niedziela, 4 czerwca 2017

11„Każdy ma jakieś uzależnienia.”11

Hejka.
No już po woli zbliżamy się ku końcowi tego opowiadania. Aż czuje taki malutki, maciupenki żal....
*******************
Przede wszystkim oddychać. Musiałem pamiętać  o najważniejszym.
Oddychanie.
Spokojne.
Relaksujące. 
Głębokie oddechy, które poczuje nawet na końcówkach włosów. Kiedy w końcu udało mi się oddychać tak jak tego chciałem- albo chociaż ocierać się delikatnie o taki typ oddechu jaki chciałem- kolejnym punktem który musiałem w tej chwili poruszyć było zachowanie spokoju.
Tak. Jeżeli będę spokojny, nie będę wykonywał gwałtownych ruchów ani nie będę się szarpał to będzie dobrze. W sumie i tak nie będzie dobrze, ale na pewno będzie lepiej niż by było gdybym jednak nie zachował upragnionego przeze mnie spokoju.
No i najważniejsze. Cierpliwość. Coś czego mi zawsze brakowało. Od kiedy sięgam pamięcią zawsze działałem impulsywnie nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów oraz słów- no ale proszę kto śmiertelnie chory by się przejmował tym co robi i co mówi skoro nie wie, kiedy na dobrą sprawę kopnie w kalendarz- więc nie miałem zamiaru tym razem pozwolić pójść się jebać mojej cierpliwości. Niech chociaż ona zostanie ze mną nietknięta przez tego zboczeńca niewyżytego.
Ja mogę być jebany, ale moją cierpliwość, która dopiero przy nim nauczyła się raczkować, proszę zostawić w spokoju.
Z mojego gardła wyrwał się głośny jęk bólu, kiedy jego palce wbijające się w mój kark boleśnie wgniotły mi pół twarzy w ścianę, o którą się opierałem, a on zagłębił się w moim wnętrzu jeszcze mocniej. Przeciągnąłem paznokciami po szorstkiej frakturze ściany próbując się uspokoić.
Poczułem jego zęby wbijające się w moje ramię. Zakwiliłem cicho. Dzisiaj wcale mi się ten sex nie podobał. Był bolesny, nieprzyjemny i brutalny. No i jakby mu było mało musiał mnie ugryźć.
Wciągnąłem głośno powietrze przez zaciśnięte zęby, kiedy wbił się we mnie aż do samej nasady odchylając moją głowę do tyłu. Nogi mi zadrżały kiedy poczułem jak coś ciepłego zalewa mnie od wewnątrz. Oddychałem ciężko wsłuchując się w jego oddech.
On doszedł.
Ja nie.
Wysunął się ze mnie powoli obejmując mnie jedną ręką w pasie. Bez słowa pomógł mi dojść do łóżka, na którym położyłem się na brzuchu i odwróciłem głowę w drugi bok, aby na niego nie patrzeć. Nie chciałem dzisiaj oglądać jego twarzy. Im szybciej pozwoli mi stąd pójść tym lepiej. Tylko nie wiedziałem co mu się w tej jego wampirzej łepetynie ubzdurało, więc póki mi nie powie nie mogłem się ruszać z jego komnat. Widziałem przed sobą delikatnie odsłonięte okno, którego nie zasłaniała niechlujnie zasunięta przez niego kotara. Drzwi znajdowały się za moimi plecami. Tak samo jak on. Czułem na sobie jego spojrzenie.
Dlaczego musiałem pokochać kogoś takiego jak on? Nie mogłem odnaleźć na to pytanie odpowiedzi. Przecież jest tyle ludzi i potworów na świecie, a ja musiałem się zakochać właśnie
w kimś takim jak on. Zacisnąłem mocniej zęby na dolnej wardze starając się stłumić cichy szloch. Drugi raz w życiu mnie tak potraktował. Jak zwykłą, brudną szmatę. Mimo, że uprawiałem z nim seks wiele razy dopiero drugi raz poczułem się jak typowe naczynie na jego spermę oraz worek z krwią.
W pozostałych przypadkach okazywał wiele uczuć i delikatności, nawet jak na niego było tego bardzo dużo. Ale dzisiaj… przeszedł samego siebie. Ciekawe jak bardzo by to bolało gdybym się wcześniej
w łazience nie przyszykował.
Taaa….
W trakcie kąpieli strzeliłem sobie szybką palcówkę- podejrzewam, że Marco o tym wiedział
i wszystko słyszał chociaż starałem się być cicho- i bardzo dobrze się nawilżyłem ponieważ
w podświadomości przeczuwałem co się ze mną stanie jak tylko przekroczę próg jego komnaty.
- Ezra.- Odezwał się cicho za mną. Drgnąłem, ale na niego nie spojrzałem.
- Hmmm?
- Odpocznij jeszcze trochę i…
- Mhy.- Przerwałem mu z wielką gulą w gardle. Podejrzewałem czego mógł chcieć, ale miałem cichą nadzieję, że jednak się mylę i wcale, a to wcale nie przeleci mnie już dzisiejszego dnia.
- A i jeszcze jedno.- Powiedział Azazel. Wciągnąłem głośniej powietrze przez nos. Czego on jeszcze chce? Skoro Wielki, pierdolony (wiem, że to prędzej ja taki jestem, ale mniejsza o większość) Łaskawca dał mi chwilę czasu na odpoczynek przed następną rundą to dlaczego mi go zabiera i ględzi do mnie trzy po trzy?
- Tak?- Zapytałem cicho. Wiedziałem, że jeżeli odezwę się głośniej to głos mi się załamie.
A tego nie chciałem. Nie przy nim. W końcu i tak by się tym nie przejął, albo by powiedział, że mam przestać wyć i mam rozkładać nogi aby ten bez problemu mógł mnie posuwać tak szybko i tak mocno jak sobie tego zażyczy. 
- Od dzisiaj masz zakaz chodzenia samemu do Sebastiana. Jak coś od niego chcesz mówisz mi
o tym, a ja...- Urwał, kiedy usiadłem gwałtownie na łóżku i sycząc z bólu spojrzałem w jego stronę. Nie interesowało mnie to, że widzi moją zalaną łzami twarz! 
- CO?!- Krzyknąłem piskliwym głosikiem. Przyglądał mi się przez chwilę oniemiały po czym zmarszczył brwi i pochylił się delikatnie w moją stronę. Cofnąłem się odruchowo chociaż teraz tego nie chciałem. Nie miałem zamiaru pokazywać mu jaki to ja jestem nieszczęśliwy i w ogóle.
- Chcesz odwiedzić Sebastiana zabierasz mnie ze sobą do jego wierzy.- Powiedział. Zacisnąłem mocno dłonie w pięści.
- Co ci znowu odpierdoliło?- Zapytałem przez zaciśnięte zęby. Zmarszczył czoło. 
- Nie podoba mi się twoje słownictwo.- Zauważył przyglądając mi się uważnie. Spojrzałem hardo w jego oczy.
- Mam to głęboko w dupie.- Warknąłem. Złapał mnie boleśnie za rękę przybliżając swoją twarz do mojej. Obnażył niebezpiecznie zęby. 
- Jak chcesz, to za chwilę możesz mieć coś innego dość głęboko w dupie.- Zauważył. Moja warga ostrzegawczo podążyła do góry. Ostatnio zauważyłem, że kiedy czuje się zagrożony dorobiłem się takiego tiku nerwowego. Moja warga podążała do góry. Prychnął na mnie kpiąco i popchnął mnie ponownie na poduszki. Przez całe moje plecy przeszedł ostry ból. Syknąłem głośno.
- Ktoś taki jak ty, kto nie potrafi zapanować nad tym co trzyma w swoich gaciach nie będzie mi mówił co mam robić, a co nie. Jak będę chciał to będę się spotykał z kim chce, gdzie chce i jak chce. I nie będę potrzebował ani twojej zgody, ani twojej osoby na tym spotkaniu!- Wydarłem się na niego leżąc na poduszkach, w które po chwili sam sie mocniej wbiłem kiedy ten pochylił się nade mną, a w moja stronę zerkały wściekle czerwone oczy. Azazel obnażał długie zęby.
Nigdy wcześniej nie pokazał ich aż takich długich. Przełknąłem głośno ślinę...



^^~^^


Zamknąłem za sobą cicho drzwi. Miałem nadzieję, że nie obudzę Marco. Podszedłem cicho pod drzwi od łazienki. Zerknąłem przez ramie na śpiącego chłopaka. Jego cienka kołdra zsunęła się delikatnie na jego wystające biodra. Mój wzrok wbrew mojej woli podążył na jego ramie, na którym widniała wielka blizna szarpana, która była wynikiem ataku psa, ale z tego co się zdążyłem ostatnio dowiedzieć to nie był żaden pies tylko... no dobra. Może był to pies, ale nie taki jak każdy normalny człowiek sobie wyobrażał.
Ciekawe jak to się stało? Musiałbym zapytać Marco ale wątpię aby mi powiedział. W końcu okazało się, że to wierny piesek naszego Pana Ziemskiego, a nie jak myślałem mój przyjaciel. Pewnie zaczął sie ze mną zadawać, bo on mu tak kazał czy jakoś tak.
Wypuściłem głośno powietrze z płuc. Nawet nie chciałem o tym wszystkim myśleć. To było dla mnie jak wielki ból w dupie, który tak na marginesie właśnie odczuwałem. Wszedłem cicho do łazienki i stanąłem jak wryty. Wanna była zapełniona do połowy jeszcze parującą wodą. Na szafce niedaleko zlewu leżało pełno jakiś mazideł oraz bandaże i plastry. Zamknąłem za sobą cicho drzwi
i na chwiejnych nogach podszedłem do lusterka. Spojrzałem na swoje odbicie i z głośnym świstem wciągnąłem powietrze przez nos.
- O kurwa!- Usłyszałem głos za sobą. Odwróciłem się w miarę szybko (stan mojego ciała nie pozwalał mi za bardzo szaleć) i spojrzałem na stojącego w drzwiach Marco. Przecierał zaspany oczy. Spojrzał na mnie i pokiwał przecząco głową.- Wy się w basenie z gwoździami jebaliście czy jaki chuj.
- Przestań.- Powiedziałem cicho i odwróciłem się do niego tyłem ściągając z siebie całkowicie zniszczoną i poplamioną od krwi (i nie tylko) bluzkę. Cisnąłem ją do konta i spojrzałem na swój tors. Skrzywiłem się widząc głębokie bruzdy, z których wyciekała krew. Bruzdy po paznokciach to nie jedyne ślady jakie mi zostawił. Pełno śladów po jego długich i ostrych zębach. Pełno malinek jak
i siniaków.
- Nieźle musiał być wkurwiony.- Zauważył Marco kiedy bez skrępowania zdjąłem przy nim swoje spodnie razem z poplamioną od krwi i spermy bielizną. Podszedł do mnie i podając mi pomocną dłoń pomógł mi wejść do wanny. Z moich ust wyrwał się głośny jęk. Kiedy tylko zanurzyłem się do połowy w wodzie zadrżałem na całym ciele.- Mówił ci dlaczego jest taki zły?
- Nie. Tak w ogóle ja nie wyglądam tak ponieważ on był zły o coś, co stało się za murami zamku. Ogólnie za tamto to w porównaniu z tym, co było później nie było wcale tak źle.- Powiedziałem i zaśmiałem się głośno. Nabrałem do rąk sporą ilość wody i chlupnąłem nią sobie prosto w twarz. Zakaszlałem głośno.
- Co masz przez to na myśli?
- Wyglądam tak...- Powiedziałem i pokazałem na swoje ciało.- Bo powiedziałem mu, że ktoś taki jak on, kto nie potrafi zapanować nad tym co trzyma w swoich gaciach nie będzie mi mówił co mam robić, a co nie i że jak będę chciał to będę się spotykał z kim chce, gdzie chce i jak chce. I że nie będę potrzebował ani jego zgody, ani jego osoby na tym spotkaniu.- Powiedziałem sięgając po jedno
z tych delikatniejszych mydeł, aby móc chociaż trochę zmyć z siebie ślady krwi, potu i spermy.
- Mogę ci zadać pytanie?- Zapytał siadając na krawędzi wanny. Kiwnąłem twierdząco głową myjąc dokładnie włosy.- Czy ty masz z deklem coś nie tak? Po chuj mu takie coś powiedziałeś? Życie ci nie miłe?
- Wiesz...- Zacząłem. Spłukałem dokładnie piane z włosów i zabrałem się za delikatne mycie swojego ciała.- Z moją chorobą, nie wiadomo kiedy umrę więc nauczyłem się, że nie mogę sobie pozwolić na to aby czegoś nie powiedzieć, albo czegoś nie zrobić skoro nie wiem jak długo
w porównaniu z innymi przyjdzie mi żyć na tym świecie. A nie chcę żałować, że czegoś nie powiedziałem lub nie zrobiłem.
- I chcesz mi powiedzieć, że nie żałujesz swoich słów.
- Nie żałuje ich. Żałuje tylko tego, co on mi po nich zrobił. Utwierdził mnie tylko w moich słowach, które ci powiedziałem nim do niego poszedłem.- Wzruszyłem ramionami i na chwiejnych nogach wylazłem z wanny. Marco podał mi puchowy ręcznik i czekał aż się wysuszę. Podszedł
w międzyczasie do szafeczki i zaczął otwierać wszystkie mazidła jakie się tam znajdowały. W moje nozdrza uderzył silny zapach ziół. Wciągnąłem głęboki i uspokajający oddech.- Dobrze, że mnie Paul albo Bolin nie złapali na korytarzu jak przemykałem pomiędzy jego pokojem, a swoim.- Powiedziałem i podszedłem do niego. Odwrócił się do mnie i bez skrępowania zabrał się za smarowanie prawie całego mojego chciała tym ustrojstwem, które rzekomo ma  mi pomóc w szybszym leczeniu.
- Nie chcieli ci uprzykrzać bardziej życia.- Powiedział. Spojrzałem na niego zaskoczony. Unikał mojego wzroku.
- Nie rozumiem. O co ci chodzi?
- Cały zamek cię słyszał...- Odparł dość cicho nawet jak na niego. Zamarłem wpatrując się
w niego oniemiały. Jak to cały zamek... mnie... słyszał...?
- O.o. A-Aha.- Powiedziałem. Nie było mnie stać na nic więcej. Przecież... Eh. Jak to wszystko mogło się stać? Teraz to chyba na serio chciałbym umrzeć.
- Nie przejmuj się...
- Marco nie prowokuj mnie. Przecież... oh... Boże... przecież wy to wszystko... wszystko?
- Ja w połowie dałem za wygraną i odebrałem sobie słuch. Wiedziałem, że moje uszy będą się z godzinę leczyć. Więc tak to zostawiłem. Ale wątpię aby inni się tak dla ciebie poświęcili.
- Proszę cię... zabij mnie...
- Jutro rano jak wstaniesz to będziesz prawie martwy.- Powiedział i umył dokładnie ręce. Wytarł je i zabrał się za zawijanie mojego ciała bandażami.
- Ja nie chcę być prawie martw, tylko...
- Nawet jeżeli tego chcesz nie wypowiadaj tych marzeń na głos. Chyba sobie wyobrażasz co to by było kiedy Azazel by się o tym dowiedział....
- Przestań.- Zadrżałem, kiedy przed oczami stanęła mi jego twarz.
- Czyli rozumiesz.
- Dlaczego on mnie wtedy nie zabił jak mu pierwszego dnia strzeliłem i w ogóle?
- Nie wiem. Nie siedzę w jego głowie.
- Ale przecież go znasz...?
- Jako jego pies.- Powiedział i zaśmiał się kpiąco.- Możesz się ubrać. I chodź do pokoju. Zrobiłem ci ciepłej herbaty i powiedziałem, że mają nam dostarczyć ciepłej owsianki dla ciebie.
- Nie jestem głodny...
- Wiem, ale musisz coś zjeść.
- Eh...- Jęknąłem tylko kiedy zostawił mnie samego w łazience. Ubrałem się pospiesznie
w swoją pidżamę i wróciłem do pokoju. Marco stał przy oknie i wpatrywał się w niebo. Spojrzałem tam gdzie on. Pełnia.- Ty się nie zamieniasz w czasie pełni?- Wypaliłem inteligentnie. Spojrzał na mnie. Jego twarz była zniekształcona. Oczy złote. Obnażone zęby. Przystanąłem jak wryty. Marco wziął kilka głębokich wdechów, a jego twarz po chwili przybrała swój normalny wyraz.
- Sorry. Dawno się nie zamieniałem i najnormalniej w świecie ciągnie mnie do tego.
- Dlaczego się nie przemieniałeś?
- Mogę to zrobić tylko kiedy jest przy mnie Azazel. Bez niego nie mogę dokonać pełnej przemiany.
- Dlaczego?
- Nie panuję wtedy nad sobą. To on to robi.
- Ile najdłużej możesz wytrzymać bez pełnej przemiany?
- Jak na razie trzy miesiące. - Powiedział i podał mi talerz z owsianką kiedy tylko usiadłem na łóżku.
- Aha.- Powiedziałem.- Dziękuje za owsiankę.
- Nie musisz za nią dziękować.- Zaśmiał się cicho i usiadł obok mnie.
- Nie kładziesz się spać?
- Nie zasnę.- Powiedział i zacisnął dłonie na sobie. Zerknąłem na nie. Trzęsły się jakby wypił niewiadomo ile.
- Idź i się przemień.
- Bez Azazela nie idę.
- To pójdź do niego i...
- Może ciebie traktuje jak kogoś dla niego ważnego, ale nas już... ej! Z czego się śmiejesz?- Zapytał oburzony kiedy zacząłem się głośno śmiać.
- Jak on tak traktuje kogoś, kto jest dla niego ważny, to nie chce wiedzieć co on robi ze swoimi wrogami.
- Zabija ich od ręki.- Odparł spokojnym głosem Marco.
- Dlaczego mnie to nie dziwi.- Powiedziałem i zabrałem się za jedzenie owsianki.


^^~^^


            Otworzyłem oczy kiedy poczułem jak ktoś delikatnie bawił się moimi włosami. Jedyna cześć ciała, która mnie nie bolała. Spojrzałem kontem oka na intruza który miał czelność zakłócać mi mój
i tak już niespokojny sen. 
Przez cały pokój rozniósł się odgłos plaśnięcia, kiedy odtrąciłem rękę Azazela. Zamarł nie patrząc w moim kierunku. Odwróciłem się do niego tyłem i zwijając się w kłębek schowałem się pod kołdrą.
Czego on tutaj chce?! Jeszcze mu mało?! 
- Ezra. Pogadajmy...- Zaczął spokojnie. Odwróciłem się na plecy i równie gwałtownie usiadłem. Zerknąłem na niego cały czerwony na twarzy.
- Wczoraj mi pokazałeś, że TY NIE potrafisz ROZMAWIAĆ! Więc wyjdź!- Wydarłem się na niego. Wyciągnął w moim kierunku rękę. Odsunąłem się od niej gwałtownie uderzając tyłem głowy
w ramy łóżka. Jęknąłem głośno łapiąc się za bolące miejsce.
- Ezra...
- Nie! Wyjdź!- Warknąłem. Przyglądał mi się uważnie. Warknąłem pod nosem.- To ja wychodzę!
- Zostań. Ja wyjdę.- Powiedział i bez słowa opuścił mój pokój. Gówno mnie obchodziło, że był mój tylko tymczasowo. Położyłem się płasko na łóżku i zakryłem twarz rękoma. Dlaczego musiałem się zakochać właśnie w kimś takim jak on?
Mam nadzieję, że Sebastian jakoś przyspieszy swoje prace nad tym całym rzęchem, bo na prawdę nie chciało mi się już tutaj siedzieć. Dla mnie lepiej, aby jak najszybciej zniknąć z tego miejsca. Wrócić do swoich czasów...pożegnać się z siostrą i umrzeć nim Strażnicy albo co gorsza ktoś od Azazel'a mnie odnalazł. 
Przeciągnąłem palcami po swojej szyi. W końcu wiedziałem, że jego zapach będzie wyczuwalny ode mnie na całej planecie. Więc wszystkie dziwadła chodzące po tym świecie będą wiedzieć, do kogo... należę... i dość szybo powiadomią swojego Pana o zgubie plączącej się po slumsach należących do Różanej Kotliny. Ludzie nie będą wiedzieć kim jestem więc dla nich będę kolejnym zagrożeniem, które odbierze im jedzenie i picie. Co za chory system. 
No ale cóż. Nie ja go stworzyłem. 
Przetarłem twarz i spojrzałem na sufit. 
Usiadłem na łóżku dochodząc do wniosku, że moje życie jest popierdolone i nic innego z nim nie zrobię, aby było lepiej (co najwyżej mogę w nim bardziej pomieszać, a tego nie chciałem).
Zgarniając po drodze czyste ciuchy z szafy udałem sie do łazienki. Stanąłem przed lustrem
i jęknąłem głośno. Na połowie mojej twarzy jak i szyi widniały siniaki w kształcie jego palców. Nabawiłem się ich kiedy ten upośledzony krwiopijca próbował mnie uciszyć i przytrzymać jednocześnie. No cóż. Nie twierdze, że leżałem grzecznie na łóżku i pozwoliłem mu siebie zapinać
i nic nie robiłem. Co to, to nie. Darłem się na całe gardło. Szarpałem. Biłem go (bynajmniej próbowałem). Próbowałem uciec i się uwolnić, ale nie dałem rady. Co by nie patrzeć był ode mnie
o dużo silniejszy. 
- Ezra!- Do łazienki jak burza wpadł Marco. Był cały spocony i przerażony.
- Co jest?- Zapytałem zapinając pasek od spodni.
- Pokłóciłeś się z Azazel'em?
- A nawet jeśli to co?
- O co się pokłóciliście?
- O jego brak umiejętności interpersonalnych.
- No ja pierdole! Ezra! Coś ty narobił?!
- O co ci chodzi?! Co?! O co wam wszystkim kurwa chodzi?1 Myślicie, że będę leżał jak kłoda pozwalając mu siebie pieprzyć. Że nic się nie będę odzywać jak się będzie o coś do mnie rzucał i że pozwolę sobą pomiatać?! Popierdoliło was do reszty czy jaki chuj?!- Wydarłem się na niego. Złapałem się za lewy policzek, kiedy uderzył mnie w niego ostrzegawczo z otwartej dłoni. Nie było to ani mocne ani słabe uderzenie. Takie w sam raz aby powiedzieć, że mam się zamknąć bo może być tylko gorzej. Spojrzałem na niego oniemiały. Zaciskał mocno zęby na dolnej wardze.
- Ezra, Azazel położył się spać.
- Położył się... co? Po co?- Zapytałem oniemiały.
- Zamknął się w Stalowej Pani.
- Co to jest Stalowa Pani?
- Jego trumna. Jak zamknie ją od środka to ta otworzy się dopiero za trzysta lat. 
- Hę?- Drgnąłem oniemiały. Zrobiłem krok do tyłu- Jak to na trzysta lat?
- Po prostu. Tak to kiedyś zaprojektował Sebastian i tego nie zmienił. Zostawił ci kilka fiolek krwi. Starczą ci na dwa lata jak będziesz oszczędzał. 
- A więc Łaskawca dał mi dwa lata życia?!
- Można tak powiedzieć.- Mruknął cicho Marco.- Dlaczego musiałeś się z nim pokłócić?
- To nawet dobrze, że się tam zamknął.
- Ezra! Jak ty możesz tak mówić?! Przecież ty go kochasz...
- Kocham... nie kocham... kocham.... i co do tego. Mogę go kochać. Spoko. Ale nie musiał mnie wkurwiać. Już wam mówiłem wszystkim. Nie jestem jakąś pierdoloną ciotą, która będzie na każde jego słowo bądź kiwnięcie palcem. 
- Ty nie wiesz w co się wpakowałeś.- Jęknął załamany i usiadł na zamkniętej klapie toalety.
- To może mnie oświecisz, a nie tak sobie na tronie usiadłeś i udajesz, że myślisz.
- Wyobraź to sobie. Trzysta lat bez krwi i seksu.
- Mnie już wtedy nie będzie, więc to nie będzie mój problem tylko jego… no i może ewentualnie wasz...
- Zabawny jesteś...- Jęknął kpiąco i spojrzał na mnie zza swoich palców.- Czyżbyś razem
z Sebastianem nie próbował stworzyć wehikułu, który wyśle cię do twoich czasów. A tam przecież on już nie będzie ani spać ani nic więc jak myślisz co się stanie?
- On nic mi nie zrobi. Jak do teraz nic mi nie... Czekaj skąd wiesz, że...?- Odwróciłem się do niego gwałtownie. Oparł się o ścianę obok wc i układając luźno ręce na swoich udach zaczął mówić.
- Nic ci nie zrobił bo wtedy zapewne nie nosiłeś na sobie jego znaku. Więc jeżeli coś by ci zrobił podchodziłoby to pod napaść więc zostałby surowo ukarany. Mamy taką zasadę nawet już
w tych czasach, więc podejrzewam, że jest tak i w twoich czasach.- Zerknął na mnie. Miał rację. Jeżeli bez mojej zgody ktoś by mnie w moich czasach ruszył (wszyscy pomijając ludzi- prawdziwe potwory) to zostałby ukarany. Jednak, jeżeli nosze na swoim ciele znamiona cudzego zapachu osoba ta może robić ze mną co chce bo... przecież się na to zgodziłem.- Po twojej minie widzę, że się nie mylę. Więc co to będzie jak pojawisz się w swoich czasach z jego zapachem na sobie? Powie wszystkim, że należysz do niego i będzie mógł zrobić z tobą to co zechce.
- Mogę powiedzieć, że siłą mnie oznaczył.
- Wampiry zostawiają swój zapach w trakcie stosunku. Nie inaczej. Więc skoro nosisz jego zapach i żyjesz to znaczy, że tego chciałeś. A wracając do twojego wcześniejszego pytania. To, że mnie Sebastian zamroził nie znacz, że nie słyszałem co się święci. Od samego początku wiedziałem
o co wam chodzi i dlaczego tak często do niego latasz.
- O twoje wszystkie domysły zacznę się martwić później.- Powiedziałem wchodząc do pokoju.
- Dasz radę? Tak jak zawsze?
- Jakoś żyje.
- Już niedługo.- Odparł chłodno wchodząc za mną do pokoju.- A jak on się obudzi, a ciebie nie będzie... o. To będzie... uh... nawet nie chcę wiedzieć jak to się skończy.
- Przecież w moich czasach jest szczęśliwy, ma narzeczonego, a ty i Seba-sensei nie znosicie go na całej linii.
- Nie wiem jak ten twój Seba-sensei, ale ja w życiu nie odwrócę się od mojego Pana. I nie wiem skąd ci się wzięły takie bzdury w głowie, ale Azazel na pewno nie ma ani narzeczonego ani nie jest szczęśliwy...!
- Jak to nie! Sam o tym powiedział! I przestań mnie wkręcać!
- Twoja aura przyjęła barwę zazdrości.- Zauważył kiedy wychodziłem z sypialni. Warknąłem głośno schodząc schodami w dół. Trzeba udać się do Seby. Im szybciej mnie odeśle tym szybciej... trafie w ręce Azazel'a i ten mnie ukatrupi. No ale cóż. Sam jest sobie winny. Nie ja. On...

Ale jeżeli on sam jest sobie winny to dlaczego czuje się jakbym to ja zawinił i chciało mi się najnormalniej w świecie płakać. Ale to było nic w porównaniu z potwornym bólem w klatce piersiowej. Zakręciło mi się w głowie, kiedy wchodziłem do wierzy, w której mieszkał Sebastian. Po chwili byłem już na samej górze. Zapukałem i wszedłem do środka. Sebastian o dziwo nie siedział jak zawsze w fotelu koło kominka tylko przed biurkiem. Coś tam przesuwał w powietrzu. Wiedziałem, że to jego zdolności elfa. I że to co dla mnie jest niewidoczne dla niego jest jasne i wyraźne jak na dłoni. Zerknął na mnie i drgnął konwulsyjnie.
Co to za dziwna reakcja?
No dobra. W aktualnym momencie moja twarz może i nie zachwyca i nie daje mi przepustki do zostania najseksowniejszą twarzą na całej planecie, no ale bez przesady. Nie musi reagować jakby miał ochotę zwymiotować. Nie mam takiej twarzy bo sam ją sobie zrobiłem. To zasługa jego braciszka, co zapewne również słyszał ostatniej nocy. Jak pozostali.
- Hej.- Powiedziałem cicho ignorując jego wcześniejsze zachowanie. Odchrząknął
i przeciągnął kilka razy w powietrzu po czym spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie.
- Hej. Wejdź. Widzę, że nieźle wczoraj zaszalałeś.
- Ty widzisz, ja czuje i się tym nie chwalę.
- Widzę ktoś nie ma humoru. 
- Ciekawe czy ty byś miał humor, gdyby ktoś ciebie tak potraktował.
- No cóż. Zabił bym taką osobę, ale między mną, a tobą jest jedna znacząca różnica.
- Jaka niby?- Zapytałem siadając na swoim standardowym już tutaj miejscu.
- Ty byś się nie dał tknąć komuś kogo nie kochasz. Więc nie zabiłbyś takiej osoby. Za bardzo byś cierpiał. Tak jak teraz.- Odparł i podał mi puchar z jakimś ciemnym płynem. Przeciągnąłem językiem po zębach oddychając ciężko. Nie musiałem wiedzieć co to jest. Moje ciało to czuło.- Tak. Masz rację. To jego krew. Napij się.
- Po co? Jak i tak...
- Pij. Nalegam.- Powiedział z naciskiem wkładając mi naczynie w dłonie. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i wypiłem na raz całą zawartość naczynia. Oblizałem usta. Zerknąłem na niego.
Krzywił się jakby patrzył na jakieś gówno, a nie na człowieka.
- No co?
- Jak ty możesz to pić?
- Nie pije tego bo lubię.
- Twoje oczy mówiły co innego. Dobrze, że teraz są normalne.
- Jak to mówiły... co? O co ci chodzi?
- Przez chwile były czerwone. Ale tylko przez chwile. Jak oblizywałeś usta. Tak jakby ci to smakowało.
- Proszę ja ciebie. Dlaczego ma mi smakować krew? Ja jestem normalny, a nie jak ta cholerna pijawka.
- Może dlatego, że to krew tej twojej cholernej pijawki? 
- I co w związku z tym?
- Skoro go kochasz to będziesz kochał też jego krew.
- Nie gadaj głupot. Powiedz mi czy wszystko jest już ukończone?- Zapytałem. Zmarszczyłem czoło kiedy zezował na ścianę po swojej lewej. O co mu chodziło?
- Ukończyłem i ustawiłem też specjalne hasło. Jeżeli wypowiem je tylko raz od razu cię przeniesie nie ważne gdzie byś był.
- No to je wypowiedz. Znając ciebie walnąłeś pewnie jakiś poemat...
- Powiedz mi... kochasz go?
- Po co do tego wracasz? 
- Jak mi nie odpowiesz to nie podam ci hasła.
- Eh... kocham go. Wszyscy dobrze o tym wiedzą i wszyscy wiedzą jak mnie traktuje, więc po co wam to wszystko potwierdzać skoro i tak mu w życiu tego nie powiem. Już wole odgryźć sobie język niż...- Zamarłem kiedy Sebastian spojrzał na mnie smutnym wzrokiem, a następnie spojrzał na coś za moimi plecami. Nawet nie musiałem się odwracać. Wiedziałem na co patrzył. Przez moje ciało przebiegł zimny dreszcz. 
- Bolin. Pablo. Zajmijcie się moim bratem. A ja sobie pogadam z jego gościem.- Usłyszałem za sobą głos osoby, która miała spać przez trzysta najbliższych lat.
- Wybacz Ezra.- Usłyszałem cichy głos Marco kiedy zesztywniałem na całym ciele po usłyszeniu głosu Azazel'a.
- Sebastian... hasło...- Powiedziałem cicho zaciskając palce na swoich kolanach. Palce jak
i kolana drżały delikatnie.
- Ezra...
- Zamilcz.- Warknął Azazel. Spojrzałem na Sebastiana, który zamilkł. Łapał sie za swoje gardło. Poruszał swoimi ustami, ale nie wydobywało się z nich żadne słowo. Zrozumiałem. Sebastian nie mógł się odzywać. Moja szansa na powrót właśnie umarła. Elf spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie dodając mi otuchy. Otworzyłem szeroko oczy kiedy na moje ciało spadł błękitny snop. Zrozumiałem.
- Ezra.- Powiedziałem cicho. Odwróciłem się za siebie i spojrzałem na Azazel'a. Przyglądał mi sie szeroko otwartymi oczyma nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie działo.
- Nie. Nie. Nie! Nie wyrażam zgody! Ezra! Słyszysz! Nie...
- Kocham c...- Urwałem kiedy szarpnęło mną do góry. wiedziałem co się stało. Zagryzłem mocno wargi aby nie krzyczeć. 
Wracanie bolało bardziej niż podróż...
A wiedziałem, że to jeszcze nie koniec...
- Ezra.- Usłyszałem cichy szept, kiedy uderzyłem mocniej plecami o twardą posadzkę.
Jęknąłem cicho i otworzyłem oczy. Spojrzałem na znajomą twarz.
W moich oczach pojawiły się łzy.
- Siostrzyczka...
 *************************************
No i jak wam się spodobał ten rozdział??
Za tydzień zapraszam na kolejny rozdział.
Pozdrawiam Gizi03031


niedziela, 28 maja 2017

10 „Ludzie, których najtrudniej kochać, najbardziej tego potrzebują.”10

Hejka!
To ja... spieczona i spalona ja zaprasza na kolejny rozdział i idę się trochę ogarnąć z tego bolesnego poparzenia przez słońce;/
*******************************************
Miesiąc.
Tyle mi zostało. Jeżeli w przeciągu tego czasu Sebastian nie odda mi wehikułu czasu, zabije się. I nie żartuje tutaj. Fakt. Spędzałem więcej czasu z Marco. Pozwolono nam nawet wychodzić na spacery. Ale nie daleko i nie długo. Wiedziałem, że Marco chciałby wyrwać się na dłużej, ale kiedy mu to zaproponowałem spojrzał na mnie jak na psychopatę i skończył nasz krótki wtedy spacer.
Z Pablo szło mi coraz lepiej. Potrafiłem się już bronić. Gorzej było z atakowaniem, ale cóż. Może czegoś się nauczę przez ten ostatni miesiąc, aby móc w spokoju przeżyć ostatnie pięć dni mojego życia? Nie wiem. Zobaczymy. Mam w końcu miesiąc. A tyle rzeczy się może wtedy wydarzyć.
Azazel Belial.
Taaaa.
To stanowczo osoba przez którą chcę jak najszybciej zniknąć z tych czasów. Niewyżyty erotoman jakiś! Nie no, nie powiem, że mi źle czy coś, ale wiecie czasami sam bym chciał sobie ze sobą pospać, albo móc w spokoju usiąść na tyłku. Ja jestem zwykłym człowiekiem, a nie tak jak on pijawką! Potrzebuje snu! I odpoczynku! A w szczególności potrzebuje go mój tyłek!
No ale co ja mu będę tłumaczył. Jak nie dołem to górą sobie wlezie aby bardziej zbrukać moje niewinne ciałko.
Pokręciłem przecząco głową. Niewinne to może one było nim go poznałem, teraz o moje ciało kłócił by się nie jeden alfons z moich czasów.
Trochę się zmienił od tamtego dnia kiedy znalazł mnie w tej trumnie. Stał się bardziej milczący, ale wyczuwałem na sobie jego spojrzenie częściej niż przed tym zdarzeniem. Mogę wręcz nawet rzec, że lubił mieć mnie na oku dlatego wolał jak byłem w jego pobliżu. Słuchał więcej moich dziwacznych opowieści uśmiechając się przy tym głupkowato. Urozmaicił kuchnie o moje wymysły, co mnie bardzo zaskoczyło, ale z drugiej strony cieszyłem się, że mogłem w końcu zjeść coś co było mi znane.
Z każdym dniem zakochiwałem się w nim coraz mocniej, a wiedziałem, że nie powinienem. Dobrze, że mu nie powiedziałem co czuje. Jeżeli bym to zrobił, to by mnie pewnie wyśmiał i już.
A tak… będzie szczęśliwy. W końcu tak mówiły moje książki od historii. Że po Erze Cienia, która trwała prawie 4 tysiące lat Azazel zaczął żyć pełnią życia i się zakochał. W moich czasach ma on nawet kogoś kto będzie z nim żył do końca świata. Jego ukochaną. Bądź ukochanego. Nie wiem. Nigdy nie wystawili tej osoby publicznie. Kiedyś czytałem z nim wywiad kiedy powiedział, że osoba ta jest… bardzo nerwowa, kiedy Azazel rozmawia o niej z innymi facetami i lepiej będzie jak nie będą mu więcej zadawać takich pytań.
Rozejrzałem się po pokoju, w którym siedziałem. Jestem tutaj teraz. Kilka set lat przed rozpoczęciem Ery Cienia. Co się w niej działo i co ją zapoczątkowało nie miałem bladego pojęcia. Nie piszą o tym w książkach. Nauczyciele tego nie wiedzą. A stare rody o tym nie mówią jakby się czegoś obawiały. Nawet sam Azazel z moich czasów nabiera wody do ust i nie chcę mówić. Przeważnie jak
w wywiadach pada tylko ta nazwa on wychodzi z pomieszczenia.
Marco! Marco z moich czasów powinien wiedzieć! W końcu żyje tutaj, teraz. Więc musiał przeżyć tą Erę. Przypomniało mi się jak milkł kiedy nauczyciel wspominał ten temat na lekcji. Gdy kiedyś gadaliśmy na lekcji i nie usłyszeliśmy pytania (podejrzewam, że Marco i tak je usłyszał) mój przyjaciel został zapytany, o to co myśli na temat wydarzeń Ery Cienia odpowiedział „Zapewne stało się tam coś gorszego niż stworzenie pana pryszczatej mordy, dlatego nazywa się to Erą Cienia”. Oczywiście zarobił wtedy szlaban, ale miał na niego wyjebane.
Więc co się stało? Jak wrócę będę musiał go zapy… ta… ć…
Jasne! Jak wrócę do swoich czasów muszę się skontaktować z siostrą i poprosić ją o rzucenie jej aktualnej pracy. Będzie mogła znaleźć coś bardziej uczciwego i godnego jej osoby. Będę musiał jej wytłumaczyć dlaczego niedługo odejdę. Może uda mi się ją namówić na to aby opuściła Różaną Kotlinę. Nie mogę się spotkać z Marco, ani nawet z moim nauczycielem Sebastianem. Skoro żyją oni tutaj, teraz to i w przyszłości podejrzewam, że służą swojemu Panu.
Przekręciłem się na brzuch i wypuściłem głośno powietrze z płuc. Może być tak, że Marco
z przyszłości wcale nie ma mnie za przyjaciela. Może to rozkaz od Azazela. Ale dlaczego? Dlaczego miałby mu takie coś rozkazać? Nie rozumiałem. I za bardzo nie chciałem tego ogarniać.
- Ja to serio nie mam o czym myśleć.- Jęknąłem głośno w poduszkę nie rejestrując tego że ktoś bezkarnie wlazł mi do pokoju. Zorientowałem się, że mam gościa po tym jak ktoś strzelił mnie delikatnie w tyłek! Odwróciłem się gwałtownie na plecy i spojrzałem w jego złote oczy. Pochylał się nade mną i uśmiechał delikatnie.- Łapki przy sobie.
- Dotykam to co należy do mnie.
- Nie widzę abym gdziekolwiek był podpisany twoim imieniem.- Odpyskowałem. Przeciągnął delikatnie palcami po bliznach na mojej szyi. Uśmiechnął się przy tym i spojrzał mi w oczy.
- Ależ jesteś. Tylko jako człowiek nie czujesz tego.
- Słucham?
- Jak mi nie wierzysz to zapytaj innych na zamku czy jesteś gdzieś podpisany moim imieniem. Wszyscy powiedzą, że tak.- Odparł i zaśmiał się cicho z mojej miny.
- Czekaj.- Odsunąłem go delikatnie i usiadłem. Popchnął mnie na łóżko i położył głowę na mojej klatce piersiowej przykładając ucho w miejsce serca.
- Później.
- Ja chcę teraz.
- A wiesz co ja chce teraz?
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć chociaż nie trudno się domyśleć skoro chodzi o takiego zboka jak ty.- Odparłem i zatopiłem palce w jego włosach. Warknął cicho, ale się nie poruszył. Drapałem go delikatnie po głowie gapiąc się w sufit. Milczałem. Aktualnie nie miałem niczego mądrego do powiedzenia. Tak samo chyba jak on skoro milczał. Przymknąłem delikatnie oczy i w głowie przywołałem obraz mojej siostry kiedy ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Uniosłem delikatnie głowę do góry (Azazel nie ruszył się nawet o milimetr). Do środka weszła Shira. Uśmiechnęła się do mnie przepraszająco.
- Wybacz Ezra, ale mam sprawę do Pana.
- No to z nim to załatwiaj, a nie ze mną.
- Nie będę ci przeszkadzać?
- Teraz robię za jego poduszkę, więc…
- Śpi?- Zapytała zaskoczona Shira. Spojrzałem na Azazela. Faktycznie. Zasnął.
- Azazel. Azazel.- Puknąłem go delikatnie w ramię. Nie reagował. Wypuściłem głośno powietrze z płuc. Ugryzłem się delikatnie w język i oddychałem spokojnie. To była tylko kwestia czasu. Najpierw drgnął po czym dość powoli podniósł głowę do góry i spojrzał mi w oczy. Odwróciłem głowę w bok i wskazałem mu ręką drzwi. Dał znać naszemu gościowi, że ma chwilę poczekać po czym bez zapowiedzi wbił się w moje usta dość brutalnie nawet jak na niego. Jego język wdarł się do wnętrza moich ust badając dokładnie każdy ich zakamarek oraz drażniąc mój język.
Z kącika ust ciekła mi ślina. Nie mogłem złapać oddechu. Azazel przerwał pocałunek kiedy nie mogłem już oddychać.
- Zrobisz tak jeszcze raz?
- Bne.- Odparłem niewyraźnie i przetarłem napuchnięte usta. Całować to on potrafił, nie ma co. Usiadłem na łóżku kiedy z niego zszedł.
- Shira.
- Tak, Panie.
- Prowadź.- Powiedział, kiedy dojrzałem na jej policzkach krwistoczerwony rumień. Pewnie wyglądałem nie lepiej niż ona. Kiwnęła delikatnie głową, uśmiechnęła się do mnie przepraszająco po czym po niej i po tej pijawce nie było już śladu w moich skromnych progach.
Jęknąłem głośno i rzuciłem się na poduszki gapiąc się na sufit. O co mu chodziło, że jestem podpisany jego imieniem? Przecież jak dzisiaj się kąpałem nie widziałem żadnego nowego malunku na moim ciele. Nie ma szans aby mnie podpisał. Ciekawe co mu się zrodziło w tej jego wampirzej łepetynie, że wygaduje takie głupoty.
Przeciągnąłem palcami po napuchniętych wargach. Nie wiem jak on, ale ja będę tęsknił za jego pocałunkami. Przecież jak wrócę do swoich czasów  nie będę mógł do niego pójść i mu powiedzieć, że chcę aby mnie pocałował, bo za tym tęsknie. Pewnie nawet nie będzie mnie pamiętał. W końcu pięć tysięcy lat robi swoje.
Podniosłem się na równe nogi i zarzucając na cienką bluzkę dodatkowe okrycie w charakterze marynarki sięgającej mi połowy ud przewiązałem ją pozłacanym paskiem i wyszedłem ze swojego pokoju. Wypadało by sprawdzić jak idą pracę nad wehikułem. Opuszczając chłodne mury zamku zadrżałem na całym ciele. W sumie na dworze było trochę cieplej niż ostatnio, ale wolałem nie ryzykować. Pamiętałem jak się rozchorowałem kilka tygodni temu. Cierpiałem prawdziwe katusze.
W sumie nie tylko ja. Chyba każdy na tym zamku w jakimś stopniu odczuł mój parszywy stan zdrowia. W końcu oni nie chorują.
Zasłoniłem oczy przed promieniami słonecznymi i spojrzałem na Azazela wyprowadzającego ze stajni swojego konia. Zatrzymałem się na chwilę na dziedzińcu, kiedy pochwycił moje spojrzenie. Podał lejce stojącemu obok niego Pabllo i podszedł do mnie. Przyłożył mi rękę do policzka i pogłaskał go delikatnie.
- Muszę na jakiś czas wyjechać.
- Na jak długo?- Zapytałem ignorując nasze towarzystwo. Uśmiechnął się delikatnie.
- Nie martw się. Wrócę w przeciągu czterech dni.
- To coś poważnego?
- Jeszcze nie wiem. Zachowuj się pod moją nieobecność.- Zaznaczył wskakując z gracją na konia. Wcisnąłem dłonie do kieszeni spodni i zacząłem bujać się na piętach.
- Tylko czekam aż przekroczysz progi zamku, a urządzę tutaj imprezę na sto osób. Zaproszę dziwki, striptizerów i masę alkoholu. Będzie sado-maso oraz gangbang. A na koniec przed twoim powrotem zorganizuje zapasy w kiślu.- Powiedziałem poważny na twarzy. Spojrzał na mnie tak samo jak ja po czym prychnął pod nosem. Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Przecież ty nie lubisz sado-maso.
- Ale ty lubisz.
- Z grzeczności nie zaprzeczę. No to życzę miłej imprezy z tymi wszystkimi twoimi dziwkami i striptizerami.- Zawołał i popędził konia śmiejąc się głośno.
- A żebyś wiedział, że będzie miła!- Krzyknąłem za nim. Pomachał mi tylko na pożegnanie. Nie odwrócił się. Stałem tam jeszcze przez chwilę po czym ruszyłem we wcześniej obranym przez siebie kierunku. Po przemierzeniu kilkunastu stopni zatrzymałem się przed drzwiami prowadzącymi do królestwa Sebastiana. Nie musiałem nawet pukać. Kiedy tylko uniosłem dłoń do góry drzwi otworzyły się same. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do środka. Sebastian siedział przy swoim stoliku z jakąś książką w ręku i co jakiś czas coś w niej zapisywał swoim białym piórem.
- Witaj, Ezra.
- Sebastianie.-Skłoniłem się przed nim delikatnie po czym zająłem miejsce koło niego.- Wiesz w jakiej sprawie przychodzę.
- Przeważnie przychodzisz w tamtej sprawię. Więc domyślam się, że twoja dzisiejszy wizyta to nie wyjątek. Jeżeli słuch mnie nie mylił Azazel opuścił na jakiś czas zamek.
- Mówił, że na cztery dni. Później ma wrócić.
- Dobrze się składa.
- Dlaczego?
- Zaczął węszyć. Chce wiedzieć co znowu tworzę. Teraz kiedy go nie będzie będę mógł wszystkie swoje wyliczenia wprowadzić w życie. Przy dobrych wiatrach jeszcze trzy tygodnie
i będziesz mógł wrócić do swoich czasów.- Powiedział i odłożył książkę na stoliku. Spojrzał na mnie uśmiechając się delikatnie.- Może się czegoś napijesz? Soku, wina, wody?- Zapytał. Pomyślałem przez chwilę.
- Jeżeli można to skosztowałbym wina.
- Widzę, że kota w domu nie ma myszy harcują.- Zaśmiał się cicho z mojej miny. Wzruszyłem ramionami i podziękowałem grzecznie, kiedy podał mi puchar z czerwonym napojem.
- Powiedziałem mu przecież, że organizuje wielką imprezę, której jednym punktem będzie właśnie alkohol.- Powiedziałem i upiłem łyk trunku. O dziwo był słodki, a nie tak jak się tego spodziewałem gorzki.- Życzył mi miłej zabawy.
- Widzę, że relacje między wami nieznaczenie się poprawiły.
- Nieznacznie.- Przyznałem mu rację. Znowu zaśmiał się głośno po czym upił łyk
i odstawiając puchar na stoliku spojrzał na mnie. Splótł palce w piramidkę i ułożył ją na swoich udach.
- Czy coś się dręczy?
- Dlaczego tak sądzisz?
- Twoja aura jest mętna. Coś cię dręczy.
- Mam kilka spraw na głowie.- Powiedziałem ukrywając usta za naczyniem trzymanym przeze mnie w dłoniach.
- Jeżeli chcesz z chęcią cię wysłucham.- Zaproponował. Przyglądałem mu się dłuższy czas, ale nie wyczytałem w jego spojrzeniu niczego podejrzanego. Ot. Był taki sam jak zawsze. Uśmiechnięty, pomocny pan Sebastian. Nauczyciel, który wiele razy ratował mnie z opresji.
- Jako… odmieńce… przepraszam za wyrażenie…- Zacząłem. Kiwnął głową, na znak że rozumie i ruchem ręki zachęcił mnie do tego abym kontynuował.- Czy macie słabą pamięć? Taką jak ludzie czy…
- Nie. Pamięć mamy idealną. Ja na przykład pamiętam dokładnie całe swoje życie. To nie jest tak, że mam to napchane w głowie. Po prostu jeżeli musze to potrafię to wyciągnąć z samego dna mojego umysłu.
- Czyli za te pięć tysięcy lat będziesz mnie pamiętał? Tak samo jak Marco?
- I tak samo jak Azazel. Nie zapomnimy ciebie. Tym bardziej teraz jak wrócisz do swoich czasów dasz wszystkim… odmieńcom…- Zacytował mnie po czym zaśmiał się cicho kiedy na moje policzki wkradł się delikatny rumień.- …jasno do zrozumienia, że miałeś jakiś kontakt z Azazel’em.
- Dlaczego?- Zapytałem poprawiając się wygodnie w fotelu. Zmierzył mnie dokładnie swoim czujnym spojrzeniem.
- W końcu masz na sobie jego ślady. Należysz do niego.
- Nie należę. Nie podpisał mnie…
- Podpisał.
- Co?- Zapytałem i zerwałem się ze swojego miejsce zdjąłem marynarkę i podwijając bluzkę zacząłem przyglądać się swoim tatuażom. Nie wiedziałem na nich niczego nowego. Nawet jednej, małej, dodatkowej kropki.- Nic nie widzie.- Powiedziałem patrząc na niego zagubionym spojrzeniem. Przeciągnął delikatnie palcami po swojej szyi. Przyłożyłem dłoń do swojej tętnicy. Poczułem pod palcami blizny pozostawione przez jego kły.- Przecież to tylko blizny. Nic nie znaczące…
- Kiedy cię ugryzł, a nawet wcześniej bo kiedy dał ci swoją krew wczepił w ciebie swój zapach. Ludzie go nie wyczują, ale tacy jak ja… z odległości kilku dziesięciu kilometrów wszyscy będą wiedzieć, że jesteś jego.
- To o to mu chodziło.- Jęknąłem i usiadłem na fotelu. Przetarłem dłońmi po policzkach.- Czy jest jakaś możliwość aby ukryć ten zapach?
- Ktoś inny musiał by cię ugryźć, ale…
- Nie.- Przerwałem mu gwałtownie. Nie podobał mi się ten pomysł. Zaśmiał się cicho.
- Ale nikt tego nie zrobi. Przecież nikt nie zadrze z Azazel’em.
- Sebastian?- Zapytałem po dłuższej chwili milczenia, kiedy ten do połowy opróżnił swój puchar. Spojrzał na mnie unosząc do góry prawą brew.
- Hmmm?
- Skoro wszyscy tak bardzo obawiając się Azazel’a, to dlaczego nie może on pogadać z twoim bratem aby ten oddał ci wolność i przestał cię tutaj więzić?- Zapytałem. Zaskoczył mnie jego nagły wybuch śmiechu. Wytarł zbłąkaną łzę cieknącą mu po policzku.
- Może dlatego, że moim bratem jest właśnie Azazel. Przecież nie może sam siebie poprosić
o to aby puścił mnie wolno.- Powiedział. Siedziałem z szeroko otwartymi ustami i oczyma gapiąc się na niego oniemiały. Przecież to musiał być żart. Uśmiechnął się delikatnie i pochylając w moim kierunku zamknął mi usta swoim palcem.
- Jak to jest twoim bratem? Ja nic nie wiedziałem? Nawet w moich czasach nikt o tym nie wiedział, więc…
- Prawdopodobnie nie było takiej potrzeby aby inni wiedzieli o mnie i o Azazel’u. Tak zapewne jest lepiej dla wszystkich.
- Ja już naprawdę was wszystkich nie rozumiem. Dlaczego Azazel jest taki uparty i…
- Ponieważ zniszczenie ziemi oraz trzech lądowników z ludźmi w środku to w dużej mierze była moja wina.
- Jak to?- Zapytałem szeptem. Spojrzał na mnie smutnym spojrzeniem.
- Kiedyś ludzi z twoją przypadłością było tylko kilku. Garstka. Byli przetrzymywani
w Instytucie Badawczym, w którym pracowałem razem z Azazel’em. Była tam pewna dziewczynka. Urzekła mnie. Pomogłem jej uciec.- Oblizał usta koniuszkiem języka.- W tamtych czasach choroba ta była zakaźna. Przez to większa część populacji zmarła. Kiedy po długich staraniach udało nam się zebrać zdrowych ludzi oraz innych odmieńców wyruszyliśmy na poszukiwania nowego, lepszego domu.– Spojrzał przez okno wracając do swoich wspomnień.- Byłem opiekunem czterech lądowników, które miały bezpiecznie dotrzeć na tą planetę. Dotarł tylko jeden. Na którego pokładzie się znajdowałem.
- A co się stało z pozostałymi trzema?
- Mój komputer pokazał, że na tamtych lądownikach byli zarażeni ludzie. Nie mogłem dopuścić,  aby epidemia się rozprzestrzeniło, a piekło które zmalowałem się powtórzyło. Bez wahania zestrzeliłem lądowniki. Później dowiedziałem się, że był to błąd systemu. Przeze mnie zginęło ponad 3 tysiące ludzi. I mówię tutaj tylko o ludziach z lądownika.- Powiedział i wstając ze swojego miejsca zgarnął książkę ze stolika. Podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec.
- Powiem ci, że w moich czasach jesteś… wolny.- Szepnąłem cicho. Zaśmiał się pod nosem
i spojrzał na mnie.
- Chyba powinieneś już iść.- Powiedział i popukał paznokciem w szybę. Podszedłem do niego poprawiając marynarkę. Wyjrzałem przez okno i zmarszczyłem czoło.
- Nie sądziłem, że minęły już cztery dni od kiedy Azazel wyjechał.- Powiedziałem marszcząc nos kiedy dojrzałem na dziedzińcu Azazel’a i pozostałych którzy dosłownie pół godziny temu wyruszyli z zamku. Machnąłem na niego ręką. Przecież i tak nikt go nie ogarnie więc nawet ja nie miałem zamiaru próbować. Szkoda nerwów, czasu i urody. Uśmiechnąłem się delikatnie do Sebastiana podchodząc do drzwi.- No i nie zrobiłem tej imprezy.
- Następnym razem ci się uda.
- No ba.- Zaśmiałem się i zamknąłem za sobą drzwi. Odczekałem jeszcze chwile po czym zacząłem po woli schodzić na dół. Zatrzymałem się przy wejściu do wierzy. Coś mnie powstrzymało przed wyjściem na dziedziniec. Jakaś niewidzialna siła kazała mi stać w miejscu i nie pozwoliła mi nawet na głośniejsze zaczerpnięcie powietrza.
Opierając się o drzwi spojrzałem na schody piętrzące się przede mną. Przecież nie mam się czego obawiać. To tylko głupi wymysł mojego ciała, które nie wiadomo dlaczego bało się wyjść na zewnątrz.
- Mam na dzisiaj dość! Niech Shira znajdzie Ezre i przyśle go do mojej komnaty!- Usłyszałem jego krzyk dobiegający zza drewnianych drzwi. Włosy na całym moim ciele stanęły dęba. Znałem ten ton. Zacisnąłem ręce na drżących ramionach. Azazel był zły i chciał się ze mną wiedzieć. Nie ma szans! Nie pójdę do niego do póki mu nie przejdzie!
Odczekałem jeszcze dziesięć minut, po czym otwierając delikatnie drzwi rozejrzałem się po dziedzińcu. Nikogo na nim nie było. Wychodząc po cichu ze swojej nieplanowanej kryjówki zacząłem najciszej jak się dało przemieszczać się w stronę drzwi prowadzących do mojej komnaty. Tam się schowam i przeczekam. Niezauważony wbiegłem na korytarz i zmierzają co dwa schodki wpadłem do mojego pokoju. Rozejrzałem się po nim. Marco siedział przy kominku i znowu coś strugał w drewnie. Spojrzał na mnie zaskoczony. Uniósł do góry brew kiedy zamknąłem drzwi na klucze i pchając ciężką komodę stojącą koło nich zabarykadowałem je, odcinając się w ten sposób od świata zewnętrznego.
- Coś się stało?- Zapytał Marco wracając do swojego wcześniejszego zajęcia. Usiadłem na swoim łóżku i zgarnąłem w dłonie poduszkę. Przytuliłem się do niej.
- Nic takiego.
- To dlaczego zachowujesz się jakbyś coś zrobił?
- Ja się tak nie zachowuje.
- No chyba widzę. Kto normalny…- Urwał, kiedy przerwało mu pukanie do drzwi. Spojrzał na mnie kątem oka. Cały zesztywniałem. Nie usłyszałem żadnych kroków ani nie wyczułem żadnego zapachu. Nie wiedziałem, kto za nimi stoi. Przeciągnąłem językiem po zębach.
- Tak?- Zapytał Marco kiedy się nie odezwałem.
- Marco? Można na chwilę?- Usłyszałem głos Shiry. Podniosłem się delikatnie na klęczki kombinując gdzie się mogę schować.
- To może być trudne do zrealizowania. Coś się stało?- Zapytał Marco. Czułem na sobie jego spojrzenie, kiedy podbiegłem na paluszkach do jego łóżka. Okryłem się jego kocem i zacząłem powoli wsuwać się pod jego łóżko. Pochylił się przytulając prawie twarz do podłogi, aby tylko na mnie spojrzeć. Uniósł do góry brwi, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.
- Pan chce się widzieć z Ezrą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć.- Usłyszałem przytłumiony głos kobiety.
- Pan? Przecież miał jechać zobaczyć jak się mają sprawy z budową jednego z miast z Różanej Kotliny.
- Pojechał. No i wrócił. Jest zdenerwowany.
- Wiesz, że to nie najlepszy pomysł, aby w takim stanie widział się z tym człowiekiem.
- Eh. Nie chcę tak gadać. Mogę wejść?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo się masturbuję i nie chcę abyś się na to gapiła.- Powiedział bez ogródek chłopak.
- Jak tam chcesz. Jeżeli Ezra wróci do pokoju powiedz mu, że Pan chce go widzieć.- Powiedziała. Usłyszałem echo jej oddalających się kroków. Nie ruszałem się jeszcze przez chwilę.
- Wiesz ja osobiście odradzałbym ci wizyty w jego komnatach w tym momencie, ale jako jego strażnik nalegałbym abyś przestał się chować i poszedł do niego. Im szybciej tym lepiej. Może…
- Ja tam nie pójdę. Niech najpierw się uspokoi, a dopiero później…
- Będzie jeszcze bardziej zły niż jest teraz.- Powiedział patrząc na mnie, kiedy wygrzebałem się do połowy spod łóżka.
- Taki mądry to sam pójdź do niego i zobaczymy jak będziesz śpiewać.
- Szanuje swój tyłek.
- A ja swój!
- Nie unoś się tak. Powiem ci tylko, że ta komoda go nie powstrzyma. Jak będzie chciał to tutaj wlezie. Wiesz… nie chcę oglądać tego co ci zrobi więc lepiej idź do niego. Może nie będzie boleć. Tak bardzo…
- Nie będzie boleć?! Czy ty siebie słyszysz?!- Krzyknąłem na niego po czym jęknąłem głośno kiedy kant łóżka wbił mi się boleśnie w plecy. Gwałtowne wstawanie, kiedy jest się w połowie ukrytym pod łóżkiem nie jest dobrym pomysłem. Marco wypuścił głośno powietrze z płuc i odłożył na bok swój scyzoryk oraz kawałek drewna.
- Nie wiem ile wiesz o moim Panie, ale uwierz mi to osoba, która na ciebie zasługuje. Nie ty na niego. Tylko on na ciebie. Może i jest dość porywczy i czasami myśli tym co ma między nogami… no dobra. Dość często.- Poprawił się, kiedy obrzuciłem go spojrzeniem godnym zirytowanego idioty. Usiadłem na jego łóżku masując obolałe plecy.- Cieszę się, że to ty jesteś człowiekiem, który go pokochał.
- C… Co?- Pisnąłem zaskoczony patrząc na niego gwałtownie. Uniósł dłonie w geście obrończym i zaśmiał się cicho.
- Nie chcę cię atakować, ani nic. Mój Pan z racji tego, że nosisz jego zapach…- Dla potwierdzenia słów zaciągnął się mocno powietrzem.-… nie wyczuwa zmian w twojej aurze. Ale inni na zamku to widzą i czują. Wiedzą jakim uczuciem go obdarzyłeś. Z początku myślałem, że coś mi
z oczami szwankuje, ale jednak się nie pomyliłem. Wierz mi, ktoś taki jak on będzie cię nosił na rękach za twoją miłość.
- Przecież ten zimny drań nie potrzebuje takich uczuć. Myślisz, że polecę do niego i mu powiem co do niego czuje? Musiałbym być głupcem. Jestem dla niego tylko workiem krwi
i pojemnikiem na spermę.
- Gdybyś był dla niego tylko workiem krwi wychłeptałby cię do cna już przy twoim pierwszym spotkaniu z nim, a nie powstrzymał mnie przed rozszarpaniem ci gardła.- Warknął. Przez chwilę jego oczy stały się złote, by po chwili znowu przybrać swoją naturalną barwę.- Pamiętaj. Ludzie, których najtrudniej kochać, najbardziej tej miłości potrzebują. A mój Pan potrzebuje jej bardzo dużo.- Sięgnął ponownie po rzeczy, które odłożył na czas naszej rozmowy koło swojej nogi
i uśmiechnął się do mnie.- Cieszę się, że Pan miał szansę cię poznać. Proszę. Nie przestawaj go kochać. Co by się nie działo, kochaj go.
- Ja… ja… pójdę się umyć… a później… chyba do niego pójdę.- Powiedziałem cicho
i podszedłem do drzwi od łazienki.
- Dziękuje.- Nie byłem pewny czy naprawdę usłyszałem te słowa z jego ust czy po prostu mi się przesłyszało. Wszedłem do łazienki i zamknąłem za sobą drzwi. Wiedziałem, że im dłużej będę tutaj siedzieć tym gorzej może się to na mnie odbić, ale ja naprawdę nie miałem ochoty się z nim spotykać kiedy on był w takim stanie.

**
Wyszedłem z łazienki wycierając dokładnie włosy w puchowy ręcznik. Marco siedział w tym samym miejscu jak zanim zamknąłem się w pomieszczeniu obok. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się zadziornie.
- Coś długo ci zeszło.- Zauważył. Odchrząknąłem głośno i wciągnąłem na nogi swoje buty.
- Myłem się…
- Mmmm.- Powiedział tylko i zaśmiał się cicho. On wiedział! On wiedział co ja tam robiłem, chociaż starałem się być bardzo cicho!
- No to ja… tego… idę.- Powiedziałem. Odwróciłem się w stronę drzwi i zauważyłem, że komoda wróciła na swoje miejsce. Nie skomentowałem tego. Otworzyłem drzwi.
- Powodzenia. Będę czekał aż wrócisz.- Rzucił za mną. Pomachałem mu tylko ręką na odchodne i zamknąłem za sobą drzwi. Spojrzałem w stronę schodów i przystanąłem jak wryty. Na ich szczycie stał właśnie Azazel. Opierał się o ścianę. Racę miał skrzyżowane na piersi. Mierzył mnie uważnie swoim przenikliwym spojrzeniem.
- Gdzie to się wybieramy?- Zapytał chłodno. Po moim ciele przeleciał chłodny dreszcz.
- Do ciebie…. Słyszałem, że mnie szukałeś. Więc idę do ciebie.- Powiedziałem. Schowałem drżące ręce do kieszeni i pochyliłem się trochę w jego stronę.- Nie sądziłem, że będziesz aż tak blisko. To o czym chciałeś porozmawiać?
- Chodź.- Powiedział i puścił mnie przodem. Kiwnąłem głową i zacząłem powoli schodzić
w dół czując za sobą jego osobę. Jego czujny wzrok badał każdy mój ruch.
Mam nadzieję, że pomoc Marco jednak nie będzie potrzebna.
Aż tak bardzo…

 ****************************************
No i coraz bardziej zbliżamy się ku końcowi....
Aż sama nie mogę w to uwierzyć, że to już prawie koniec....
Eh.... a później dodam kilka krótszych opowiadań.
Mam nadzieję, że wam sie spodobają:)
Pozdrawiam
Gizi03031