jest po prostu tak wychowany. Byłem pewien, że chce je odwiesić na miejsce. Jakie wielkie było moje zaskoczenie, kiedy ruszył z nimi do kasy. Stałem oniemiały na środku sklepu nie mogąc ogarnąć co on właśnie wyprawiał.
 - Idziesz?
 - Po co kupiłeś wszystkie cztery?- Zapytałem piskliwie. Przecież za tą kase jaką on na to wydał śmiało mógłbym kupić nowy telefon!
 - Mówisz, że chcesz jeszcze cztery? Spoko.- Nim zdążył chociaż drgnąć wypchnałem go ze sklepu. Śmiał się głosno.
 - Serio jesteś Głupi Dupek.- Warknąłem. Zaśmiał się jeszcze głośniej. Prychnąłem pod nosem. Ja go obrażam a ten się cieszy jak szczebraty na widok suchara. Musze się zapytać ciotki czy jej dzieci byly badane pscyhiatrycznie. Jak nie to może pora w końcu o tym pomyśleć.
 - Idziemy.
 - Gdzie?- Już się bałem co on takiego wymyślił.
 - Na lody.- Odparł. Rozejrzałem się. Byliśmy sami. Chciałem mu zabrać torby z zakupami, ale tylko na mnie spojrzał i prychnął jak obrażony kot. Wychowana Alfa. Zapomniałem.
 - Gdzie reszta?
 - Doszły do wniosku, że zabranie cię tak szybko do kosmetyczki to przesada. Mamy się szwendać po centrum, aż nie skończą.
 - Do kosmetyczki?
 - One jako kobiety o siebie dbają, a ty jako Omega....
 - Nie spuszczam się nad swoim wyglądem, jak z resztą widać.
 - Dwa duże lody z posypka i sosem owocowym.- Powiedzial stojąc w kawiarni. Stałem koło niego. Rozejrzał się po wnętrzu kawiarni jakby czegoś szukał po czym wzruszył ramionami i spojrzał znowu na osobę przyjmującą zamówienie.- I bez dbania o siebie jesteś ładny.- Dodał od niechcenia. Zachwiałem się mało co nie wgniatając go w ekspedietnkę, która zachichotała na widok mojej twarzy. Mogłem się założyć, że była czerwona. Było mi gorąco więc musiała być czerwona (moja twarz! Nie ekspedientka).
 - Zdurniałeś do reszty.- Powiedziałem speszony. Zaśmiał się tylko i wziął w ręce dwa ogromne puchary z lodami. Ruszyłem za nim dotykając ukradkiem swoich policzków. Były gorace. Głupek!
 - Siadaj. Jedz. Nie marudź.- Trzy polecenia. Miałem ochotę pokazać mu język, ale i tak nie zobaczyłby go przez moją maskę. Zmarszczyłem nos co poskutkowało zmarszczeniem czoła oraz przymrużeniem oczu. Spojrzał na mnie i wiedział o co mi chodzi. Pokazał palcem na miejsce naprzeciwko siebie. Wypuszczając teatralnie powietrze z płuc usiadłem naprzeciwko niego i ściągając maseczkę odłożyłem ją obok prawej ręki. Lano podsunał mi pod nos jeden z pucharków z lodami i zabrał się za pałaszowanie swojego. Postanowiłem do niego dołączyć. Słodko-kwaśny smak rozlał się po moim języku, kiedy tylko spróbowałem pierwszej porcji lodów.
 Kiedy zostało mi tylko kilka łyżeczek do końca (całe lody zjedliśmy w ciszy) Lano rzucił mi na głowę swoją bluzę. Spojrzałem na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi. Nie patrzył na mnie. Siedział napięty. Zaciskał dłonie w pięści. Jego oczy przybraly delikatny odcień czerwieni. Jego Alfa czaiła się tuż pod powierzchnią. Przełknąłem głośno ślinę. Co go zdenerwowało?
 - Ubierz.- Byl zdenerwowany. Jego głos mnie w tym jeszcze bardziej utwierdził. Postanowiłem się tym za bardzo nie interesować. Jeżeli do tej pory nie rzucił się na mnie z pazurami to oznaka, że nie ja go zdenerwowałem więc nic mi nie będzie. Wzruszając delikatnie ramionami naciągnąłem na siebie jego bluzę zostawiając kaptur na głowie (kiedy chciałem go ściągnąć warknął cicho. Wiedziałem, że to do mnie). Podciągnąłem delikatnie za długie rękawy i sięgnąlem po łyżeczkę aby skończyć swoje lody.
 - Kogo ja tu widzę?- Usłyszałem nieprzyjemny głos za sobą. Odwróciłem się delikatnie w stronę tego głosu. Za mną stało czterech chłopaków ubranych w czarne znoszone ciuchy, ciężkie buty. Cała czwórka z mniejszą lub większa ilością włosów na głowie. Alfy! Byłem otoczony Alfami! Cicho przełknąłem ostatnią łyżeczkę lodów i spojrzałem na swojego kuzyna. Drgnąłem. Patrzył na mnie. Kiedy zorientował się że zerkam w jego stronę przeniósł chłodne spojrzenie na nieznanych mi przybyszy.
 Wiedziałem, że moje feromony podskoczą gwałtownie w górę. Cztery nieznane Alfy to dużo. Lano ponownie na mnie spojrzał. Wyczuł moj zapach. Teraz już wiem po co dał mi swoją bluzę. Ale nieoznaczona Omega nie da rady idealnie ukryć swojego zapachu. Jak nic czuć mnie już w całym centrum.
 - Kogoś kogo uwagi nie jesteś wart.- Odparł mój kuzyn cedząc te słowa przez zaciśnięte zęby.
 - Wyrwałeś sobie Omegę Enlano?- Zapytał ten sam chłopak co wcześniej. Okazało się, że to ten całkowicie pozbawiony włosów. Najbrzydszy i największy z nich wszystkich.
 - Wyrwać to ty możesz za chwilę w dziób jeżeli stąd nie pójdziesz.
 - Powiedziałem ci ostatnio co się spotka po tym co zrobileś?- Zapytał i usiadł obok mnie. Lano zaczał warczeć wypuszczając z siebie ostrzegawcze feromony. Spiąłem się cały. Ten chłopak wcale, a to wcale mi się nie podoba. Tym bardziej, że znana mi Alfa zaczeła przy nim zachowywać się jak przy wrogu.
 - Ja chyba też się jasno wyraziłem. Spieprzaj stąd.- Warknął moj kuzyn. Miał całkowicie czerwone oczy. Nie rozumiałem o co im chodziło. Chciałem już iść do domu. Z dala od miejsca przepełnionego warczącymi na siebie Alfami.
 - Może twoja Omega za to zapłaci?- Zapytał obejmując mnie ramieniem w talii. Zrobiłem to przypadkowo! Serio!
 Szarpnąłem swoim ciałem do przodu machając gwałtownie rękę do tyłu. Uderzyłem łokciem w coś twardego. Wiedziałem o co. Obca Alfa warknęła zdenerwowana i wyskoczyła do mnie z łapami. Jezu! Już po mnie!
 Jej ręka zatrzymała się przed moją twarzą. Myślałem, że to Lano go powstrzymał, ale kiedy zauważyłem jego obie ręce zgniatające kant stołu zrozumiałem, że to nie on.
 Odwróciłem powoli głowę w stronę zamieszania, aby zobaczyć kto interweniował. Pracownik kawiarni. Barista. Nie widziałem go przy składaniu zamówienia. Pewnie był na przerwie. Koleś miał ponad dwa metry wzrostu i szerokie bary. Białe włosy zgolone po bokach postawione delikatnie do góry na żel albo inne ustrojstwo które utrzyma je w pionie. Zielone oczy okalane gęstymi rzęsami. Cienkie, nastroszone brwii. Duże usta. Na nosie delikatna blizna. Mocny piżmowy zapach.
 Alfa....
 Kolejna!
 Kolejna Obca Alfa spojrzała w moim kierunku tylko przez chwilę. W tym krótkim momencie jej oczy stały się wściekle czerwone, a z gardła wydobył się głośny warkot, na dźwięk którego nie tylko ja podskoczyłem.
 Wystarczyła chwila, aby moim ciałem zawładnął silny ogień. Zrobiło mi się gorąco i słabo jednocześnie. Dolne partie brzucha zaatakował silny ból zginający mnie w pół. Zakryłem usta, aby nie jęknąć z rozpaczy na środku kawiarni. I tak już większego wstydu sobie nie mogłem narobić.
 W kawiarni otoczony Alfami dostałem gwałtownej gorączki. Zaczeła się moja ruja.
 Pierwszy raz od kiedy dostałem ją po raz pierwszy usłyszałem w głowie piszczący głosik, który radował się jak opętany.
 To nasza Alfa! Nasz przeznaczony! W końcu go znaleźliśmy.
***
 Od tamtego wydarzenia minęły dwa tygodnie. To bez wątpienia była moja najgorsza ruja. Skończyła się raptem dwa dni temu. Ciotka nie pozwoliła mi wrócić do szkoły. Mam do niej pójść dopiero za tydzień. Muszę nadrobić całe zaległości. Wiedziałem, że Lano uzupełniał za mnie zaszyty na tyle na ile pozwalał mu na to czas.
 Musiałem się ogarnąć.
 Pozbierać myśli.
 Odzyskać szacunek go samego siebie. Nie mogłem uwierzyć, że dostałem rui na środku kawiarni otoczony Alfami, tylko dlatego, że mojej wewnętrznej Omedze coś się uroiło o jakimś pierdolonym przeznaczonym oraz coś tam chrzaniła, że obca Alfa jest nasza Alfą.
 Wtulony w ramię kuzyna błagałem go płaczliwie, aby zabrał mnie do domu. Sprawiało mi to fizyczny i psychiczny ból. Nie wiedziałem czy mi pomoże czy mnie zostawi, albo zabawi się mną razem z resztą. Po tym jak wytłumaczył coś wielkiej warczącej Alfie wyniósł mnie z kawiarni. Ciotki z kuzynką już do nas biegły. Zabrali mnie do domu. Ukryli w pokoju. Podali supresanty, które nie zadziałały. Wniosek był jeden. Pojawił się Alfa, którego pragnęło moje ciało.
 Wybije to wszystkim z głowy. Nie będę niczyją własnością! Nie ma szans! Żadna Alfa mnie nie zdominuje! Nie dam się ugryźć!
***
 Od powrotu do szkoły minęły już trzy miesiące. I trzy ruje. Mój organizm oraz wewnętrzna Omega pragnęły połączenia z Alfą, dlatego tak świrowały i zwiększyła się ilość oraz częstotliwość moich gorączek. Ciało i Omega wariowały nie słuchając rozumu i serca za każdym razem, kiedy widziały przeklętą Alfę. A widziały często.
 Okazało się, że ten wielkolud chodzi ze mną do klasy. Przyjaźni się z Lano i to on dostał paralizatorem w tyłek od mojego kuzyna.
 Pablo Marimo!
 Najlepszy przyjaciel mojego kuzyna jak już wspomniałem. Druga Alfa w jego rodzinie. Podobno wszyscy pozostali to Omegi (całkowito przeciwieństwo mojej rodziny). Chłopak przywykł do Omeg, ich zapachu oraz zachowania.
 Może o nie dbać, troszczyć się i chronić co z resztą robi, ale jak to powiedział Lano jego kolega nigdy nie zwiąże się z żadną Omegą. Bo nie ma zamiaru męczyć się z Omegami do końca życia.
 Ja Omega nienawidząca Alf.
 On Alfa nienawidzący Omegi.
 Matka fortuna zimna suka z wisielczym humorem postanowiła nas ze sobą połączyć! Jakbyśmy bez tego nie mieli trudnego życia
***
 W szkole rozniosło się to co mnie spotkało dwa lata temu. Nie wiem kto i skąd się o tym dowiedział, ale kategorycznie nie miał prawa komukolwiek o tym mówić.
 Informacja ta dotarła również do domu. Wcześniej myślano, że blizny na mojej twarzy to wynik jakiejś bójki, gdzie postawiłem się jakiejś Alfie i nie zdążyłem uciec. Nic bardziej mylnego.
 Blizny owszem są oznaką buntu i bronienia swoich racji, ale chyba każdy by się zbuntował i zaczął bronić.
 Bo skoro i tak pobity nie miałem szans się obronić i zostałem zgwałcony w dzień swojej pierwszej rui tak nie miałem zamiaru słuchać rozkazu Alfy, kiedy chciała dostępu do mojej szyi. Zażądała zdjęcia obroży. Nie zgodziłem się. Postawiłem się. A owa Alfa w złości mnie oszpeciła.
 Oczywiście ciotka, która się mną wtedy opiekowała nie pozwoliła tego zgłosić na policję i jeszcze powiedziała, że się o to prosiłem. Bo gdybym nie był głupią, słabą Omegą to przecież nic takiego by się nie stało.
 Wiec jakim cudem będąc na drugim końcu kraju od tamtego miejsca, ktoś się o tym dowiedział i rozpowiedział to w mojej nowej szkole?
 Ciotka serio myślała, że to głupie plotki. Musiałem jej powiedzieć, że to najgorsza prawda. Bolesna ale prawdziwa i jedyna. Słowa długo nie chciały przejść mi przez gardło, ale w końcu mi się to udało.
 Po tym ciotka zniknęła z domu na tydzień, a ja nadal byłem narażony na szydercze komentarze uczniów na mój temat. Że niby związałem się z jakąś cudowną Alfą, ale że byłem puszczalski to mnie ukarał. W końcu żadna Alfa nie będzie chciała się związać z puszczalską Omegą. Uratował innych.
 Słuchałem takich jak i wiele innych dziwnych historii.
 Nawet nie chciało mi się tłumaczyć. Bo po co? Jak i tak dla wszystkich to ja będę tym winnym. A skoro jestem winny to serio musiałem się dopuścić wszystkich złych czynów o które jestem oskarżany i przez które w przeszłości zostałem ukarany. Istna kpina!
 Sprawiedliwość ludzi, społeczeństwa i otoczenia!
 Obiecałem sobie, że dorwę tego dupka, który to powiedział i wtedy go zabije.
 No właśnie....
 Co do Dupka....
 Gdzie jest MÓJ DUPEK IDIOTA?!
 Rozejrzałem się po dziedzińcu szkoły próbując go znaleźć. Nie widziałem go w tłumie ludzi, ale za to ktoś dojrzał mnie. Ja niestety się spóźniałem. Przede mną stała Alfa z kawiarni, którą strzeliłem w nos.
 Alfa z mojej klasy aby było zabawniej.
 Gościu nazywał się Ispep.
 Nie wiem co Ci rodzice mają z tymi głupimi imionami? Musze sprawdzić czy w momencie, kiedy mój rocznik przychodził na świat państwo nie dawało jakiejś nagrody dla tych rodziców, którzy w najbardziej debilny sposób nazwą swoje dzieci. Tak musiało być, ale chyba żadne się do tego nie przyzna.
 Dziwni jacyś.
 No ale tak zapomniałem, że przede mną stoi wielka i szanowna Alfa, dlatego nie powinienem go ignorować co miałem z początku zamiar robić do przyjścia Dupka Idioty, ale wole jednak mieć tą Alfę na oku.
 Spojrzałem na niego jak na przedstawiciela gorszego gatunku.
 - Czekasz na kolejnego klienta, Omego?- Zapytał drwiąco.
 - Całe szczęście to nie taka nic nie warta Alfa jak ty.- Prychnąłem. Rozejrzałem się dyskretnie dookoła, ale nigdzie nie widziałem mojego kuzyna. Ten też zarobi kopa za spóźnianie się na umówione wcześniej miejsce i czas.
 Serio go kopnę!
 Mówił, że bez niego mam się nie ruszać ze szkoły. Musiałem czekać dodatkową godzinę, aż skończą się jego zajęcia dla Alf, a on ma jeszcze czelność się spóźniać. Od dzwonka minęło AŻ pięć minut. A on się spóźnia.
 Ten to ma tupet.
 - Suko powinnaś jeszcze dopłacić, aby móc być dotkniętym przez kogoś tak cudownego jak ja.- syknął mi prosto w twarz. Odsunąłem się na bezpieczną odległość.
 - Po pierwsze to się odsuń. Po drugie kijem bym cię nie dotknął. Po trzecie umyj zęby w końcu bo...- syknąłem łapiąc się za pulsujący tępym bólem policzek, który ten dupek miał czelność uderzyć. Nie byłbym sobą gdybym mu nie oddał. Mając w oczach łzy bólu skoczyłem mu do gardła (dosłownie), oplatając go nogami w pasie, zacisnąłem mocno ręce na jego włosach. Odchyliłem mu z całych sił głowę w bok i wgryzłem się w nią (szyję) mocno.
 Ten krzyknął z bólu i próbował mnie zrzucić, ale przyczepiłem się do niego jeszcze mocniej, ściskając zęby tak, że bolała szczęka. Poczułem ból w okolicy żeber, kiedy ten burak mnie walnął. Serio miał tupet, aby walnąć mnie z pięści. Kiedy miałem zamiar przenieść się z zębami na jego twarz zostałem ściągnięty z niego i zawisłem nogami nad ziemią chociaż czułem ramiona oplatające mnie w tali. Ramiona, które unosiły mnie nad ziemią.
 Zamachałem nogami próbując sięgnąć tego łysego śmiecia.
 - ZABIJE CIĘ!- Krzyknąłem próbując się uwolnić
 - ZAMKNIJ RYJ OMEGO!- Łysy użył na mnie głosu Alfy. Zrobiło mi się niedobrze. Pokręciłem przecząco głową po czym spojrzałem na niego z istną furią w oczach.
 - No i teraz jesteś trupem śmieciu! Żadna Alfa nie będzie mi rozkazywać! Żadna Alfa nie będzie mnie dotykać! I na pewno żadna pierdolona Alfa nie będzie mnie gryźć. Ja gryzę!- Rzucałem się jak przysłowiowa pchła na grzebieniu. Komicznie to musiało wyglądać, kiedy byłem przytrzymywany przez obcą Alfę.
 TO NIE JEST OBCA ALFA!

 Znowu ten irytujący głos. O co mu znowu chodziło?

 NIE CZUJESZ? TO PRZECIEŻ NASZA ALFA. TRZYMA NAS W RAMIONACH. NASZA ALFA NAS BRONI! ONA NAS CHCE!

 Pojebało Cię kretynko do reszty. Dotyka nas mimo tego, że się na to nie zgadzamy. Broni tego idiotę przed nami, a to różnica. Weź się ogarnij.
 Nie chcemy jej!

 CHCEMY!

 Nie, nie chcemy!

 MYLISZ SIĘ! CHCEMY!

 Nie chcemy i nie potrzebujemy.

 - Nore uspokój się.- A któż to wyrósł przed moimi oczyma? Mój spóźnialski, pożal się Boże kuzyn....
 - Podjedź.- Poprosiłem cicho. Zrobił tak stając przede mną. Będąc ciągle przytrzymywanym w taki sposób przez tego wielkoluda wykręciłem biodra i zasadziłem kuzynowi mocnego kopa w lewy pośladek.
 - Za co?- Pisnął i odskoczył łapiąc się za bolące miejsce.
 - Za co?! Za co?! Gdybyś się nie spóźnił nie musiałbym się użerać z tym bezmózgiem! Już więcej nie będę na ciebie czekać. Pablo puść mnie.- Zażądałem. Jego uścisk nie zelżał. Jego ręce wręcz przeciwnie mocniej owinęły się dookoła mnie. Zbliżył się jeszcze bardziej przywierając do mnie torsem.
 - Nie.- Powiedział chłopak przez zaciśnięte zęby.
 - Co? Co ty chrzanisz. Masz mnie puścić!
 - NIE.- Stanowczy głos. Nie głos Alfy, ale jednak stanowczy.
 - Słuchaj no...
 - Nore poczekaj chwilę. Daj mu się uspokoić.- Wyjaśnił mój kuzyn. Spojrzałem na niego czując oddech Pablo na mojej szyi.- Pozwól mu zapanować nad Alfą, bo jak nie to rozerwie gardło tego idioty, a ciebie weźmie tu przy wszystkich i oznaczy jako swojego, aby nikt więcej Cię już nie ruszał. Więc daj mu się uspokoić. Dobra?- Zapytał błagalnie pozbywając się Ispepa. Odczekałem chwilę. Nie chciałem być tutaj wzięty, ani oznaczony więc postanowiłem poczekać.
 - Możesz mnie chociaż postawić?- Zapytałem cicho wiedząc, że Pablo mnie usłyszy.- Wyglądam jak dziecko.- Dodałem. Przez chwilę nic się nie działo po czym moje stopy dotknęły chodnika, a ja poczułem na sobie ciężar jego ciała.
 Zagapiłem się na mojego kuzyna, który właśnie klikał nam zdjęcia.
 Jak nic pozbędę się tego aparatu!
 I telefonu!
 I jego też!
 Bezwiednie położyłem swoją dłoń na przedramieniu Alfy-przylepy i głaskałem ją po niej próbując chociaż trochę przyspieszyć proces jego uspokajania. Zajęło to wieczność, ale w końcu się wyprostował. Wziął kilka głębokich oddechów i z głośnym wydechem opuścił ramiona robiąc krok w tył. Mogłem się odwrócić. Spojrzałem na niego. Nadal miał lekko czerwone oczy.
 - Sorry.- Mruknął zmieszany.
 - Uspokoiłeś się?- Zapytałem cicho. Po co? Nie miałem pojęcia.
 - Powiedzmy. Czego chciał ten dupek?- Miałem wrażenie, że w jego pytaniu kryło się drugie dno. Spojrzałem na niego.
 - Pytał się o moich klientów i cennik.- Odparłem wzruszając obojętnie ramionami. Usłyszałem jak z ust obu Alf wydobywa się głośne warczenie. Odsunąłem się profilaktycznie w tył. W końcu Alfy są nieprzewidywalne. Lepiej dmuchać na zimne. I nie wchodzić im w drogę kiedy mają zamiar sobie bezsensownie powarczeć.

*************************************************
Ok to tyle na dzisiaj.
Za tydzień wstawie ostatni rozdział. Nie wiem kiedy znowu coś napisze i dodam. Ale będziecie pierwsi, którzy się o tym dowiedzą:)
Pozdrawiam:)
Gizi03031

niedziela, 23 lutego 2020

ODI ET AMO rozdział 2

ok. bez zbędnego przeciągania zapraszam do kolejnego rozdziału.

*******************************************************************
Kuchnia w której własnie się znajdowałem była ogromna, przestronna i bardzo jasna. Czarne kafelki na ścianach rozjaśniono białymi kafelkami na podłodze oraz całkowicie białymi meblami. Wielkie okna z firankami. Na parapetach pełno kwiatków. Wielki stół przy którym śmiało mogłoby siedzieć z dziesięć osób. Czysto. Schludnie.
 Ale nie widok kuchni i jej aranżacja wprawiła mnie w stan w jakim się aktualnie znajdowałem i niewątpliwie będę się znajdował jeszcze dłuższy czas.
 Stałem w kuchni i gapiłem się na nią (nie kuchnie, ale Nove tak na marginesie dodam) oniemiały. Ale to co widziałem uwietrdziło mnie w tym, że ta kobieta była całkowicie poważna. Stała i jakby nigdy nic pokazywała mi zawartość szafki znajdującej się nad lodówką. Były tam różego rodzaju supresanty na ruje dla Omegi. Ich zamienniki jeżeli te się skończą. Blokady zapachu. Leki oraz herbatki znieczulające. Maści rozluźniające. Leki uspokajające. Witaminy. Były nawet tabletki "PO".
 Cała szafka moja.
 Serio. Na szafce była naklejona mała karteczka z moim imieniem i nazwiskiem. Aby czasami ktoś się nie pomylił i wiedział, że to tutaj znajduje się to co może mi pomóc oraz uchroni mnie przed niechcianymi skótkami jakie niewątpliwie wywołuje moja druga natura.
 - Przesadziliśmy?- Zapytala przestraszona. Pokiwałem przecząco głową. Zwariowała. Taką ilość leków widziałem tylko w aptece. I to raz jak po nie poszedłem. Później już inni mi je kupowali i dawkowali wedle swojego uznania oraz zapotrzebowania na "marnowanie budżetu domowego".
 - Nie. Po prostu wczesniej dostawałem leki, które dobrze dawkowane powinny wystarczyć na tydzień.
 - To dobrze.- Powiedział uradowana zamykając szafkę, w której zawartość chwile wcześniej sie wpatrywaliśmy.
 - Taaaa... Szkoda, że musiały mi starczyć na miesiąc.
 - CO?!- Krzyknęła używając głosu Alfy. Skrzywiłem się czując jego moc.- Wybacz.- Dodała pospiesznie widząc moją twarz.
 - Nic się nie stało.- Próbowałem to zbagatelizować chociaż muszę przyznać, że słuchaanie tego konkternego rodzaju głosu sprawia mi lekki ból i dyskomfort.
 - Ależ....
 - Ekhem.- Podskoczyłem, kiedy usłyszałem za sobą swojego kuzyna. Odwróciłem się nieprzyzwyczajony do tego, że jakaś Alfa stoi za moimi plecami. Wolałem ogarniać wzrokiem i jego i ją. Stał tam i trzymał w ręku jakiś słoik. Jego matka wyciągnęła z kieszeni banknot o dość wysokim nominale i wrzuciła go do naczynia.
 Okeyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy?
 Dziwne!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
 - Masz.- Lano rzucił mi słoik. W ostatniej chwili go złapałem. Musiałem mu w przyszłości powiedzieć, że omegi z naruty mają problemy z koordynacją ruchową i mylą im się kierunki, więc nie powinien mi niczego podawać w taki sposób. No chyba, że chce to bezpowrotnie stracić. To, że złapałem ten słoik było czystym przypadkiem. Niczym więcej. Tak w ogóle po co on mi go podał. I to z jakimiś pieniędzmi w środku. Mam mu to potrzymać, przechować czy co? Bo nic nie powiedział tylko odwrócił się w stronę drzwi jakby chciał się ewakuować.
 - Co to?
 - Dowiesz się w salonnie.- Powiedział i otworzył drzwi, aby nas przepuścić. Męska Alfa. Wychowana. Na jak długo? Pewnie do mojej pierwszej rui w tym domu. Wszystko co próbują tutaj teraz odgrywać skonczy się kiedy dostanę pierwszej rui. Zawsze tak było. Nie widze powodu aby teraz miało być innaczej.
 Poszedłem więc za Novą do salonu. Usiadłem na wcześniej wskazanym miejscu. Nie było czasu na rozglądanie się po pomieszczeniu. Będę to później musiał na spokojnie ogarnąć jak już zostane sam i nikt mi nie bedzie nad uchem jęczał oraz nie będzie obserwował każdego mojego najdrobniejszego ruchu.
 To serio krępuje i odbiera cżłowiekowi ochotę na rozglądanie się dookoła. Chyba zapomnieli, że powinienem zapoznać się z terenem aby czuć się na nim w miarę bezpiecznie. A otoczony czterema Alfami na całkowicie nieznanym mi terenie wcale, a to wcale nie czułem się bezpiecznie.
 - Ok. Więc tak jak już zauważyłeś w naszym domu do tej pory żyły same Alfy. Nova pewnie pokazała ci już szafkę. Ustaliliśmy kilka zasad, które ułatwią nam wspólne żucie i nie sprawią Ci krzywdy.- Zaczeła ciotka Lina.
 - Rozumiem.- Odparłem starając się zabrzmieć obojętnie chociaż tak naprawdę nic nie rozumiałem i nic nie wiedziałem. W środku mnie nosiło. Jakie zasady?!
 - W całym domu, a najwięcej w twoim pokoju porozmieszczaliśmy supresanty w zastrzykach, które działają natychmiastowo. Do tego każdy w tym domu będzie zawsze miał przy sobie dwa, trzy zastrzyki , aby podać ci je w razie jakiejś wpadki. Ty również dostaniesz swoje. Ta dwójka- tu wskazała na swoje dzieci- może przebywać u ciebie w pokoju, tylko wtedy, kiedy drzwi od niego są ciągle otwarte. Twój pokój znajduje się na samej górze. W trakcie twojej rui tylko ja i Nova możemy do niego wchodzić.
 - Dlaczego?- Zapytałem. Dziwne te zasady. Przecież jak dostaje rui chowam się w swoim tymczasowym lokum i barykaduje drzwi komodą. Tak było wszedzie gdzie do tej pory mieszkałem. Dlaczego teraz ma być innaczej? I dlaczego mam pozwolić wejśc im do mojego pokoju w te szczególnie cięzkie i krępujące dni?
 - Bo jako przeznaczone sobie i sparowane ze sobą osoby jesteśmy odporne na twój zapach. Nie rusza nas on. Więc nic Ci nie zrobimy. Ale nie martw się już od jakiegoś miesiąca w naszej diecie są zioła, które delikatnie uodparniają nasze ciała na twój zapach. Lano razem z kolegami zrobili ci mały prezent mając z tego niezłą frajdę.
 - Do czasu, aż Pablo ten idiota mnie nie trafił.- Prychnął Lano. Ok. Nie rozumiem. I w tej kwestii nie mam zamiaru się kryć.
 - Nie rozumiem.- Czy tylko ja wyglądałam i czułem się jak idiota czy to jednak moja wyobraźnia postanowiła spłatac mi figla?
 - Lano razem z trzema kolegami kupili Ci różne paralizatory oraz gaz pieprzowy, które wypróbowali na sobie patrząc jaką mają siłę i czy działają. Z racji tego, że Pablo najlepszy przyjaciel mojego niewdzięcznego pierworodnego jest większy i lepiej zbudowany niż oni wszyscy razem wzięci to strzelali do niego, aby jak to powiedzieli sprawdzić zakup na bardziej niebezpiecznej Alfie. Lano trafił go w tyłek paralizatorem. Ten się zemścił i....
 - Dobra nie kończ. Ważen, że ten idiota mnie trafił.
 - Po co to wszystko?- Wtrąciłem swoje pytanie widząc, że ciotka już otwiera usta, aby dopiec swojemu synowi.
 - Abyś był bezpieczny.- Odezwała się Eta. Przekrzywiłem głowę w bok.- Zdejmiesz maskę?- Zapytała. Drgnąłem i znieruchomiałem na kilka sekund po czym powoli zsunąłem z twarzy osłonę. W wardze z lewej strony miałem kolczyka. Prawy policzek, kącik warg oraz broda z tej samej strony zostały przozdobione bliznami zadanymi pazurami Alfy. Dziewczyna pokazała palcem na moją twarz.- Żeby nikt więcej nie zostawił Ci takich ran oraz Cię nie skrzywdził.
 - Zasłyużyłem.- Powiedziałem to co każdy od samego poczatku mi powtarzał w związku z moimi bliznami. Od kiedy je zarobiłem ciągle słyszałem to samo. Że zasłużyłem. W końcu gdybym nie zrobił nic złego to nikt by mi nie zostawił tego na twarzy. Kara była sprawiedliwa.
 Według wszystkich dookoła. Nie dla mnie, żeby nie było. Ja się wcale z tym nie zgadzałem i uważałem, że nikt nie miał prawa mi tego zrobić. Ale cóż. Witami w spierdolonym społeczeństwie w jakim przyszło mi żyć.
 - NIE PIERDOL.- Warknął Lano po czym cmoknął językiem i wcisnął do słoika, z którym tutaj przyszedłem banknot kasy.
 - Co to?- Pokazałem palcem na słoik.
 - Każdy, kto w tym domu lub w naszej obecności użyje na tobie głosu Alfy będzie za to płacił karę. Nikt nie ma prawa tak do ciebie mówić.
 - Będę dostawał kasę, za to, że Alfa użyje swojego głosu?- Zapytałem zaskoczony. Cała czwórka pokiwała głowami. Oparłem cięzko plecy o oparcie kanapy gapiąc się na nich jakby mi tutaj siedzieli bez ubrań i usmiechali się niczym niezrównoważone umysłowo osoby, które są pewne tego iż mają na sobie pełne umundurowanie czy jakoś tak.
 - Mam pytanie!- Krzyknęła najmłodsza z naszego grona, kiedy zrezygnowany pokręciłem przecząco głową postanawiając odpuścić sobie jak na razie temat słoika i opłaty jaka była w nim umieszczana. Spojrzałem na kuzynkę. Nie wiedziałem czego chce, ale widząc po minach innych doszedłem do wniosku, że oni wiedzą o co jej chodzi.
 - Tak?- Niepewność w moim głosie była wręcz namacalna.
 - Moge cię wykorzystać?
 - Mogę ci jebnąć bez konsekfencji tego czynu?- Odbiłem chłodno piłeczkę patrząc na nią jak na skończonego śmiecia. A wiele razy słyszałem, że potrafiłem to robić po mistrzowsku. Nawet w stosunku do Alfy. Chociaż w moim przypadku nie powinno być "nawet" tylko "tym bardziej". Dziewczyna drgnęła - z resztą nie tylko ona- po czym uniosła ręcę w obronnym gęście.
 - Nie. Źle mnie zrozumiałeś. Chcę wykorzystać twój status Omegi.
 - Rozwiń myśl, bo nie rozumiem.
 - Mam dwie znajome, które są Omegami i jedną Bete, ale nie mogą tutaj przychodzić.
 - Dlaczego?
 - Bo to niebezpieczne. Ale jak ich rodzice się dowiedzą, że mieszka tu Omega pozwolą im chociaż w ogrodzie mnie odwiedzać.
 - Czy prawo się jakoś zmieniło?
 - Wiem o co ci chodzi. Powiedział drugi chłopak w tym towarzystwie. Spojrzałem na niego.- To nasza decyzja. Nie chcemy przez jakiś głupi błąd czegoś zrobić. Dlatego ich nie zapraszamy. Tym bardziej, że moi znajomi to same Alfy.
 - Mmmmmm.- Dlaczego mnie to nie zdziwoło? Jakoś tak... A w sumie co mi tam. Niech sobie trochę skorzysta na mojej obecności tutaj.
 - Jeżeli innym nie będzie to przeszkadzać to czemu nie.
 - Mamo?
 - Muszę to przemyśleć.- Odparła Lina.
 - Dlaczego tak wam zależy, aby nikogo nie skrzywdzić.- Zapytałem. Ponownie spojrzeli na mnie jak na idiotę. -Chcę po prostu zrozumieć wasze postępowanie. Alfy się tak nie zachowaują.
 - Jeżeli myślałeś, że to ty jesteś czarną owcą w rodzinie to się mylisz. Mój ojciec uznał nas za gorszych niż ciebie, twoja matkę i ojca. Od dzisięciu lat walczyliśmy z nim o ciebie i prawa do opieki. Dopiero teraz kiedy nie miał już wyjścia to na to przystał.
 - Ale przecież jesteście Alfami! Co mu nie pasowało?- Nie mogłem tego pojąć. Widziałem jak zerkają na Novę.
 - To z mojego powodu. W moim akcie urodzenia jest napisane, że moja matka Omega została zgwałcowna w trakcie rui przez kilka Alf. Ojciec nieznany. Oddano mnie do domu dziecka. Jestem niepewnym nasieniem.
 - W tym momencie dałaś mi kolejny powód, aby twierdzić, że nasza rodzinka jest pojebana.
 - Mówiłem, że się z nami dogada. Przestańcie w końcu bronić tego starucha.- Warkn,ął chłopak. Przyjrzałem się mu. Zerknął na mnie i uśmiechnął się do mnie delikatnie. Zagryzłem delikatnie wargę. Uśmiechająca się Alfa to takie dziwne zjawisko. Dziwne i jednocześnie niebezpieczne.
 - Znalazłeś już swojego przeznaczonego?- Zapytała kuzynka. Zakrztusiłem się własną śliną. Zadawa tak debilne pytanie i to publicznie i jakby nic więcej nie znaczyło. W ogóle jaki sens był w zadawaniu tego pytania. Jeżeli bym go znalazł i pozwolił a parowanie nie byłoby mnie tutaj teraz więc po co to drążyła.
 Zmarszczyłem delikatnie czoło próbując ogarnąć rozbiegane myśli i uspokoić się delikatnie.
 - Nie znalazłem. Nie szukałem. Nie szukam. Nie mam zamiaru się z nikim łączyć. A każdą Alfę, która ośmieli się mnie dotknąć zabiję. Wy jesteście na warunkowym. Nie ufam Alfą.- Syknąłem nie chcąc im mówić co tak naprawdę czuję do ich drugiej natury.
 Przeznaczony to ostatnia osoba jakiej teraz potrzebuje. I kategorycznie nie mam zamiaru go szukac, a tym bardziej się z nim związywać.
**********************************************************************
I jak wam się podobało? Co ogólnie myślicie o tym gatunku? Jak myślicie kim byście byli gdyby przyszło wam się urodzić w świecie takim w jakim żyje główny bohater? Bo ja jak nic byłabym mega wkurwiającą i agresywną Omegą xD
Pozdrawiam i życze miłej niedzieli:)
Gizi03031

niedziela, 16 lutego 2020

ODI ET AMO rozdział 1

Ok.
Dawno mnie tutaj nie było, oj dawno. Jeżeli data ostatniej notki nie kłamię to ostatnio ślad tutaj zostawiłam prawie rok temu (14.04.2019!!). Zmotywowana słowami młodszej siostry, że później od marca aż do września nie będę miała czasu przysiąść i czegoś skończyć usiadła dzisiaj na dupie i dokończyłam spisywać krótkie opowiadania, które napisałam siedząc w KFC na stacji PKP i napisałam z nudów czekając aż przyjedzie mój pociąg i zabierze mnie do domu. Kilka osób, które były na tyle odważne i zerknęły na to co tak namiętnie skrobałam w zeszytcie w trybie natychmiastowym zdecydowały zmienić miejsce spożywania posiłku, no ale ja im nie kazałam zaglądać do mojego zeszytu.
Za przepisywanie tego opowiadania wzięłam się już w październiku, ale ciągle coś się działo i tak trochę głupio się przyznać, że od października dopiero dzisiaj (dla was wczoraj) udało mi się to w końcu przepisać.
Mam w sumie na kompie jeszcze kilka prac nieskończonych ale nie wiem czy uda mi się je kiedyś skończyć czy jednak coś stworze.
Miałam ostatnio w swoim życiu wiele zawirowań i upadków. Nic mnie nie cieszyło, a nie chciałam odbierać sobie ostatnich namiastek radości jaką daje mi pisanie i odłożyłam pióro do szuflady nie chcąc znienawidzić tego co robię.
Nadal nie jest za ciekawie, ale jeżeli tego nie dodam teraz to będzie u mnie gnić na kompie przez następne pół roku a ja nie potrafię trzymać czegoś tak długo jak już mam coś stworzonego.
Jest to krótkie opowiadanie składające się z 4 rozdziałów, ale mam nadzieje, że chociaż trochę przypadnie wam do gustu.

*********************************************************************************

Świat, w którym przyszło mi żyć jest popieprzony. Dlaczego tak uważam? Ponieważ to prawda. Tak jest i już. I nie jest to tylko moje zdanie. Wiele osób uważa tak samo jak ja.
Ludzie posiadają dwie natury. Tą swoją zwykłą, widoczną gołym okiem, namacalną, człowieczą. Dzięki niej możemy zobaczyć jaką osobą jest dany człowiek, jak wygląda i jak się zachowuje. Dość często po samym wizualnym wyglądzie można stwierdzić co lubię a czego nie i jakie są jego zainteresowania.
Jest też druga natura. Ta bardziej prymitywna. Rządząca się własnymi prawami. Są trzy natury. Każdy człowiek już przy urodzeniu jest nią obdarzany, ale dowiaduje się o niej w wieku trzynastu lat. Dzieci do tego czasu żyją w błogiej nieświadomości nie rozumiejąc dlaczego poszczególni dorośli zachowują się tak a nie inaczej. Dzieci są czyste, są niewinne. Szanują wszystkich, bawią się ze wszystkimi, bronią swoich przyjaciół atakują wspólnych wrogów.
Wszystko się zmienia w pierwszej klasie gimnazjum. Kiedy przechodzą testy i badają im krew. Wtedy przyjaciel dość często staje się ich wrogiem albo ofiarą, a ich wrogowie najlepszymi kompanami.
Prymitywne części naszej natury to Alfa, Beta i Omega.
Każda z tych natur ma swoje własne indywidualne cechy, prawa oraz zadania w społeczeństwie. Na tej podstawie są szufladkowani i oceniani,
W takim świecie przyszło mi żyć.
To najgorszy scenariusz jaki życie postanowiło dla mnie napisać.
To czego nienawidzę najbardziej pod słońcem to Alfy. Idealne, cudowne, wychwalane przez wszystkich, władcze Alfy. Nienawidzę ich zapachu, ich głosu, dotyku oraz spojrzenia. Alfa to najgorsze co może cię spotkać w życiu. Nie masz szans z nimi wygrać. Nawet jeżeli to one dopuszczą się jakiejś zbrodni lub przewinienia- pamiętaj!- i tak wszystko będzie twoją winą.
 Przecież Alfa się nie myli. Alfa jest cudowny, Alfa może wszystko. Tak zdecydowało społeczeństwo więc tak jest.
 Nie zmienisz tego płaczem, krzykiem czy nawet groźbami. Zostaniesz wyśmiany i zmieszany z błotem.
 Alfa to ktoś kim chce być każdy, dlatego nienawidzę ich z całego mojego siedemnastoletniego serca. Nie zmieni tego fakt, że moja zmarła matka była Alfą, jej rodzice byli Alfami, jej siostra, żona oraz dwójka dzieci. Mimo tego, że większość mojej rodziny to Alfy nienawidzę tej drugiej natury człowieka.
 Ja wdałem się w mojego nieżyjącego ojca. Jestem Omegą. Drugą w naszej rodzinie i jedyną żyjącą Omegą. Moja mama zmarła przy porodzie. Ojciec dołączył do niej tydzień później. Nie że chciał. Omega umiera z tęsknoty za swoją Alfą oraz potomstwem.
 Kim jest Omega?
 Całkowitym przeciwieństwem Alfy. Słabym ogniwem zrodzonym tylko po to, aby sparować się z jakąś Alfą i dać jej masę potomstwa. Omega nie ma prawa głosu, nie może się sprzeciwiać. Jak ktoś ją skrzywdzi wina i tak idzie na nią. Bo się o to prosiła i od tego jest. Omega potrzebuje Alfy, aby przetrwać w tym świecie. Alfy, która oznaczy ją jako swoją i nie pozwoli jej skrzywdzić. To tak zwani przeznaczeni. Kiedy tylko się spotkają ich ciała będą pragnąć połączenia i dopełnienia więzi. Omega raz oznaczona należy tylko do swojej Alfy. Jej Alfa natomiast- no cóż. To już zależy od dobrej woli Alfy, przywiązania do Omegi oraz uczuć jakimi ją darzy. Może być wierną Alfą albo Alfą zwiększającą populację ludzką.
 Alfa się nie puszcza!
Ona powiększa liczebność idiotów na ziemi. To Omega się puszcza- również ta zgwałcona. Sama się w końcu o to prosiła.
 Omega to jedyny gatunek, który w przypadku i męskiej i damskiej płci może zajść w ciąże. W przypadku Alfy tylko żeńska przedstawicielka tej natury może mieć potomstwo. To samo tyczy się Bet. Biedaków, którzy są zmuszeni żyć pomiędzy Alfami i Omegami. Działa na nie moc Alfy oraz zapach Omeg, ale potrafią się oprzeć tym zjawiskom w obu przypadkach. Bety żyją normalnie, okazując czasami miłosierdzie Omegą i broniąc ich przed atakami obcych Alf.
 Ale to rzadkie przypadki.
 Ja Omega- Midori Innofre- od śmierci rodziców tułam się pomiędzy różnymi członkami ich rodziny nie zagrzewając nigdzie dłużej miejsca, trafiłem właśnie do wcześniej wspomnianej rodziny złożonej całkowicie z Alf. Moja ciotka Lina w sposób dość entuzjastyczny odebrała mnie z lotniska, na którym znalazłem się po tym jak kolejny wuj w rodzinie powiedział, że nie będzie się męczył z jakąś puszczalską Omegą. Musiałem jej delikatnie powiedzieć, że nie przywykłem do tego aby ktoś mnie na powitanie przytulał i całował w policzek. Zaznaczyłem również, że jako Omedze przeszkadza mi trochę takie zachowanie i to jeszcze reprezentowane przez Alfę. Zaśmiała się, przeprosiła, zrobiła krok w tył i powiedziała tylko "Przyzwyczaisz się" po czym pociągnęła mnie za sobą w stronę podziemnego parkingu znajdującego się na terenie tego ogromnego lotniska. Nienawidzę latać! Gdybym wiedział, że mieszkają tak blisko tego skurwiela, u jakiego było mi dane żyć przez ostatnie pół roku to bym tutaj przyjechał autobusem. Nie no serio mówię. Mam lęk wysokości, a ten dupek miał czelność mnie wsadzić na pokład samolotu, abym szybciej doleciał do ciotki i spotkał jak najmniejszą ilość Alf, które chciałbym zgwałcić. Tak dobrze słyszycie. Ja zgwałcił by JE, a nie one MNIE.
 Siedziałem w jej aucie po tym jak zapakowaliśmy cały mój majątek życiowy do bagażnika. Widziałem swoje odbicie w przedniej szybie auta. Nastroszone, krótkie, czarne włosy, turkusowe, wielkie oczy okalane długimi rzęsami. Pod maseczką, którą przeważnie noszą lekarze w trakcie jakiś zabiegów znajdował się zapewne nos i usta.
 Innofre, ale z ciebie żartowniś!
 Czułem na sobie spojrzenie ciotki, co powoli zaczęło mnie irytować. Wypuściłem głośno powietrze z płuc, nie chcą zirytować siedzącej obok Alfy. Nie wiedziałem jak reaguje na takie zachowania. Muszę być ostrożny.
 - Słucham.- Powiedziałem. Zamrugała kilka razy zaskoczona tym że się odezwałem i zatrzymała auto na czerwonym świetle.
 - Musimy zajechać do apteki?- Zapytała. Miała miły głos Delikatny i przyjemny dla ucha. Miał tylko jedną malutką tyci, tyci wadę. Należał do Alfy.
 - A powinniśmy?
 - Masz supresanty?- Zapytała ruszając z piskiem opon. Zakaszlałem zmieszany. Supresanty to leki blokujące moja ruję oraz zapach, który odbiera mi oraz Alfą dookoła zdrowy rozsądek. Ja- MOJA OMEGA!!!!- pragniemy zapłodnienia, Alfa chce nas zapłodnić.
 Walić to, że tak naprawdę tego nie chcę. Moje ciało w tym okresie nie słucha ani umysłu, ani serca. Trwało to od trzech do sześciu dni co dwa miesiące.
 Byłem zaskoczony, że moja ciotka- ALFA- zapytała o to tak bezpośrednio.
 - Mam. Steve wcisnął mi na drogę trzy opakowania, abym nie daj Bóg nie zachęcał jakiejś biednej Alfy w trakcie podróży, no i żebym trzymał dupę w ryzach jak on to lubił mówić.
 - Wujek Steve jak zawsze dziwny i pierdolnięty jednocześnie. Przekazał ci jeszcze jakieś ciekawe mądrości życiowe?
 - Nie grzeszył rozumem więc za bardzo go nie słuchałem.
 - Masz obroże? Wybacz, że pytam, ale moja żona i córka kupiły ci chyba ze sto różnych ciesząc się, że w końcu mogą to zrobić. A mówiąc sto serio mam na myśli taką liczbę. Masz na nie specjalną szafkę. Całą.- Powiedziała i zaśmiała się z mojej miny. Odgarnąłem delikatnie materiał arafatki zasłaniający moją szyję. Jej oczom ukazała się szeroka, skórzana obroża zasłaniająca dostęp do mojego karku.- Przygotowany jak widzę. Za chwilę będziemy na miejscu i tam omówimy pewne zasady i warunki jakie panują w domu. No i poznasz resztę rodziny.
 - Emmmm.... jak oni w ogóle mają na imię?- Podrapałem się zmieszany po szyi. Powinienem od razu o to zapytać, ale jakoś nie przyszło mi to do głowy. Bo i po co miałem się pytać o imiona osób, z którymi będę mieszkać. Przecież nikt normalny tak nie robi. Innofre jebnąłbyś się w końcu w łeb i ogarnął bardziej swoje życie. Ciotka zaśmiała się cicho.
 - Moja żona nazywa się Nova. Roztrzepana z niej kobieta. Młodsza córka ma piętnaście lat. Nazywa się Aleta, ale wszyscy mówimy na nią Etta. Syn starszy od ciebie o dziesięć miesięcy nazywa się Enlano, ale mówimy mu Lano. Moje dzieci nie lubią swoich imion. Nie wiem dlaczego, w końcu takie ładne im wybrałyśmy i natrudziłyśmy się z żoną aby były oryginalne i jedyne w swoim rodzaju.- Pokręciła przecząco głową wjeżdżając na osiedle domków jednorodzinnych.- No i będziesz z Lano chodził do jednej klasy. Młoda jest rok za wami, bo szybciej poszła do szkoły.
 - Zdolności Alfy.- Mruknąłem patrząc w boczną szybę. Nie chciałem aby widziała moją minę. Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że jej dzieci jeżeli by chciały to by były już na studiach, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiły. Ja ze względu na swoją drugą naturę nie pójdę na studia. Żadna normalna uczelnia mnie nie przyjmie. Musiałbym mieć zgodę mojego przeznaczonego oraz zaświadczenie z URUO (Urząd Rejestrujący Ugryzienia Omeg), że zostałem naznaczony i jestem w stałym związku z Alfą, która tego dokonał. A nie zdobędę ani tego zaświadczenia ani takiej zgody, ponieważ nie mam zamiaru nigdy w życiu łączyć się z żadną Alfa.
 - Nie przepadasz za Alfami.- Nie zapytała. Po prostu stwierdziła fakt.
 - Powiedzmy, że "nie przepadam", to lżejsza forma zwrotu określającego to co myślę na ten temat.
 - Mówisz, że nie chcę wiedzieć?
 - Nie chcesz.- Powiedziałem wypuszczając powietrze z płuc. Zatrzymaliśmy się przed wielkim, białym domkiem jednorodzinnym z dużym ogrodem i basenem. Zagapiłem się na moją ciotkę.
 - No co?- Zapytała czerwona na twarzy. Pokręciłem przecząco głową. Mieszka w pieprzonej willi i pyta się "co". Spojrzałem na schody od werandy, na których siedziały trzy osoby. Kobieta, dziewczyna i chłopak. Od razu było widać, że chłopak wdał się w rodzicielkę siedzącą ze mną w aucie. Był wysoki, barczysty, miał blond włosy, zielone oczy. Ubrany w rybaczki i koszulkę na ramiączkach. Japonki na nogach. Przytrzymywał dłońmi za głowy  skaczące w miejscu przedstawicielki płci przeciwnej. Niższą rudowłosą z niebieskimi oczyma ubraną w długą kwiecistą sukienkę i tą drugą odrobinę wyższą z dłuższymi rudymi włosami i....
 - Heterochronia?- Zapytałem zaskoczony. Czytałem o tym w książkach, ale nigdy tego nie widziałem.
 - Przeszkadza ci to?- Zapytała ciotka.
 - Jestem Omegą o turkusowych oczach.- Pokazałem na siebie palcem.- I nie jestem hipokrytą.
 - Rozumiem. Mówiłam im, aby poczekały w środku. Narwane wariatki moje.- Zaśmiała się i zaparkowała na podjeździe. Wziąłem kilka głębokich oddechów. W końcu poznawanie przez Omegę nowych Alf zawsze jest przeżyciem stresującym.
 - No dobra Nore. Ogarnij Downa. Nie pierwszy i nie ostatni raz przez to przechodzisz.- Mruknąłem do siebie na zachętę odpinając pasy pasażera.
 - Już moja w tym głowa, aby był to ostatni raz.
 - Do pierwszej rui.
 - OSTATNI.- Powiedziała z naciskiem zatrzaskując trochę za mocno swoje drzwi. Skrzywiłem się. Nie lubię głosu Alfy. Podrapałem się po policzku, aby ukryć swoje zdenerwowanie. Nie wiedziałem, gdzie podziać wzrok. Przecież nie mogłem teraz na nią spojrzeć.
 - Mamo! Nie używaj na nim tego głosu!- Warknęła na nią rudowłosa dziewczyna. Aleta.
 - A. Wybacz. Zapomniałam.- Zawołała do niej. Pochyliła się delikatnie w moją stronę, aby móc spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnęła się delikatnie.- Wybacz Nora. Musisz mi klika razy zwrócić uwagę, abym zapamiętała i tego nie robiła.
 - Co?- Zapytałem zbity z tropu. Nie rozumiałem jej postępowania.- Nie rozumiem.
 - Wiem, że na te dwa czarcie pomioty- tutaj pokazała na swoje dzieci, które krzyknęły "ej" i wydęły obrażone usta. Komicznie to wyglądało i u jednego i u drugiego.- podziała tylko mój drugi głos. Na tobie nie będę go używać.
 - Dlaczego?- Nadal nic nie rozumiałem. Dlaczego chciała tego uniknąć? Alfy przecież kochają używać swojego drugiego głosu na Omedze, zmuszając ją do posłuszeństwa. Wszyscy, u których byłem wcześniej tak robili, więc dlaczego teraz ma być inaczej?
 - Bo ciebie to boli.- Powiedziała ciotka patrząc na mnie jak na idiotę. Serio się tak poczułem. Jak skończony idiota. Tylko dlatego, że tak się na mnie spojrzała. Co ich interesowało, że mnie to boli. Zawsze mnie boli, kiedy któraś Alfa używa na mnie swojego głosu, ale żadnej nigdy to nie interesowało i nadal to robiła. Więc dlaczego teraz to ma się zmienić? Nie mogłem zrozumieć ich postępowania oraz motywów.
 - Zasady później. Może nas przedstawisz, co?- Zapytała żona mojej ciotki. Więc chyba i moja ciotka? Nie wiem, później będę musiał poczytać na temat pokrewieństwa w takich przypadkach.
 - On już was zna, wy znacie jego. Z czasem się dotrzemy.
 - Co już mu o nas powiedziałaś?
 - Że mój kochany synek i córeczka kochają swoje imiona bardziej niż cokolwiek innego w życiu.
 - Nie!- Krzyknął chłopak łapiąc się za głowę.
 - Nie zrobiłaś tego?!
 - Owszem. Zrobiłam.
 - Innofre nie słuchaj jej. One te imiona wymyśliły podczas rui i kotłowania się w pościeli.- Powiedział załamany chłopak łapiąc za rączkę od mojej torby i powoli podchodząc z nią do schodów.
 - Tak jak moi rodzice. Więc wiesz...
 - Dlatego Nore?
 - Taaaa.....
 - Dość gadania, trzeba zanieść rzeczy Nore do jego pokoju. Macie na to pięć minut, później widźmy się w salonie. Nie Nore- żona ciotki powstrzymała mnie ruchem ręki, kiedy chciałem złapać za swój plecak.- ty idziesz ze mną.- Dodała. Przekręciłem delikatnie głowę w bok. Musze się nauczyć ich imion.
 - Lubię jak jesteś władcza.- Powiedziała moja ciotka i dała jej buziaka po czym weszła do domu niosąc na plecach mój szkolny plecak oraz torbę ze starym laptopem.
 Spojrzałem na Linę (brawo za przypomnienie sobie jej imienia!), uśmiechała się do mnie delikatnie.


*****************************************************

Z góry sorki za błędy, ale nie mam głowy ich poprawiać. Mam nadzieję, że nie biją tak po oczach jak mi tutaj pokazuje teraz stronka. Bo aż się czerwono zrobiło.
I jak wam się spodobał rozdział??
Pozdrawiam:)
Gizi03031

niedziela, 14 kwietnia 2019

Karida- One Shot

Za ponad dwa tygodnie Pyrkon=>
Ktoś się wybiera??
A ten OS pisałam ponad tydzień i go ubóstwiam :D
*********************************
Dlaczego?
Nie rozumiałem tego mimo, że głowiłem się nad tym od dobrych kilku tygodni. Mieszkałem w tym domu od jakiś trzech miesięcy. Do końca szkoły pozostały mi tylko dwa i poł miesiąca.
I nic się nie stało.
Od trzech miesięcy mieszkamy razem, a Echthra nadal mnie nie oznaczył. Nie dokończył więzi. Nie powiedział tych słów.
Czekałem cierpliwie, nie mogąc się ich doczekać, ale one nie nadeszły. Nie wiedziałem czy zrobiłem coś nie tak. A może...
On mnie nie chciał?
Przygarnął mnie na okres zimowy, pozwolił zostać do końca szkoły, a później nara...
Lub ma kogoś na boku...
Nie... przecież wyczułbym od niego obce zapachy. A on nosi na sobie zapachy tylko ludzi ze szkoły, ewentualnie tego cholernego kryminalisty oraz jego dupy.
Pokręciłem przecząco głową. Nie mogę tak o nich myśleć. Jeżeli Echthra by się dowiedział, że znowu obrażam jego przyjaciół jak nic by się na mnie obraził. A to by był ból w dupie.
Więc skoro nic nie zrobiłem, a on nie ma nikogo na boku to dlaczego?
Dalaczego jeszcze tego nie powiedział?
- Aaaaaa.- Jęknąłem wyrywając sobie włosy z głowy i zerknąłem w książkę od matematyki. Jak ja miałem dosyć tej cholernej szkoły.
- Kalos?- Usłyszałem za swoimi plecami jego zachrypnięty głos. Po moim ciele przeleciał przyjemny dreszcz. Odwróciłem się w stronę drzwi. Stał tam. Ubrany w zwykłe dresy i rozciągnięty podkoszulek. Ze sterczącymi we wszystkie strony włosami oraz nasuniętymi na nos okularami. Nie odezwałem się tylko przyglądałem mu się dokładnie. Mówiłem mu, że ma mi nie przeszkadzać, bo próbóje się uczyć, a ten w uparte tutaj przyszedł. Wolałem milczeć niż na niego warczeć.- Idziesz na kolacje?
- Nie.- Odpowiedziałem. Jeżeli teraz odejdę od biurka to się tego gówna w życiu nie nauczę.
- Ale...
- Ogłuchłeś?- Warknąłem odwracając się do niego plecami. Nie uzyskałem odpowiedzi. Zerknąłem przez ramię, ale byłem w pokoju sam. Eh... znowu to zrobiłem. Później będę musiał go za to przeprosić. Czasami się zastanawiałem kto tutaj był nastolatkiem, a kto dorosłym i to nauczycielem na domiar złego. To mi się trafiło... moim wybrankiem został belfer... a ja jestem jednym z najgorszych uczniów w szkole. Jeżeli chodzi o zachowanie i o naukę. Niech ta szkoła się w końcu skończy. Będę mógł pójść do jakiejś pracy i niczym więcej się nie przejmować. Ale póki co....
Matematyka.
Matematyka.
***'
Spojrzałem na zegarek. Było już grubo po północy, a ja nadal nie skończyłem robić tego cholernego zadania na matamatykę. A chuj z nim. Idę coś zjeść, wykompać się i spać. Jutro trzeba wstać do szkoły. Dobrze, że nie mam następnego dnia dwóch pierwszych lekcji, to sobie pośpie. Wychodząc z "mojego" pokoju, który służył mi do przyjmowania ewentualnych gości (przychodził tutaj tylko Akagami) oraz do nauki wszedłem do kuchni. Na stole leżał talerzyk owinięty folią. Pod folią znajdowały się trzy kanapki z serem i szynką. Koło tego stał kubek z zimną już herbatą. Spojrzałem na blat kolo zlewu. I tam znajdował się talerz z kanapkami. Dwie kanapki całe, jedna delikanie nadgryziona. Pełen kubek zimnej herbaty. Echthra znowu nic nie zjadł. Wypuściłem głośno powietrze. Kiedy tylko na niego warknąłem nic nie jadł. Kiedy dwa razy porządnie się z nim pokłóciłem nic nie jadł. Więc teraz też nic nie zjadł. Jutro mam na późniejszą godzinę więc śniadania też pewnie nie zje. Będę musiał mu przemówić do rozsądku- nie może nie jeść za każdym razem kiedy na niego warknę, albo kiedy się pokłócimy. Ma normalnie jeść!
Kręcąc przecząco głową odłożyłem pusty talerzyk do zlewu i dopiłem zimną, gorzką herbatę. Schowałem jego kanapki do lodówki i idąc do łazienki zajrzałem do naszej sypialni po czysty komplet bielizny. Nie było go w łóżku. Zacisnąłem mocno szczęki.
Kurwa!
Znowu!
- Wypierdole mu tą jebaną kanapę za okno.- Warknąłem wchodząc do łazienki. Wiedziałem, że ten cholerny wielkolud śpi w salonie na kanapie. Przechodząc przez korytarz słyszałem jak ciężko oddychał. Klnąc siarczyście pod nosem wlazłem pod prysznic.
***
- Kalos.... Kalos....- Ktoś uparcie mnie wołał ciągnąc delikatnie za ramię.
- Mm.- Warknąłem przez nos. Było mi tak dobrze i przyjemnie, a ten cholerny intruz miał czelność mnie obudzić i to przed budzikiem. Uchyliłem delikatnie lewe oko i zerknąłem na zegarek na szafce nocnej. Było po szóstej.
- Spóźnisz się do szkoły. Wstawaj.
- Spierdalaj! Ja pierdole! Mam na późniejszą godzinę!- Warknąłem naciągając na głowę puchową koldrę. Po chwili mogłem znowu szybować w objęcia gościa zwanego Morfeuszem czy jakoś tak.
***
Coś było nie tak. Ciężko mi to było wytłumaczyć, ale coś ewidentnie było nie tak. Siedziałem przed biurkiem w "moim" pokoju od jakiś pięciu godzin, a on ani razu tutaj nie zajrzał. Ani nie wołał mnie na obiad, ani nie wołał mnie na kolacje. Nawet nie wsadził tutaj głowy aby "zobczyć czy żyje" jak to zawsze mówił.
A przed chwilą wyszedł z domu. I nie poszedł do swoich przyjaciół. O nie. Do nich się tak długo nie szykuje oraz nie urzywa tak ładnych perfum.
Odsunąłem krzesło i wyszedłem z pokoju. W kuchni na stole leżały dwa talerze. Z moim zimnym obiadem oraz kolacją. Zajrzałem do zmywarki. Była pusta. Tak samo suszarka.
Echthra nic nie jadł.
Ja. Pierdole. Kurwa. Jego. Mać.
Przeciągając językiem po zębach ruszyłem w stronę łazienki. Otworzyłem ją. Jego zapach się nasilił. Wyszedł gdzieś...
W mojej piersi zaczęła narastać złość...
Wiedziałem co to znaczy, a nie chciałem snuć bezpodstawnych domysłów. Przecież nie będę jak pojebany zazdrosny tylko o to, że on gdzieś wyszedł. Ubrałem na nogi kapcie (nie chodziłem w nich w domu) oraz cieplejszą bluzę i po zamknięciu drzwi na klucz (jego znikneły) poszedłem do mieszkania obok. Wiedziałem, że o tej godzinie zastanę tam jego blondwłosego przyjaciela Zeno. I właśnie o niego mi chodziło.
Facet otworzył mi po chwili. Zmierzył mnie delikanie wzrokiem po czym wypuszczając głośno powietrze z płuc i nie zadając żadnych pytan wpuścił mnie do środka. Zaprowadził mnie do swojego salonu i usiadł najdalej jak mogł ode mnie. Wiedziałem dlaczego to zrobił. Zachował dystans, aby nasze zapachy nie przeszły na siebie nawzajem. Gdyby tak się stało Paxi by się wkurwił, a Echthra popłakał. Podrapałem się zmieszany po głowie.
- No co jest, dzieciaku? Na herbatkę na pewno nie przyszedłeś.- Zaczął z grubej rury. Miał rację. Nie przyszedłem na harbatkę.
- Chcę pogadać.
- No popatrz. A o czym?
- O kim...- Poprawiłem go.
- Echthra.- Powiedział tylko jedno słowo. Kiwnąłem twierdząco głową. Facet jęknął głośno i spojrzał w sufit.- Dlaczego to do mnie z tym przychodzisz, a nie do Paxi'ego.
- Bo jesteś Ypiréti- Powiedziałem powarznie. Spojrzał na mnie chłodno i wypuścił głośno powietrze z płuc.- Inny Ploiarcho nie powie mi dlaczego on się tak zachowuje, a nie innaczej.
- Jak się zachowuje?
- Nie oznaczył mnie...
- No oczywiście, że tego nie zrobił. Też bym tego nie zrobił gdyby był na jego miejscu.- Prychnął. Spojrzałem na niego gwałtownie. Cofnął się delikatnie. Nie ważne, że był starszy. To ja byłem Ploiarcho, nie on. Więc to on się obawiał mnie, nie ja jego. To ja mu mogłem wyżądzić większa krzywdę, nie on mi. Ale nie zrobie tego z dwuch powodów. Paxi by mnie zabił. Echthra zresztą też. Po czym zabiłby Paxi'ego za to, że ten zabił mnie.- Zacznijmy od początku, tak abyś zrozumiał i mi przy okazji nie rozerwał gardła.- Powiedział. Przyglądał mi się przez chwilę po czym jęknął głośno.- Dawno nie miałem doczynienia z nastoletnim Ploiarcho. Zapomniałem, że wtedy trzeba bardziej uważać na słowa.
- Masz coś do nastoletnich Ploiarcho?
- Taaaa.... jesteście strasznie nerwowi i brutalni. Ale to szczegół.
- Jestem normalnym nastolatkiem.
- Wmawiaj sobie Młody, oj wmawiaj.- Zeno zaśmiał się głośno widząc moją minę. Prychnałem na niego poprawiając się nerwowo na fotelu.- Powiem ci wprost, bo nie lubie owijania w bawełne. Echthra uważa, że masz go za sponsora, a jego dom za hotel.- Powiedział. Gapiłem się na niego oniemiały przez dłuższą chwilę czując się tak jakbym dostał obłuchem w łeb. Oprzytomniałem kiedy pomachał mi ręką przed oczyma.- Wróciłeś do świata żywych.
- Co mu odjebało w tym jego nauczycielskim móżdżku?!
- Eh... będzie ciężej niż myślałem.
- Ej!
- Powiedz mi co chcesz robić po szkole?- Zapytał ni z gruszki ni z pietruszki. Spojrzałem na niego jak na przymuła i uniosłem go dóry lewą brew.- Po prostu odpowiedż.
- Iść do pracy.
- Jakiej?
- Jakiejś.
- Nie myślisz o pójściu na studia, jakieś kursy przygotowawcze czy szkolenie dzięki, którym uzyskasz tą pracę?- Zapytał chłodno. Nie pomyślałem o tym. Chciałem iść do pracy, ale nie wiedziałem co chcę robić w przyszłości. Więc nie wiedziałem jednocześnie jakie kursy czy szkolenia wybrać. Studia odpadały. Byłem na nie za głupi. Więc co chciałem robić? Nie miałem zielonego pojęcia! A ten blondas zdawał sobie z tego sprawę i się ze mnie śmiał.
- Nie nadaję się na strudia.
- Kursy? Szkolenia?
- Nie. Wiem.- Warknąłem przez zaciśnięte zęby. Wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Dlaczego nie pogadasz o tym z Echthra'om?- Zapytał. Spojrzałem na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Po co?- Zapytałem w celu uzysakania większej ilości informacji. Po co miałem z nim o tym rozmawiać? Jęknął po czym machnął na mnie ręką w celu spławienia mnie.
- Odłużmy to na później. Za głupi jesteś. Nie zrozumiesz.- Powiedział i pokręcił przecząco głową. Znowu się we mnie zagotowało- I się nie denerwuj. Powiedz....
- No...?
- Rozmawiasz z nim o szkole?
- Nie.
- O swoich znajomych?
- Nie.
- O nauczycielach?
- Nie, po co...
- O czym rozmawiacie?- Przerwał mi. Zamilkłem. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, ale...o niczym konkretny, Wymienialiśmy się tylko informacjami.
-...- Wpatrywałem się w niego nie mogąc udzielić mu na to pytanie odpowiedzi.
-  Wiesz kiedy Echthra ma urodziny?
- Nie wiem.
- Wiesz jak nazywają się jego rodzice?
- Nie wiem.
- Wiesz dlaczego został nauczycielem?
- Nie. Wiem.
- Wiesz jak poznał mnie i Paxi'ego?
- Nie wiem.
- Wiesz gdzie się urodził i wychował?
- Nie. Wiem.
- To co ty wiesz?- Warknął na mnie. Zagryzlem dolną wargę. Nie potrafiłem mu nawet powiedzieć czego nie wiem. Opuściłem w dół głowę nie mogąc znieść jego spojrzenia.- Ile czasu spędzacie razem? Nie wiem, na graniu, ogladaniu filmów, pracowaniu razem. Na czym kolwiek...
- Uczę się sam, on pracuje sam. Nie gramy w nic. Nie...- Zamilkłem. Nie spędzamy razem czasu. Przychodzę ze szkoły, zabieram się za próby zrobienia lekcji, później kładę się spać. Nawet za często razem nie jemy posiłków. Fakt do szkoły jadę z nim autem. Po szkole wracam sam. Siedze zamknięty w pokoju kiedy on wraca. Wychodze z niego kiedy on już śpi. Kładę się spać. Wstaje po nim. On śniadanie je sam. Ja śniadanie jem dopiero w szkole. Wychodzimy razem do auta. On podwozi mnie pod szkołe. W szkole widze go tylko na naszych wspólnych lekcjach. Wracam do domu sam. I tak w kółko. Od trzech miesięcy. Zacząłem nerwowo tupać nogą.
- Ile razy wyszedłeś z pokoju, kiedy wołał cię na obiad albo na kolację?
- Zero.- Odpowiedziałem cicho. Czułem się jakby ktoś zaciskał mi palce na szyi. Skoro ja się tak czułem odpowiadając na pytania blondyna, to jak musiał czuć się Echthra. Znalazł mnie- swojego Ploiarcho, a ja nieumyślnie go unikałem i raniłem. Co musiał czuć za każdym razem kiedy jadł sam? Kiedy czekał na mnie? A ja co? Delikatnie powiedziewszy wypierdalałem go za drzwi.
- Ile razy  pogadałeś z nim dłużej kiedy sprawdzał czy żyjesz?- Zapytał. Drgnąłem. Echthra musiał z nim na ten temat rozmawiać skoro użył takiego zwrotu, a nie innego. Nienawidziłem takiego zachowania u swoich rodziców i ludzi mnie otaczających, a sam się tak zachowywałem!
- Ani razu.
- Ile razy wygoniłeś go z pokoju kiedy do niego na chwile zaglądał?
- Za... za każdym... razem...
- A ile razy TY sprawdziłeś czy on żyje?
- Zero.- Odparłem. Spojrzał na mnie jak na czlowieka gorszej kategorii po czym swój wzrok przeniósł na zegarek stojący za nim.
- Za trzy minuty z zegarkiem w ręku pojawi się tutaj Paxi. Wpadnie do domu dosłownie na trzy minutu po czym wróci zmachany do pracy.
- Co?- Nie zrozumiałem go. Po co on mi to mówił? A tak w ogóle Paxi jest w pracy. Nie ma potrzeby tutaj przychodzić. Jak coś będzie chciał to pewnie zadzwoni, aby Zeno mu to przyniósł.
- Między wami jest duża różnica wieku. Dziewięc lat. To o cztery więcej niż pomiędzy mną, a moim idiotą. Nam było ciężko, wam jest ciężej. Kiedy Paxi był w trzeciej liceum ja byłem w pierwszej gimnazjum. On kończył okres dojrzewania, ja w niego wchodziłem. On rozglądał się powoli za pracą, ja z kumplami bawiłem się resorakami. Chociaż prędzej musiałbym powiedzieć, że z kumplem. Między mną, a nim jest duża różnica wieku tak samo jak między tobą, a Echthrą, ale mimo wszystko ja miałem lepiej.
- Dlaczego?
- Kotek?- Oboje usłyszeliśmy głos dobiegający z kuchni.
- W salonie.- Zawołał Zeno. Po chwili w pokoju pojawił się Paxi. Spojrzał na nas, a jego oczy momentalnie stały się czarne.- Wiesz, że świata poza tobą nie widzę mój zazdrośniku?- Zapytał blondyn. Paxi podszedł do niego i uklęknął przed nim wtulając się w jego brzuch. Przyglądałem im się uważnie. Paxi oddychał głęboko. Pewnie po to aby opanować swoje emocnje i pozbyć się uczucia zazdrości, jakie pokazały jego czarne oczy. Zeno patrzył na mnie.
- Co robicie?
- Ucze go.
- Czego?- Zapytał facet i spojrzał na mnie, ale nadal obejmował ramionami blondyna.
- Póki co zdobywałem informację. Teraz będzie etap nauki.
- Na temat?
- Tego dlaczego jest takim przyjebanym gówniarzem.- Odparł. Zazgrzytałem głośno zębami.
- Obiecałeś Echthra'ze, że nie będziesz sie mieszać.
- To Kalos mnie wmieszał, a nie ja sam.
- Będzie zły.
- I tak mnie kocha.
- Kocha. Ale nie musisz tego mówić przy tym nastoletnim gówniarzu.
- To niech zacznie myśleć.
- Ja też cię kocham.- Powiedział Paxi przyciągając głowę Zeno do siebie po czym pocałował go namiętnie. Drgnąłem. Zazdrościłem im tego. Tak normalnie go pocałował. A Zeno mu na to pozwolił. Jeszcze się o to dopraszał łasząc się do niego podczas trwania tego krótkiego pocałunku. Zazdrościłem im. Chciałem być na ich miejscu. Razem z Echthra'om. Kiedy ostatni raz ja i Echthra.... Na to też nie potrafiłem odpowiedzieć.- Będę leciał Kotek.
- Miłej pracy. Nie podrywaj mi obcych facetów.
- To oni podrywają mnie.
- Założe ci pas cnoty idioto!- Krzyknął na cały głos. Usłyszałem tylko śmiech Paxi'ego za zamkniętymi już drzwiami. Spojrzałem na Zeno, który był delikatnie zaróżowiony i uśmiechał się rozanielony. Jego oczy świeciły. Dosłownie. Jak na dłoni widać było, że jest szczęśliwy.
- Po co on tak w ogóle przyszedł?- Zapytałem, kiedy zorientowałem się, że Paxi niczego ze sobą nie zabrał, nie przyniósł ani niczego konkretnego nie powiedział.
- Żeby mnie zobaczyć, przytulić, pocałować i powiedzieć mi, że mnie kocha.- Odparł Zeno. Gapiłem się na niego dłużą chwilę z szeroko otwartymi oczyma.
- Tylko po to? Zostawił cały bar tylko dla takiej błahostki?
- I w tym momencie pieprzony gówniarzu zaczyna się twoja jebana lakcja.- Warknął na mnie ciskając w moją stronę swoim kapciem. Dostałem nim w ramię. Kapciem!
- Za co?!
- Za chęć do życia i miłość do ojczyzny. Ciesz się, że tylko za to mogę ci jebnąć. Za inne przewinienia Echthra by mnie zajebał jeżeli bym cię ruszył, bezmózgi bachorze.- Warknął i porawił się wygodnie na fotelu.- Ypiréti pragnie potwierdzenia, że jest potrzebny, że można na nim polegać, że jest bezpieczny, kochany. Że nie jest zagrożony i ma spokojne życie. Musi wiedzieć, że jest umiłowany, jedyny, najdroższy i w ogóle. Lubimy być dotykani przez naszych Ploiarcho, lubimy ich obserwować, mieć ich w zasięgu wzroku, ręki. Lubimy, kiedy się nas przytula, caluje, prawi nam komplementy. Kiedy się z nami rozmawia. Kiedy się na nas polega. W tych błahych i bardzo poważnych sprawach.  Nie lubimy być sami. To nas fizycznie i psychicznie boli. Boli jak jasna cholera. Wiem co mówię. Bo cześciowo przez to przechodziłem. Paxi z początku mnie odrzucił.- Powiedział. Otworzyłem szeroko oczy.
- Człowiek, który przed chwilą tutaj był?
- Tak.
- Obrzucił.
- Tak.
- Ciebie?- Zapytałem niedowierzając. Ten ponownie potwierdził moje słowa delikatnym skinieniem głowy. Musiał myśleć o czymś przykrym, bo jego oczy jak i twarz zmieniły swój wyraz. Gościł na nich ból.
- Nie chciał się zadawać z kimś kto jest w pierwszej gimnazjum, kto niedawno sprowadził się do jego miasta i kto swoim pojawieniem się chciał zniszczyć jego pięcioletni związek ze szkolną gwiazdą żeńskiej drużyny siatkarskiej.
- Proszę ja ciebie, że co?- Zapytałem zszokowany. Paxi chodził z laską?! Koleś, który na jego widok ślini wszystko dookoła siebie i robi dziure w spodniach swoim sztywnym kutasem chodził z laską?! Ten zaśmiał się gorzko. Wiedziałem, że to wymuszony śmiech.
- Echthre poznałem jak byłem w pierwszej gimnazjum. Tak zimową porą. Moja rodzina przeniosła się do miasta, z którego on i Paxi pochodzili. Zamieszkałem w jego bliskim sąsiedztwie i się go uczepiłem. Pomijając go i mnie na naszej ulicy nie było więcej Ypiréti, więc stwierdziłem, że uczepienie się go to dobry pomysł. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że to genialny pomysł. Po tym jak pobił trzech chłopaków z mojej szkoły, którzy próbowali mnie zgwałcić na placu zabaw.
- Hę?
- Echthra dbał o to, aby nikt go nie dotykał i się do niego nie zbliżał, a po pewnym czasie pilnował również i mnie. Zaprzyjaźniłem się z nim. Był Ypiréti jak ja. Różniliśmy się jedny, On szukał swojego Ploiarcho, a ja nie. Byłem dzieciakiem, chciałem się bawić, poznawać nowe rzeczy. Kiedyś byłem u niego i graliśmy sobie w playa. Dostał wiadomość od swojego przyjaciela z dzieciństwa, czy ten może mu podrzucić na miasto jedną rzecz, bo bez niej będzie skończony u swojej dziewczyny. Ten się zgodził, ale ostrzegł go, że przyprowadzi ze sobą pewnego narwanego dzieciaka, który właśnie przy nim siedział. To byłem ja. Oczywiście poszedłem z nim, bo co innego miałem do roboty, jak z nikim nie gadałem w tym mieście. Poszedłem z nim. Umówionym miejscem był park niedaleko szkoły, w ktorej uczył się Echthra. Szedłem koło niego zadowolony, bo wziął ze sobą młodszego gówniarza, aby ten poznał jego najlepszego przyjaciela, o którym już tyle słyszałem. I poznałem. To był Paxi. Człowieku... to było straszne! Mówię ci. Nie wiem co wy czujecie jak nas spotykacie po raz pierwszy, ale nas to wszystko rozpierdala. Ten ból, radość i podniecenie w jedny, Jebnięte uczucie. A ja nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Stoje i gapię się na niego. Echthra podnosi się z ziemi. Dasz wiarę, że się przerwócił jak wyczół zmianę mojej aury. Jakaś laska odsówa się od Paxi'ego, a ten podchodzi do mnie i daje mi w ryja.
- CO?!- Krzyknąłem opluwając swoją brodę. On chyba sobie ze mnie kpił?! Zeno pokazał na bliznę nad swoją brwią.
- Paxi uderzył mnie tylko raz. Raz w życiu podniósł na mnie rękę. Nigdy więcej tego nie zrobił.
- No nie wierze. A ty pewnie przyozdobiłeś mu mordę jego blizną.- Zadrwiłem wiedząc, że to wielce prawdopodobne.
- Nie. Echthra mu ją zrobił.- Odparł. Załamałem się. Dosłownie. Osunąłem się delikatnie w fotelu.
- Kłamiesz.
- Mówię prawdę.
- Powiedz, że kłamiesz.
- Mówię prawdę. Po tym jak Paxi wykrzyczał mi w twarz, że mam się do niego i jego ukochanej nie zbliżać i mam iść i dać dupy połowie miasta, albo skoczyć z mostu Echthra mu wpierdolił.
- Przecież Paxi to gigant.
- Ale to Echthra od urodzenia musiał bronić swojego ciała, a nie Paxi więc to Echthra wiedział jak się porzadnie bić, a nie Paxi. No więc... tak jak Paxi sobie życzył zniknąłem.
- No nie gadaj, że....
- Nie! Dał mi możliwość wyboru. Skoczyłem z mostu do rzeki. Echthra mnie uratował. Oboje wylądowaliśmy w szpitalu z zapaleniem płuc.
-.O_O.
- To była zima.
- Ten idiota... skoczył... zimą....
- Chciał mnie ratować.
- Mógł zginąć!
- Chciał mnie ratować.
- Gdyby wtedy zginął nigdy bym....
- Chciał mnie ratować!- Warknął na mnie. Wypuściłem glośno powietrze z płuc próbując się w ten sposób uspokoić.- Paxi się o tym dowiedział. Zapomniał, że to co mi powie.... tonem rozkazującym ja MUSZE zrobić. Przyszedł do nas do szpitala. Chciałem uciec. Przeprosił mnie. Powiedział, że nie może mnie zaakceptować, bo ani mnie nie zna, ani nie wie kim jestem, ale nie pozwoli mi umrzeć. Łaskawie pozwolił mi siebie widywać raz w tygodniu. Dla mnie to było mało. Ale musiało mi to wystarczyć. Widywałem go raz w tygodniu i cierpiałem katusze.
- Dlaczego?
- Bo chciałem z nim pogadać, chciałem z nim spędzać czas, chciałem go poznać i chciałem, aby on poznał mnie. Chciałem go dotknąć i chciałem, aby on dotknął mnie. Chciałem, aby mnie kochał i chciałem, aby wiedział, że ja kocham go. Ale kto będzie siedział z głupim dzieciakiem, który dopiero co przestał się bawić. I znowu Echthra się wmieszał. Znowu obił mu mordę.
- Co?
- No. Znowu go pobił i powiedział, że ma mi chociaż dać szanse. Że mnie nie zna. Nic o mnie nie wie. Więc Paxi wziął sobie mój numer przy naszym kolenym spotkani. I nie pytając mnie o zdanie zaczął ze mną pisać. Odpisywał na każdą moją wiadomość. Nie ważne jak by nie była głupia. Udzielał mi rad, słuchał moich problemów, pomagał mi, ale nie pasował mi to.
- Dlaczego?
- Bo on nie mówił mi o swoich problemach, nie szukał u mnie pomocy, nie radził się mnie. Sluchał, ale nic nie mówił. I na scene znowu wchodzi Echthra.
- Wlał mu?- Zapytałem zdruzgotany.
- Nie. Powiedział mi jak to działa u Ypiréti- Usłyszałem głos za sobą. Odwróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem w progu Paxi'ego. Zmarszczyłem czoło. A on po co znowu przylazł?- Wyjaśnił mi, że to, że ja będę słuchał Zeno i mu pomagał nie zmniejszy bólu chłopaka. Że muszę zacząc na nim polegać. Nie mogłem tego zrobić od razu. Jak miałem zacząć polegać na dzieciaku. Aż nadarzyła się okazja. Mam w domu bliźniaków. Kuzynów. Dwa lata młodsi od Zeno. Zapytałem się go czy pomoże mi wybrać prezent urodzinowy dla nich, bo w końcu on wiedział co lubią dzieciaki w ich wieku, a ja pewnie bym im kupił jakiś badziew. Ucieszył się jak pojebany, a ja chciałem tylko jego rady i pomocy. Dla mnie to było tylko, dla niego to było aż.- Powiedział i przytulił od tyłu Zeno tak, aby jednocześnie widzieć mnie.- Po liceum wybrałem miejscowe studia, aby nie wyjeżdzać z miasta. Echthra był naszym powiernikiem. Kiedy chciał się ze mną spotkać i obgadać sprawę studiów zabierał ze sobą tego gałgana, który wtedy był w drugiej gimnazjum. Zacząłem go powoli poznawać. Dowiadywać się o nim nowych rzeczy. Jak Echthra zaczął ostatni rok liceum, a on ostatni rok gimnazjum zaczał się nim wysługiwać.
- "Zeno mam teraz wiele na głowie, możesz się z nim spotkać i zabrać od niego książki, które ma mi pożyczyć" albo "Sorry Zeno, ale jutro mam ważny sprawdzian. Pójdziesz za mnie i mu przekażesz te dwa bilety do kina, które przegrałem z nim w zakładzie."- Powiedział Zeno i zaśmiał się cicho kiedy Paxi pocałował go delikatnie w szyje.
- Kiedy Zeno zaczął pierwszą liceum zauważyłem, że ogląda się za nim coraz więcej osób. Nie spobodało mi się to, więc go oznaczyłem.
- A ty oznaczyłeś go...
- Jasne... po trzech latach.
- Co? Dlaczego?
- Bo mi nie ufał i nie chciał abym był jego sponsorem i w ogóle. Oznaczył mnie dopiero po tym jak go zjebałem za to, że zamiast na studia chciał pracować na stacji benzynowej i pomagać mi w ten sposób finansowo. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem starszy i szybiej zacząłem na siebie zarabiać, więc chciałem dać mu możliwośc normalnie ukońcyć szkołe, cieszyć się jeszcze życiem. Na zarabianie kasy będzie miał czas później. Powiedziałem mu, że z takim talentem plastycznym to się nadaje na ASP. Poszedł na egazminy. Kiedy się dostał oznaczył mnie. Zamieszkał ze mną na drugim roku studiów. Jak był na trzecim odnalazł Echthre...
- Czekaj. Co?
- Kotek opowiesz mu resztę. Ja muszę wracać. Kocham cię.
- Ja ciebie też.- Odparł Zeno i spojrzał za odchodzącym mężczyzną.
- Czekaj.... nie mów mi że on przyszedł tylko dlatego....
- AŻ. Pamiętaj dla Ypiréti to zawsze będzie AŻ. A Echthra studiował w innym mieście, bo ciągle cię szukał. No i znalazł. Cholernego gówniarza, ktory jest nabuzowanym hormonami nastolatkiem. Na dommiar złego nie masz w znajomych żadnego Ypiréti, który mógłby cię naprostować.
- Ja jestem prosty.
- Wmawiaj sobie, wmawiaj. A i tak w twoim przypadku to się prawdą nie stanie. Powiem ci jeszcze ostatnią rzecz.
- Co znowu?
- Echthra już więcej nie zawoła cię na obiad ani na kolację, nie zajrzy do ciebie do pokoju, aby zobaczyć czy żyjesz, nie obudzi cię do szkoły.
- CO?!- Poderwałem się z fotela i spojrzałem w stronę drzwi. Co on zrobił?! Nie mówcie mi, że on... poczułem niepokój. Serce mnie zakóło na myśl, że ten idiota....
- To nie to co myślisz idioto. Nie zabił się ty przyjebie kosmiczny.- Warknął na mnie i rzucił w moją stronę drugim kapciem. Tym razem się uchliłem i spojrzałem na niego zbolałym spojrzeniem. Jak nie to, to co znowu wymyślił ten głupek.- On tego nie będzie robił, bo ZNOWU będziesz na niego krzyczał i ZNOWU będziesz na niego zły. Teraz pewnie chodzi po mieście zdołowany i czeka, aż położysz się spać, aby mógł wrócić do domu. Popatrzeć na ciebie jak śpisz. A rano jak sam nie wstaniesz pojedzie do pracy bez ciebie i tak będzie robił w kółko. Po pracy wróci, zrobi to co musi i wyjdzie z domu, abyś tylko ZNOWU nie krzyczał i ZNOWU nie był na niego zły.
- Jebne mu.- Warknąłem przez zacisniete zęby.
- Dla ciebie odpowiedź "nie" na pytanie "czy idziesz jeść" pewnie oznacza nie. Dla niego oznacza więcej.
- Jak słowo "nie" może oznaczać więcej.
- Oznacz. To, że nie zjesz z nim, bo nie chcesz z nim spędzać czasu, nie chcesz go oglądać. Że nie smakuje ci to co gotuje, że....
- Zakurwie mu. Obiecuje.- Warknąłem i odwróciłem się na pięcie kierując się w stronę wyjścia.
- Ej! Nie mów mu...
- Sam na to wszystko wpadłem. Nie jestem takim idiotą, aby prosić jego przyjaciół o pomoc.- Warknąłem i zatrzasnąłem z impetem jego drzwi. Przeszedłem kilka kroków i spróbowałem otworzyć swoje drzwi kluczem, który miałem ze sobą, ale okazało się to niemożliwe. Drzwi były otwarte. Wszedłem do środka ściągając z nóg kapcie, w tym samym momencie, kiedy Echthra przechodził z sypialni do łazienki z małym tobołkiem ubrań w ręku. Zaciągnąłem się głośno powietrzem i zesztywniałem na całym ciele.
Uderzyłem pięścią w ściane.
Echthra zatrzymał się przed drzwiami od łazienki.
Nie spojrzał na mnie...
Jego ramiona drżały....
***
Ktoś pukał do naszego mieszkania. Jęknąłem głośno i podniosełm się z krzesła w "moim" pokoju kiedy pukanie ucichoło. Uslyszałem przytłumione rozmowy na korytarzu. Wyjrzałem na niego zaciekawiony. Przed drzwiami wejściowymi stał Echthra ubrany w luźne dresy oraz elegancko ubrany Paxi i Zeno. Rozmawiali o czymś.
-... ale dlaczego nie. Co miesiąc wychodzimy we trójkę na kolację. Mówiłem ci, że dzieciak może iść z nami.- Powiedział Paxi. Oparłem się o futrynę drzwi i chrząknąłem znacząco. Cała trójka spojrzała na mnie. Echthra po chwili spojrzał na nich.
- Mam mase sprawdzianów do sprawdzenia.
- Wyrobisz się z czasem. Zawsze się wyrabiasz.
- Ale tym razem....
- Echthra.- Powiedziałem twardo. Spojrzał na mnie.- Ostatnio chyba coś powiedziałem, prawda?
- To nie...
- Prawda?
- ...Tak.- Powiedział cicho.
- Więc?
- Eh.... sorry chłopaki, ale nie mogę z wami iść.
- Przez sprawdziany?- Zapytał Zeno. Echthra podrapał się po głowie.
- Mam szlaban.- Powiedział cicho jak obrażone dziecko. Paxi zachwiał się delikatnie, a Zeno ryknął śmiechem kiedy pierwsze zdziwienie mineło.
- Przepraszam, co masz?
- Szlaban. Mogę wychodzić tylko do pracy i to razem z nim. Wracam razem z nim. Nie mogę się z nikim spotykać, ani przyjmować gości.
- Żartujesz?- Zaśmiał się Zeno.
- Chciałbym.
- Kiedy go zarobiłeś?- Zapytał rozbawiony Paxi. Echthra wydął oburzony usta.
- Trzy dni temu.
- A na jak długo.
- Miesiąc.
- Jaja sobie z nas robicie.- Stwierdził Paxi.- Echthra nawet starzy ci szlabanu nie dali.
- Echthra. Do salonu. Teraz.- Warknąłem. Spojrzał na mnie oburzony, ale bez słowa zrobił to co mu kazałem.
- Co ty go tak krótko trzymasz?- Zapytał szeptem Paxi, kiedy do nich podszedłem. Zeno ciągle cichotał jak pojebany.
- A ty byś nie trzymał tak Zeno, kiedy przytargał by do domu zapach dziewięciu obcych ludzi. A na pytanie gdzie był odpowiedziałby ci, że w jednym z większych Tęczowych Klubów w mieście?- Warknąłem. Zeno przestał się śmiać. Oczy Paxi'ego pociemniały. Spojrzał powoli w stronę blądyna, który wycofał się w stronę drzwi z ewidentnym zamiarem ucieczki. O co chodzi?
- Kotek. Do domu.
- Ale...
- Czeka cię ciężka noc.
- Paxi....
- Do domu. Już.- Warknął wyższy facet. Pierwszy raz widziałem jak użył na Zeno swojej mocy. Było to dla mnie dziwne. Abstrakcyjne.- Sorry za niego i jego durne pomysły. Nie sądziłem, że serio mu to zaproponuje i że Echthra na to przeystanie. Nie marwt się. Dobrze go za to ukarze.- Po chwili stałem sam w przejściu. To był pomysł Zeno?! Zajrzałem do salonu. Muszę się uspokoić, bo w przeciwnym razie ich pozabijam, a Echthra dostanie dożywotni zakaz kontaktowania się i widywania z blondynem. Dlatego muszę się uspokoić.
- Co robisz?
- Sprawdzam prace domowe, kartkówki i prace klasowe.
- Naszej klasy też?
- Waszą już dawno sprawdziłem. Teraz siedze w I F.
- I jak ci idzie?- Zapytałem. Spojrzał na mnie znad kartek rozłożonych po całej podłodze. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego tak to sprawdzał.
- Tragicznie. Te cholerne bachory nie sluchają co się do nich mówi i robią takie głupie błedy.
- Każdemu się może zdarzyć. - Próbowałem ich bronić. Spojrzał na mnie jak na idiotę po czym sięgnął po pierwszą lepszą kartkę i zaczął czytać na głos.
- I when was tall will stay big, small dick.- Przeczytał. Parsknąłem śmiechem stając koło niego.
- Pokarz.- Kucnałem obok niego i zerknąłem na trzymaną przez niego pracę. Śmiałem się głośno czytając ją cicho pod nosem. Pokręciłem przecząco głową.- Skoro takie coś cię denerwuje to dlaczego zostałeś nauczycielem?- Zapytałem. Otworzył szerzej oczy i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Um... jako nauczyciel mogłem zarabiać a jednocześnie podróżować z uczniami po różnych miastach i nadal cię szukać.- Powiedział cicho. Teraz to ja byłem zaskoczony.
- Wiec zostałeś nauczycielem przeze mnie?
- Wiele swoich decyzji życiwych podjąłem dla ciebie. Nie przez ciebie.- Poprawił mnie. Przyglądałem mu się przez chwilę po czym potarmosiłem jego i tak już potargane włosy.
- Zawołaj mnie na kolację. Idę wojować z matmą.- Powiedziałem wstając z miejsca.- Jak ja nienawidze tego przedmiotu. I tego cholernego gościa z matmy też nie. Gdyby zabójstwo nie było karane zrzuciłbym dziada ze schodów.- Powiedziałem na głos i odwróciłem sie za siebie, aby jeszcze raz na niego spojrzeć. Siedział na podłodze trzymając ręke na czubku głowy. Uśmiechał się delikatnie. Jego policzki zdobił głęboki szkarłat. Oczy mu świeciły. Wyglądał dokładnie tak samo jak Zeno, kiedy Paxi do niego przychodził. Tylko przez takie coś... Eh Ypiréti są dziwni.
Uśmiechając się pod nosem wszedłem do pokoju aby stoczyć kolejny przegrany bój z matematyką.
***
- I wtedy ta laska dała Akagamiemu w ryja! Obkręcił się trzy razy dookoła swojej osi i wyłożył się jak długi na środku miasta.- Powiedziałem przebierając stertę płyt z filmami. Echthra chwile wcześniej przytargał z kuchni popcorn oraz dwie puszki coli. Nie zgodził się na piwo. Stwierdził, że dla mnie to za wcześnie. Nie chciałem nalegać.
- Też bym mu dał w ryja jeżeli by mnie dotnął.
- Ale oni ze sobą chodzą. A ty jesteś mój, więc jeżeli by cię ruszył to ode mnie by dostał w ryja.
- Mogą ze sobą chodzić, ale on nie ma prawa macać jej po tyłku w miejscu publicznym.- Zauważył. Uśmiechnąłem się pod nosem i podchodząc do kanapy podałem mu pewną kopertę, którą wyciągnąłem z tylniej kieszeni spodni.- Co to?- Zapytał.
- Zobacz.- Zachęciłem go nadal stojąc przed nim. Wział list do ręki i do niego zajrzał. Po chwili wlepiał we mnie swoje ślepia. Wykonał dziwny ruch jakby chciał mnie przytulić i jednocześnie się przed tym obronić.  A pierdole to. Zrobiłem krok w jego stronę i przyciągnąłem go do siebie. Z racji tego, że ja stałem a on siedział wtulał się w mój brzuch. Poczułem jak drgnął konwulsyjnie po czym objął mnie delikatnie. Poczułem się lekko. Tak jakby spłynął na mnie gorący snop światła. Zaskoczyło mnie to. Ogólnie nie lubie jak ktoś się do mnie klei, ale kiedy on mnie objął.... było innaczej. Przyjemniej. Lepiej. Lubie kiedy ON się do mnie klei.
- Gratulacje.- Powiedział cicho. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Będę musiał na wakacje pójść gdzieś dorobić, a później w rok szkolny czegoś na sobote i niedziele znaleźć, ale...
- Kalos....?- Zaczął niepewnie. Nie puścił mnie i nie uniósł głowy do góry.
- Tak....
- W wakacje możesz pracować, ale...
- Słucham?- Zapytałem oburzony. Jak to mogę pracować? O co mu chodziło?
- Ale to ja chcę opłacić reszte twoich studiów.
- Co?- Zaskoczył mnie.
- Nie chce, abyś pracował i studiował jednocześnie.- Mruknął wtulony w moją koszulkę.
- Co prosze?
- Wtedy już w ogóle nie będę cię widywał. Nie chce tego. Chce abyś studiował. Nie chce, abyś pracował. Prosze.- Powiedział cicho. A więc do tego pił. Pocałowałem go delikatnie w czubek głowy. Znowu drgnął.
- Oddam ci całą kase.
- Nie.... nie muszisz.
- Chcę.- Naciskałem. Niechętnie mi przytaknął.
- Tłumacz przysięgły. Zaskoczyłeś mnie.
- Siebie też.- Zaśmiałem się.- Oglądamy ten film?- Zapytałem. Puścil mnie z ociąganiem i usiadł wygodnie na kanapie. Spojrzałem na niego na chwilę po czym usiadłem koło niego tak blisko, że stylakaliśmy się ciałami na całej długości prawego (mojego) boku po czym złapałem go za lewą dłoń i oparlem się o oparcie kanapy.
- Co... co robisz?
- Siedze.
- Nie o to mi chodzi.
- Trzymam w ręce to co należy do mnie. Przeszkadza ci to??
- Nie!
- To nie marudź tylko oglądamy.
- Kalos?
- Tak?- Ciewake kiedy przestanie się bać zadawać mi pytania. Tak jakoś naszła mnie taka myśl właśnie w tym momencie.
- Nadal jesteś zły?- Zapytał. Spojrzałem na niego delikatnie po czym ponownie wlepiłem oczy w ekran telewizora.
- O co?
- O... o ten wypad.... do klubu?
- Jestem.- Zacisnąłem monciej palce na jego dłoni.
- A kiedy ci przejdzie? To już dwa miesiące. Przeprosiłem. Znalazłeś osiem osób, które wtedy chciały ze mną tańczyń i wysłałeś ich ponownie do szpitala po tym jak wyszli z niego po spotkaniu z moją pięścią.
- Powiesz mi kim jest dziewiąta osoba?- Zapytałem patrząc na niego. Nie wiem jaki wyraz twarzy zrobiłem, ale sie zarumienił i przecząco pokiwał głową.
- Ta osoba miała wieczór kawalerski. Na drugi dzień brała ślub. Pomogła mi, kiedy zleciałem ze schodów. Wtedy jej zapach na mnie przeszedł.
- Nie obchodzi mnie to. Też jej połamie szczeke oraz obie rece za to, że cię ruszyła.
- Ja na niego wpadłem.- Przypomniał mi oburzony. Przybliżyłem swoją twarz do jego. Wbił się w oparcie siedzenia.
- Chcesz zarobić kolejny szlaban?
- Nie dzięki. I tak mi głupio za tamten. Zdajesz sobie sprawę z tego ile ja mam lat, a ty mi szlaban dajesz?
- Zasłużyłeś.- Powiedziałem i pochyliłem się nad nim. Pocałowałem go delikatnie. Jęknął zaskoczony. Odsunąłem się od niego.- Co?
- Mnic...- Powiedział niewyraźnie.
- No co? Nie podoba ci się?
- Nie! Podoba! Bardzo!
- Wiec o co chodzi?
- Jestem zaskoczony.
- Czym?
- Tym, że mnie pocałowałeś.
- Dlaczego?
- Bo ty mnie nie całujesz.
- Co?
- No od kiedy ze mną zamieszkałeś nie pocałowałeś mnie ani razu od pierwszej nocy.
- Nie?- Zapytałem zaskoczony. Pokiwał przecząco głową uciekając gdzieś swoim spojrzeniem.
- Przecież później też się całowaliśmy.
- Dwa razy....
- No właśnie. Pamiętam. Dlaczego później tego nie robiłeś.... nie całowałeś mnie?
- Bo ty tego nie chciałeś.
- Co prosze?
- Bo ty tego nie chciałeś.- Powtórzył chowając głowę w ramionach. Uniosłem jego twarz do góry zmuszając go, aby na mnie spojrzał.
- Co?
- Mówię, że ty tego nie chcesz!
- Nie, nie, nie, nie, nie.- Zaprzeczyłem i złapałem go za lewą rękę po czym położyłem ją na swoich kroczu. Otworzył szeroko oczy.
- Dlaczego?- Zapytał jak skończony przygłup poruszając delikatnie ręką po moim na wpół twartym penisie.
- Bo ci za raz jebe.- Warknąłem na niego i oparłem głowę na jego barku.- Przygłupie! Jesteś pierwszą osobą z którą jestem w takim związku i niewątpliwie jesteś ostatni z którym będę. Nie będzie nikogo innego. Jestem młodszy od ciebie. Nabuzowany hormonami nastolatek-prawiczek! I jestem niższy niż ty.... nie zawsze mam sposobność, aby cię pocałować, a jak mam.... Boże! Chyba też mam prawo się wstydzić! Co wy wszyscy o mnie myślicie! Że jak jestem Ploiarcho, to rucham wszstko co się rusza i na drzewo nie spierdala?! Nawet teraz mi głupio, bo nie wiem czy mogę koło ciebie siedzieć, trzymać cię za rękę....
- Ja trzymam ci rękę na jajkach....- Wtrącił cicho. Jęknąłem głośno uderzając czołem w jego ramię. Zaśmiał się cicho.- Możesz mnie trzymać, siedzieć koło mnie, na mnie. Możesz mnie dotykać, przytulać, całować. Wręcz masz to robić. Ja tego pragne. Słyszysz? Pragnę.- Szepnął mi cicho do ucha. Pisnąłem zaskoczony, kiedy pomasował moje krocze. Akcja w filmie za moimi plecami rozgrywała się właśnie w najlepsze.
- Echthra....- Zacząłem cicho i odwróciłem twarz w bok. Widziałem teraz dokładnie jego szyje.- Kocham cię. Kocham najmocniej na świecie. Kiedy skończe studia przyjdę do ciebie z pierścionkiem oraz bukietem róż i ci się oświadcze. Proszę cię. Poczekaj na mnie cierpliwie do tego czasu.- Powiedziałem. Widziałem jak na jego szyje wkrada się szalony szkarłat, a żyła na niej pulsuje szybko.
- Kalos...
- Hmmm?- Mruknąłem cicho. Bałem się jego odpowiedzi.
- Σ 'αγαπώ” (czyt. S 'agapó).- Powiedział cicho. Usiadłem gwałtownie i spojrzałem mu w oczy. Patrzył na mnie calusieńki czerwony na twarzy i szyi. Rumieniec sięgał nawet jego uszu. Oblizałem się po ustach, kiedy po kręgosłupie przeleciał silny prąd, a serce i umysl stały się lekkie jakby ktoś ściągnął z nich kilkutonowy odważnik. Spojrzałem na niego. Drgnął. Uniosłem się na kolanach i wbiłem się w jego uchylone wargi ciągnąc go mocno w swoją stronę.
Chciałem znowu poczuć jego ciężar na swoim ciele.
- μου (czyt. mou).- Warknąłem mu do ucha i oplotłem jego biodra swoimi nogami.
Echthra mnie oznaczył.
Zaakceptował mnie.
Chciał mnie!
***
- Serio to zrobisz?- Zapytał Zeno, z którym siedziałem w samochodzie. Koło niego siedział Paxi, z którym trzy lata temu wzięli ślub oraz Akagami, któremu rok temu urodziła się córka, a który przyciągnął dzisiaj tutaj swoje cztery litery tylko po to, aby pogratulować mi zaliczenia obrony na studiach.
- Tak.
- Ale tak na poważnie serio?- Zapytał ponownine, kiedy Paxi zatrzymał się przed budynkiem mojego starego liceum. Spojrzałem na Zeno jak na namolną muchę.
- Tak.
- Wejdziesz tam...
- Tak.
- I tak po prostu....
- Tak.
- Pójdziesz....
- Tak, kurwa Zeno, tak!- Krzyknąłem na niego zatrzaskując drzwi czarnego auta. I bez tego się denerwowałem, a ten idiota musiał mnie jeszcze bardziej stresować. Spojrzałem w stronę budynku, wziąłem kilka głębokich wdechów i ruszyłem przed siebie. Wiedziałem gdzie będzie teraz Echthra. Na głównej auli, w której aktualnie odbywało się zakończenie roku szkolnego. Wiedziałem, że moje pojawienie się w szkole wywoła nie małe zamieszanie- w końcu nie byłem ulubieńcem nauczycieli i innych uczniów.
Otworzyłem gwałtownie wielkie drzwi od auli i wkroczyłem do niej dumnie przerywając wywód mojego starego dyrektora, który przerwał wypowiedź w połowie zdania z mikrofonem przyłożonym do twarzy. Gapił się na mnie szeroko otwartymi oczyma. Z resztą nie tylko on. Ale miałem ich wszystkich gdzieś. Niewzruszony parłem przed siebie, kiedy wypatrzyłem go na ławeczce nauczycielskiej. Siedział tam. I on też się na mnie gapił. Z szeroko otwartymi oczyma oraz buzią. Stanałem przed nim. Nie podniósł głowy. Siedział jak zamurowany. Uklęknąłem przed nim na lewym kolanie i trzymając w prawej dłoni bukiet czerwonych róż, a w lewej otwrte pudełeczko ze srebrną, prostą obrączką spojrzałem mu w oczy.
- Echthra czy uczynisz mi tę przyjemność i zostaniesz moim mężem?- Zapytałem. Gapił się na mnie jak sroka w gnat.
- Co?- Zapytał cicho. Nie odpowiedział. Zapytał.
- Wyjdziesz a mnie?
- Co?
- Czy staniesz ze mną na ślubnym kobiercu?- Zapytałem starając się panować nad swoimi nerwami. Ja tu się staram. Padam przed nim na kolana. A on nie udziela mi odpowiedzi tylko zadaje głupie pytania.
- Co?
- Jajco imbecylu. Się kurwa pytam czy za mnie wyjdziesz baranie jeden!- Wydarłem się na niego. Drgnął i otworzył szerzej oczy (to w ogóle anatomicznie możliwe?). Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Jebne mu. Od ponad trzech lat obiecuje, ale w końcu mu jebne!
- Tak! Tak! O Boże! Kategorycznie tak!- Zawołał i pociągnął mnie w swoją stronę zamykając mnie w swoich ramionach. Poczułem ciepło rozchodzące się po moim wnętrzu.
- No i tak ma być.- Mruknałem pod nosem, kiedy usłyszałem jego szczery śmiech. Tak ma być. On szczęśliwy, roześmiany przy moim boku.
Już do końca życia....

*******************************
taram!
tyle czasu zabrałam wam z życia, ale mam nadzieje, że warto było na przeczytanie tej wypociny:)
pozdrawiam Gizi03031

niedziela, 7 kwietnia 2019

Disappeard memories- One Shot

:)
kolejny dodatek:-)
***************************************
Odrzucając książkę na bok Johen von Treskow nie spodziewał się, że uderzy ona w głowę jego współlokatora, który od kilku godzin ślęczał nad projektem z plastyki i postanowił się usadowić na podłodzę.
Luigi Balamonte odwrócił się bardzo powoli w stronę zielonowłosego po czym zgarnął książkę z podłogi i spojrzał na nią. Wiedział, że i tak nie zrozumie o co w niej chodzi. Nie zrozumiał samego tytułu. A to znak, że książka była napisana w języku ojczystym tego cholernego Niemaca.
- Przepraszam. Nie zauważyłem cię.- Powiedział Johen siadając na swoim łóżku i wyciągając rękę w stronę swojej własności.
- A no tak... jestem tak zajebiście mały, że mnie nie widziałeś.- Warknął Włoch ciskjąc do niego jego własnością. Johen złapał ją z cichym jękiem, kiedy róg twardej okładki wbił mu się w klatkę piersiową.- Pięknie dzięki!
- Przeprosiłem...
- Gdybyś nie rzucał tą stertą makulatury nie musiałbyś teraz udawać, że ci przykro.- Warknął Włoch. Johen zacisnął mocno zęby. Wiedział, że chłopak będzie teraz poddenerwowany. Do ostatniej chwili zwlekał z projektem z plastyki oraz muzyki i teraz musiał to szybko nadrabiać. A nie za bardzo radził sobie z obu tych przedmiotów. Teraz pewnie będzie się na nim wyżywał, a kiedy jak zawsze dostanie pozytywną ocene za projekty przyjdzie do niego z piwem, aby opić jego sukces. Johen bez słowa usiadł przy swoim biurku. Założył na uszy słuchawki i zabrał się za swoją robote. Wiedział, że do jutra musi skończyć aż trzy strony swojej nowej mangi. W tym tygodniu dostał jedną kolorową stronę, którą zostawił sobie na dzisiaj. Jeżeli do północy nie wyśle do swojego wydawcy screen'ów swojej pracy ten jak nic wparuje do ich pokoju po pierwszej nad ranem i nie pozwoli mu spać dopóki tego nie skończy.
A Johen chciał, aby w tym tygodniu jego wydawca był z niego zadowolony i nie kazał mu nakładać żadnych poprawek w swojej pracy. Obiecano mu wolną sobotę, jeżeli tylko jego praca będzie bez zarzutów. A bardzo zależało mu na tym dniu wolnym. To były jego urodziny. Zawsze z przyjaciółmi spędzali swoje urodziny razem. Od dwóch lat Johen na każdych z nich był zabiegany. Wpadał na umówione spotkanie z nałęczem kartek i ołówków i świętował w międzyczasie coś rysując aby wyrobić się z czasem.
W tym roku tak nie chciał.
John powiedział, że na cały weekend idą z chłopakami do jego mieszkania. Nie będą musieli wracać do akademika. Tylko poprosił go, aby na ten jeden dzień Niemiec uporał się ze swoją pracą. Johen obiecał i tak od trzech dni poświęcał każdą wolną chwilę na dopracowywanie swoich prac. Miał szkice każdej ze stron. Porobił kilka kopi i na kopiach nanosił proprawki sprawiając, że szkice zaczeły przypominać bardziej prawdziwe osoby oraz miejsca. Oryginalne szkice miał schowane w teczce na szczycie szafy. Przerobione kopie z dziewietnastoma kartkami schnęły porozwiedzane na sznurku rozpiętym nad jego łóżkiem. Tusz musiał wyschnąć, aby prace były estetyczne i dobrze zrobione. Wiedział, że musi przez to przejść jeszcze trzy razy przy czym przy ostatniej stronie musi nanieść jeszcze kolor.
Kiedy wszystko już będzie zrobione ponakłada tam gdzie trzeba teksty i będzie mógł to wysłać. Wiedział ile czasu zajmie mu zrobienie stron bez koloru. Ile czasu ma poświęcić na kolor. Jeżeli mu się uda to jego wydawca dostanie rozdział już przed godziną policyjną w ich akademiku.
Uśmiechnął się delikatnie. On miał pracę praktycznie skończoną, za dwa dni jego urodziny, dwójka z jego trzech przyjaciół był szczęśliwa, a kiedy ten idiota z jego pokoju dostanie pozytywną ocenę za projekty i przestanie się do niego o wszystko rzuać znowu wszystko wróci do normy i będzie miał święty spokój.
Ułożył na biurku kupkę kartek gotową na przyjęcie w swoje skromne progi tekstu kiedy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzał za siebe. Lugi był w łaziecne. Chłopak słyszał jak jego współlokator parzy wodę w przemyconym potajemnie czajniku, który ukryli w łazience. Wypuścił głośno powietrze z płuc i podszedł do drzwi otwierając je delikatnie. Za drzwiami stała Colette, siostra jednego z jego przyjaciół.
- Co tam młoda?- Zapytał uśmiechając się do niej szeroko. Ta dziewczyna koiła jego wszelkie nerwy. Czasami żałował, że to nie w niej ulokował swoje uczucia, ale wiedział, że serce nie sługa i nadal potajemnie wzdychał do osoby, która miała go głęboko gdzieś i nigdy nie odwzajemni jego uczuć.
- Jak długo będziesz do mnie mówił młoda?- Zapytała oburzona w zabawny sposób wydymając policzki do przodu. Zaśmiał się głośno.
- Kiedy będziesz starsza ode mnie.- Zauważył chłopak. Dziewczyna fuknęła na niego jak na idiotę.
- Przecież to jest fizycznie niemożliwe!
- No i masz swoją odpowiedź. Więc... co cię sprowadza do tego pokoju rozpusty?- Zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego dokładnie i pokręciła przecząco głową. Pokazała mu małą toreczkę, którą trzymała w ręku. Chłopak przyjął ją i zajrzał do środka.- O. Moje noże i tusze. Przydały się?- Zapytał. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Tak. Dzieki tobie dostałaaaa.....o.o. Uważaj!- Krzykneła. Chłopak odwrócił się gwałtownie w stronę pokoju i zamarł momentalnie. W ostatniej chwili zdążył zauważyć jak Luigi potknął się o swój pojemnik z kredkami, stanął noga na rozwalonych wszędzie kartkach, pośliznął się do przodu. Lecąc na twarz wyrzucił w górę kubek z gorącym napojem. Najpierw było słychać łoskot upadającego ciała. Jego głośny jęk po czym trzask rozbijanego kubka. Włoch zaklnął szprzetnie ubolewając nad strzaskanym naczyniem i utratą gorącej, aromatycznej kawy po czym spojrzał do góry i zamarł.
Wiedział jedno.
Jest trupem.
Wykastrowanym trupem, który w ustach ma swojego obcietego chuja.
Odwrócił się powoli w stronę drzwi i drgnął, kiedy przed jego twarzą zatrzymało się ostrze noża do papieru, z jakich zawsze korzystał Niemiec.
- Johen...- Zaczął niepewnie. Niemiec spojrzał na niego z żądzą mordu w oczach.
- Wypierdalaj.
- Johen.... to był wypadek...
- Wypierdalaj. Mi. Z. Tego. Pokoju.
- Johen....- Włoch ostatni raz spróbował załagodzić sprawę. Chłopak rzuciał w niego jednym z noży i wygrzebał z opakowania, które przyniosła mu Colette kolejne ostrze.
- Zu sterben! Dummer schwantz!- Wrzanął Johen z całych sił powstrzymując cisnące mu się do oczu łzy. Luigi wiedział, że teraz nic nie wskóra. Poderwał się ze swojego miejsca i czmychnął w stronę drzwi, kiedy Niemiec ponownie rzucił się na niego z nożem w ręku. Ten narwaniec poważnie gotowy był z niego zrobić kastrata.
- Masz przejebane.- Zauważyła inteligentnie Colette, kiedy chłopak zaczął szybko przemierzać korytarze akademika.
- No co ty nie powiesz?- Warknął na nią. Ta się tylko zaśmiała i poszła w stronę swojego pokoju. Chłopak odczekał chwilę i udał się do pokoju znanej sobie parki idiotów. Zapukał do nich i wszedł po chwili kiedy ułyszał "proszę". Spojrzał na Johna oraz Didiera, którzy siedzieli przy stoliku i grali w chińczyka. Uniósł wymownie brew do góry, ale łaskawie nie skomentował tego co tutaj zobaczył.
- Co tam?- Zapytał Didier rzucając kostką i przesówając się jednym ze swoich pionków o trzy pola do przodu.
- Mogę u was przeczekać, aż Johenowi przejdzie?
- Co mu przejdzie?- Zapytał John, którego teraz była kolej rzucania kostką.
- Wywalił mnie z pokoju.- Zauważył Włoch. Obaj jego przyjaciele spojrzeli na niego zaskoczeni.
- Co mu zrobiłeś, że cię wyjebał skoro wiedział, że masz dwa projekty przed sobą. Musiałeś nieźle czymś wkurwić naszą księżniczkę.- Zauważył John.
- Nie mów na niego księżniczka.- Powiedzieli jednocześnie Luigi oraz Didier.
- Mniejsza. Więc? Co tym razem zbroiłeś?
- Przewróciłem się.
- O jejku.
- Zbiłem kubek.
- No na serio. Powód godny wygnania cię z twojego terytorium.- Zakpił John. Luigi nic sobie nie robił z jego docinek.
- Razem z gorącą kawą.
- I poparzyłeś sobie rąsie?- Zapytał John.
- Kubek z kawą rozbił się na biurku Johena.- Dodał. John razem z Didierem spojrzeli na niego gwałtownie.- Na biurku, na którym kurwa był jego nowy rozdział.- Zakończył swoją opowieść.
- Ty mu oddasz swoje łóżko czy ja mam to zrobić?- Zapytał Didier patrząc na swojego lokatora.
- Ty mu oddaj łóżko, a ja mu załatwie miejsce na cemntarzu.- Powiedział całkiem powarznie John. Luigi jeknął głośno osówając się w dół ściany. Ukrył twarz w dłoniach. Już się bał tego co ten choleryk wymyśli, aby się na nim zemścić. Włoch wiedział, że ten pewnie teraz siedzi u nich w pokoju, płacze i na szybkiego próbuje naprawić to co się da.
Znał jego sposób pracy. Johen na każdym etapie pracy tworzył jej kopie i chował w odpowiedniej teczce. Dlatego teraz pewnie otworzył teczkę z ostatnim etapem swojej pracy i będzie na kopi wszystko naprawiać. A wiedział, że wcześniejszy etap to praktycznie wszystko, tylko wypełnianie tuszem, robienie tła, nadanie koloru oraz tekstu to ostatni etap, który zamyka w ostatniej teczce, a którgo nie zdołał tym razem zrobić. Będzie musiał wszystko naprawić, gdzie zrobienie tego wszystkiego normalnie zajmuje mu dwa dni, a teraz miał na to kilka godzin.
- Idę do niego.- Powiedział rapotnownie wstając z podłogi.
- Szybciej chcesz zginąć?- Zapytał John.
- Może będę mógł mu jakoś pomóc.
- Ma dwa dni na to.
- Za dwa dni są jego urodziny, a nie chce aby na nich siedział z nosem w kartkach.- Warknął Włoch i z dusza na ramieniu wrócił do swojego pokoju nie chcąc nawet sobie wyobrażać tego co to będzie się z nim za chwilę działo.

^^~^^
Odstawił pusty kieliszek na stole i ruszył za zielonowłosym na balkon. Chłopak od dwóch dni się do niego nie odzywał i unikał go jak ognia. Nawet dzisiaj w dzień swoich urodzin postanowił go ignorować, co nie podpasowało Włochowi do gustu. Spojrzał na jego plecy i wypuścił cicho powietrze patrząc na kłeby pary jakie wydobyły się z jego ust. Nie miał się co dziwić. W końcu w środku zimy był to normalny efekt i często spotykany. Spojrzał na Niemca, który miał na sobie koszulkę. Od samego patrzenia się na niego robiło mu się zimno. Zarzucił mu na ramiona koc, który tutaj ze sobą przytargał.
- Rozchorujesz się.- Powiedział. Johen drgnął delikatnie po czym spróbował zrzucić z siebie podarowany mu przez przyjaciela koc.
- Mówiłem ci, że masz się do mnie nie odzywać ani się do mnie nie zbliżać.
- Przeprosiłem.
- Czekaj, jak to było "gdybyś nie rzucał kubkiem nie musiałbyś teraz udawać, że jest ci przykro" czy jakoś tak.- Warknął zielonowłosy. Luigi zacisnął delikatnie zęby.
- Co mam zrobić abyś mi to wybaczył?- Zapytał Włoch. Wiedział, że tylko w taki sposób może coś wskórać.
- No nie wiem. Może rozbierz się do gaci i siedź na tym balkonie do północy. A zresztą daj mi spokój!- Warknął Johen i wymijając go wrócił do mieszkania. Naprawdę był na niego wściekły. Mimo tego, że ten wrócił do pokoju, a za nim przyszedł John i Didier, który ściągnął do pomocy siostrę i jej przyjaciółkę i zaproponowali mu pomoc w naprawianiu szkód wyrządzonych przez Włocha, dopiero dzisiejszego poranka udało mu się wysłać prace do wydawcy, który oczywiście jęczał mu przy tym przez telefon jakieś dwie godziny. Gdyby ten przygłup nie porozwalał swoich kartek po podłodze i by się gapił jak chodzi nic takiego by nie miało miejsca, a tak... był zły i nie mógł tak łatwo mu odpuścić.
- Oj! Stary! Ocipiałeś?!- usłyszał zaskoczony krzyk John'a. Odwrócił się do niego. Didier stał jak zamrożony w przejściu na balkon. A koło niego John. Obydwoje gapili się na coś czego Johen nie mógł zobaczyć. Wiedziony swoją wrodzoną ciekawością ruszył w ich stronę i stanął oniemiały, kiedy zobaczył Luigiego siedzącego na jednym z krzesełek na środku balkonu. Ale nie to było dziwne. Chłopak miał na sobie wyłącznie czarne odcisłe bokserki i nic więcej. Gapił się w kierunku miasta ignorując ich spojrzenia.
- Luigi?- Zapytał delikatnie Didier. Włoch odwrócił głowę w drugą stronę, aby tylko na nikogo nie patrzeć. Jeżeli w ten sposób zielonowłosy mu wybaczy będzie siedział na tym jebanym balkonie do osranej śmierci. Zdawał sobie sprawę z tego, że zachowuję się jak idiota, ale nie ma osoby zakochanej, która zachowuje się normalnie. Tym bardziej, że była to prośba chłopaka, w którym podkochuje się od jakiegoś roku. A nie może zdradzić swoich uczuć jeżeli nie chcę zniszczyć ich długoletniej przyjaźni. Dlatego milczał. Dlatego z każdym dniem chodził coraz bardziej wkurwiony. Dlatego zniszczył prace Niemca.
- Luigi.- Johen wszedł na balkon przeciskając się między przyjaciółmi.- Nie wygłupiaj się. Rozchorujesz się.
- To nie jest ważne.
- Chodź do środka.
- Nie.- Zazgrzytał zębami. Jak nic po tym wyląduje w szpitalu z zapaleniem płuc, ale nie interesowało go to. Poczuł jak ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.
- Proszę cię. Chodź.- Głos Johena brzmiał bardzo cicho. Nie mógł uwierzyć, że ten idiota wziął go na poważnie. Nie chciał, aby chłopak się rozchorował. Wtedy by pewnie szalał z przejęcia i zamartwiałby się za wsze czasy. Był typem osoby, która będzie się martwić o tego kótrego kochała, ale wszystko zgoni na zamartwianie się o swojego przyjaciela. Przecież nie powie mu, że się o niego martwi. To by zniszczyło ich przyjaźń. A wolał Luigiego-przyjaciela, niż żadnego.
- Gniewasz się?
- Nie. Chodź.- Nalegał Niemiec. Po chwili cała czworka była ponownie w ciepłym mieszkaniu. Luigi zarobił cios w tył głowy od Francuza.
- Didi?- Zapytał John, kiedy Luigi skierował swoje kroki do łazienki, aby się ogrzać i ubrać w coś ciepłego.
- Taaak??- Francus wiedział, że niebieskowłosy wykombinuje coś głupiego.
- Sprawdzasz dziasiaj czy bedziesz hetero po szcześciu piwach?
- Zapomnij. Dzisiaj ty smarujesz dupe.- Pokazał mu język i zamarł kiedy ten się pochylił w jego stonę i szpenął mu coś na ucho. Zaśmiał się cicho.- Wchodzę w to.
- W co?- Zapytał Luigi.
- Na kolejna impreze zaprosimy jeszcze kilka osób i na nich sprawdzimy czy hetero jest hetero do szóstego piwa.- Zaśmiał się cicho i wtulił w ramiona swojego chłopaka. Spojrzał na swoich przyjaciół i zobaczył coś czego oni nie mogli zobaczyć, kiedy zerkali na wtuloną w siebie parę. Nie widzieli w swoich oczach tęsknoty i zazdrości. Didier i John już dawno zorientowali się jakimi uczuciami chłopacy do siebie pałają. Z poczatku chciali to zostawić w ich rękach, ale doszli do wniosku, że jeżeli nadal pozwolą im decydować to ci na zawsze pozostaną przyjaciółki....
Muszą subtelnie ich ku sobie popchnąć, aby ci myśleli, że sami się ze sobą zeszli i w końcu będę szczęśliwi...
A co bardziej jak nie alkohol uwydaczniał nasze myśli i pragnienia...?
Didier wyciągnął kolejną butelkę wódki i polał nic niepodejrzewającemu Niemcowi i Włochowi następną kolejkę palącego trunku....

***********************
i tak to było z naszym Niemcem i Włochem właśnie:D
pzdr Gizi03031