niedziela, 15 stycznia 2017

4. „Dziwne sny”. 4.

Hej!Zapraszam na kolejny rozdział.
-**************************************
John siedział na trawniku niedaleko ich internatu. Spoglądał w niebo uśmiechając się delikatnie. Kilka niesfornych promieni słońca odbiło się od jego okularów. Zmarszczył delikatnie nos mrużąc przy tym oczy. Uśmiechnął się delikatnie. Palce jego lewej ręki pocierały o coś miękkiego co znajdowało się na jego udach. Spojrzał w dół. Uśmiechnął się szeroko, kiedy jego oczy spotkały się z pięknym brązem należącym do osoby, która spoczywała na jego nogach. Właściciel pięknych oczu uśmiechnął się szeroko i wyciągnął przed siebie dłoń gładząc nią policzek należący do niebieskowłosego.
- O czym myślisz?- Zapytał delikatnie.
- O wczorajszej nocy…
- Zbok….- Chłopak zachichotał, kiedy John pocałował delikatnie jego palce. Chwycił jego dłoń w swoją i pocałował powoli każdą z kostek paliczków, na których widniały nierówne blizny. Pocałował każdą z osobna zatrzymując przy nich na chwilę usta i mruczał coś cicho pod nosem.- Nie myśl o tym… to przeszłość.
- Jak mam o tym nie myśleć skoro to przeze mnie…
- Przestań.- Chłopak stanowczo przerwał mu jego wywód. Uśmiechnął się złośliwie.- Będziesz się przejmował moimi palcami, których i tak już nic nie naprawi czy pocałujesz mnie w końcu jak należy?
- Prowokujesz.
- Gdzież bym śmiał.
- Doigrasz się.
- A co mi zrobisz?- Zapytał zaczepnie. Chłopak złapał go mocno za kark i pochylił się nad nim unosząc delikatnie jego głowę do góry.
- Już nigdy cię nie skrzywdzę. Obiecuje. A jeżeli kiedyś to zrobię to mnie walnij.
- Wiesz, że nie mogę. Za bardzo Cię kocham, aby cię bić, no i moje ręce nie wytrzymają…
- To mi zasadź kopa albo zrób BMW.
- Zbok…- Powiedział i jęknął głośno w jego usta, kiedy ten pocałował go namiętnie wdzierając się do jego ust swoim językiem.
- Didier…

John usiadł gwałtownie na łóżku łapiąc się za głowę. Zacisnął mocno palce na pulsujących bólem skroniach. Starał się unormować oddech, ale za dobrze mu to nie wychodziło. Wiedział co się za chwilę stanie ale nie potrafił nad tym zapanować. Wplótł palce we włosy i zacisnął się na nich mocno dokładnie w tym samym momencie, kiedy z jego gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk wyciskając z jego płuc resztki powietrza.
Światło w pokoju zapaliło się gwałtownie.
Didier stał przerażony przy włączniku znajdującym się koło drzwi od łazienki. Przyglądał się niebiesko włosemu z szeroko otwartymi oczyma.
- John…- Jęknął głośno próbując zrobić krok na przód ale żółta taśma przypomniała mu gdzie są granice. Gdzie jest jego miejsce. Zacisnął mocno zęby i spojrzał na ściskany mocno w dłoni telefon. Przyłożył go do ucha kiedy z gardła chłopaka ponownie wyrwał się głośny jęk.
- Kurwa… Didier wiesz… aaaaahhhmmmm…. Która jest godzina?- Pytanie zadane zaspanym głosem i przerwane w połowie długim ziewnięciem doleciało jakby z oddali do umysły Francuza.
- Lui przyjdź… to znowu się stało…- Powiedział opierając się o drzwi łazienki.
- Za chwilę będę.- Powiedział już całkowicie przytomnie chłopak. Didier opuścił rękę
i przyglądał się zwijającemu się z bólu chłopakowi.
- John… oddychaj spokojnie… nie myśl o tym co sobie przypomniałeś… tak jak uczył cię lekarz… małymi kroczkami… nie ma co się spieszyć… przecież…
- ZAMKNIJ W KOŃCU TEN RYJ!!!- Chłopak nie wytrzymał i dał upust całemu odczuwanemu przez niego właśnie bólowi. To boli… tak strasznie boli… te wspomnienia sprawiają ogromny ból. Większy niż wcześniejsze… pal licho tę zjebaną głowę… ale serce… boli rozrywane na pół… dlaczego to tak boli? Dlaczego… całował… się… z … Didier’em? Wspomnienie czy sen?
- Didier co z nim?- Usłyszał głos przyjaciela. Spojrzał na trójkę chłopaków stojącą przed drzwiami od łazienki.
- Odzyskał jakieś wspomnienie, ale jeszcze nigdy tak nie zareagował… podejdź i podaj mu leki.. ja… ja…- Urwał chłopak odwracając się tyłem do siedzącego na łóżku chłopaka, którego na ten gest aż szlag trafił.
Co się z nim dzieje? Dlaczego złościł się o to, że Francuz się odwrócił. Dlaczego chciał aby to on a nie Luigi podszedł do niego podać mu leki? Dlaczego? Chciał płakać ze swojej bezradności, ale obecność osób trzecich w pokoju mu to uniemożliwiała. Przecież nie popłacze się przy świadkach jak jakaś baba. Chociaż marzył o tym, aby chociaż w ten sposób dać upust swoim uczuciom, które zżerały go od środka.
- To kurwa nie wspomnienia tylko jakiś jebany koszmar.- Warknął siadając na łóżku. Otworzył z rozmachem jedną z szuflad i wyciągnął z niej niebieskie tabletki. Luigi podszedł do niego
i podał mu wodę. Przyjrzał mu się dokładnie i uśmiechnął się zadziornie.
- To w tym koszmarze musiała być jąkać piękność.
- Co? O co… dlaczego?- Zapytał John odstawiając na biurko opróżnioną do połowy butelkę. Luigi w dość wymowny sposób pokazał brodą na jego krocze. Chłopak spojrzał tam. Przełknął głośno ślinę.- No ja pierdole!- Warknął i zerwał się na równe nogi. Cały czerwony na twarzy ruszył do łazienki. Zatrzasnął głośno drzwi.
- Didier idź spać do nas… ja dzisiaj zostanę z John’em.- Powiedział Luigi. Przyglądał się dwójce chłopaków.- Didier.
- Tak? Um… Spoko.
- Tylko łapki przy sobie.
- Proszę ja ciebie. Co ja miałbym niby z Johen’em robić? Grać w łapki czy bawić się ciuchcią?- Prychnął i podszedł do drzwi.- Możesz skorzystać z mojego łóżka.
- Ty z mojego też.- Rzucił za nim Włoch kiedy ten już zamknął za nimi drzwi. Spojrzał na swojego nowego towarzysza na dzisiejszą noc.
- Sorry…
- Spoko. I tak nic nie planowaliśmy.
- Doprawdy?
- Nom.
- A to coś nowego. Jak dla mnie wy zawsze coś planujecie…
- John ostatnio zauważył malinkę na torsie Luigi’ego. Zaczął się dopytywać czy ten ma jakąś dziewczynę… no… musieliśmy na chwilę wejść w stan abstynencji, że tak to powiem.
- Musi być wam ciężko.- Powiedział i zaśmiał się cicho wchodząc do pokoju chłopaka, który łudząco przypominał jego własny. Z jedną małą różnicą. W tym pokoju nie było granic. Opadł na łóżko stojące naprzeciwko drzwi. Spojrzał na Johen’a, który siadał na swoim łóżku. W pokoju paliła się lampka, która stała na jego biurku.- Na serio w niczym nie przeszkodziłem?
- Mówię, że nie.- Powiedział chłopak niemieckiego pochodzenia i zaśmiał się cicho.- Za bardzo się wszystkim przejmujesz wiesz. Dałbyś sobie trochę luzu.
- Nie chcę wam zabierać waszego życia erotycznego.
-  I tak mamy je bardziej bogate niż wszyscy uczniowie tego Akademika razem wzięci.
- Zbok.- Powiedział francuz i przekręcił się na bok aby przyjrzeć się dokładnie chłopakowi. Długowłosy pokazał mu język.
- Ale i tak mnie lubisz.
- Tylko nie mów nic Luigi’emu, bo by mnie z miejsca wykastrował.
- Nie ruszył by tej części twojego ciała.
- Skąd ta pewność?
- Bo założyłem mu monopol na penisy.
- Dobrze, że nie embargo.- Powiedział i zaśmiał się głośno.
- To, że ty masz teraz embargo nie znaczy, że i my mamy.- Odgryzł się chłopak i spoważniał kiedy zobaczył minę niższego.- Didier… ja…
- Spoko. Nic się nie stało.
- Tęsknisz za tamtymi czasami, kiedy cała nasza czwórka trzymała się razem i mogliśmy rozmawiać o wszystkim?
- …Nie.- Odparł po długiej ciszy.  Johen wypuścił głośno powietrze dając za wygraną. Dobrze wiedział, że teraz niczego nie wskóra i że jak ten Francuz coś sobie wbije do tej łepetyny to już mu nic nie pomoże i nie przemówi mu do rozsądku.
Johen zgasił światło i wygodnie ułożył się na poduszkach.
- Dobranoc.- Powiedział wiedząc, że Didier nie będzie chciał z nim dzisiaj więcej rozmawiać. I tak się cieszył, że udało im się chociaż tyle.

^^~^^

John chodził od niechcenia po mieście przyglądając się każdemu budynkowi jaki minął. Tak samo jak osobie oraz miejscu, ale nie mógł sobie niczego przypomnieć. Ostatnio zauważył pewną rzecz. Zawsze kiedy zmuszał się do przypomnienia sobie czegoś nie mógł tego zrobić, ale jeżeli podchodził do zdarzenia na tzw. „wyjebce” wspomnienia uderzały w niego niczym rozpędzony pociąg.
Od dwóch tygodni miał te wszystkie sny. Nie chciał nawet dopuścić do siebie myśli, że to są wspomnienia, a nie sny. Dla niego to były po prostu patologiczne koszmary.
Przypomniał sobie ostatnie dwa lata gimnazjum. Wiedział, że Didier był jego „kolegą”
w trzeciej klasie. Że skończył z piciem, paleniem i puszczeniem się na prawo i lewo. Zrezygnował też z piłki nożnej jako zadośćuczynienie. Jeżeli on odebrał marzenia Francuza, to sam nie ma prawa spełniać swoich.
Po tym zabrał się za naukę gry na fortepianie i to właśnie Didier go tego nauczył. W dość dziwny sposób…
Zatrzymał się koło sklepu papierniczego. Rozejrzał się na wszystkie strony po czym wszedł do środka. Od progu przywitał go zapach kartek oraz uśmiechnięta starsza pani. Rozejrzał się po sklepie, ale nie mógł dojrzeć tego czego szukał.
- Pomóc w czymś?- Zapytała kobieta.
- Ehm… czy ma może pani takie kolorowe samoprzylepne fiszki. Wie pani takie cienkie aby zaznaczać strony w książkach?- Zapytał pomagając sobie w opisie dłońmi. Język migowy. Cudowna rzeczy. Pomyślał kiedy kobieta wyciągnęła to co chciał spod lady. Może w przyszłości zostanie poliglotą, skoro miał takie zapędy do różnych języków. Uśmiechnął się pod nosem. Taaa… jasne. On i poliglota! Jak on po ośmiu latach nauki hiszpańskiego nie potrafi się przedstawić w tym języku. Nie jego wina, że jego mózg był bardzo odporny na wszelkiego rodzaju naukę i żeby się czegoś nauczyć trzeba mu to było wytłumaczyć dość łopatologicznie.
- O to chodzi?
- Tak.- Uśmiechnął się.- Poproszę pięć kompletów.
- Chyba szykujesz się do jakiegoś poważnego egzaminu.- Powiedziała kobieta sięgając po więcej towaru i nabijając go na kasę.
- Tak. Z muzyki.- Odparł i zaśmiał się cicho widząc jej minę. Zapłacił za zakupy i wyszedł ze sklepu.
No właśnie. Fiszki to pierwsza rzecz jaką Didier przyniósł na ich naukę gry na fortepianie i nie porzucił ich chyba do teraz. Nie wiedział. Nie pamiętał kiedy ostatnio… pamiętał. Wtedy co połamał mu palce. Nawet jak uczył John’a nie zagrał na fortepianie. On mu mówił muzyką i pokazywał kolorami jak ma grać.
I wtedy właśnie pokochał muzykę i zapisał się do tej szkoły. I dlatego właśnie chcę znowu zagrać. Znowu poczuć to o czym zapomniał. A wtedy…


Wszedł do akademika od razu kierując swoje kroki do dobudówki znajdującej się przy stołówce. Bez słowa wszedł do środka zapalając światło. W środku znajdowało się kilka kanap, a po środku stał fortepian. Spojrzał na niego i wypuścił głośno powietrz z płuc.
- Muzyka żyje. To nie zlepek czarnych punktów nabazgranych przez schizofrenika na pięciolinii. Te punkty żyją, oddychają, czują, ale tylko muzyk może je uwolnić i pokazać światu jakie są naprawdę.- Mówił podchodząc do instrumentu i w międzyczasie wyciągając z plecaka fiszki. Cytował jego słowa. Z początku myślał, że Żabol się czegoś w tamtym momencie naćpał, ale po pewnym czasie wiedział o co mu chodzi. I rozumiał. Usiadł przed fortepianem.- A te czarne punkty mają swoje własne kolory. Tylko idiota myśli, że są czarne. One są unikatowe. Tak jak ludzie różnią się kolorem włosów, oczu, skóry a nawet ubierają się w różnych kolorach. Musisz zapamiętać jaka nutka jaki kolor oznacza. Oczywiście ta sama nuta zapisana w innym miejscu będzie miała inny kolor.- Mówił dalej. Spojrzał na kartkę, którą wyciągnął z kieszeni. Kiedy trzy dni temu zajrzał do książki od muzyki
i spojrzał na pięciolinie przeraził się. Dosłownie widział wszystko w różnych kolorach. Wtedy pomyślał, że ze świrował. Ale teraz patrząc na klawisze, na nuty i na fiszki wręcz palił się do grania.
Przyklejał powoli fiszki na poszczególne klawisze. Kiedy skończył usiadł wyprostowany
i spojrzał na nuty. Przyłożył palce do klawiszy i zaczął niepewnie grać. Pierwsze dźwięki przeraziły go. Wystraszył się, ale po kilku sekundach przestał o tym myśleć i po prostu grał.


(taką piosenkę zagrał na instrumencie https://www.youtube.com/watch?v=yvM8GYj3u4Q )


Kiedy grasz to tak jakbyś prowadził swoją prywatną rozmowę z nutami. Nie przerywaj grania. Wiesz… niegrzecznie jest przerwać rozmowę w środku i wyjść z pokoju. Co by się nie działo dokończ ją. Uszanuj nuty, które nie obrażają się za to że je podglądasz.
Usłyszał w głowie delikatny głos Didiera. Uśmiechnął się pod nosem i zaczął grać bardziej agresywnie by po chwili znowu grać spokojnie ciche dźwięki. 
Usłyszał jak drzwi od dobudówki otwierają się, ale nie spojrzał za siebie. Nie przestał grać. Prowadził teraz bardzo piękną rozmowę…
Uśmiechnął się szeroko kiedy skończył grać jeden z trudniejszych utworów Mozarta. Spojrzał na chłopaka stojącego przy oknie.
- I jak?- Zapytał. Didier spojrzał w jego stronę.
- To ty z nimi rozmawiałeś. Więc ty wiesz jaki jest rezultat tej rozmowy.
- Oj. Didi powiedz. A ty jakbyś to zagrał?- Zapytał cicho.
- Inaczej. Każdy gra inaczej. Nawet kopia gra inaczej. Więc nie widzę sensu w twoim pytaniu.
- To zapytam inaczej. Podobało ci się?
- Też złe pytanie. Nieważne co wyjdzie z tego instrumentu zawsze będzie mi się podobać. Za bardzo go kocham aby z niego zrezygnować. Wiesz, jeżeli już coś pokocham to do grobowej deski. Nie ważne co się stanie moje uczucia się nie zmienią.
- A jeżeli twój chłopak by cię bił?- Zapytał John siadając przodem do siebie. Didier spojrzał za okno. Dziwnie czuł się rozmawiając z nim o swojej orientacji, ale cóż.
- Ta miłość by bolała. Kochałbym go zapewne mniej, ale nadal byłaby to miłość.
- Gadasz głupoty.
- Powiedział facet, który ma flaka swojej pierwszej piłki nożnej.
- To z sentymentu!
- Sentymentu? Co to?
- Nie wiesz?- Zapytał rozbawiony. Didier pokręcił przecząco głową.- Jeżeli coś masz a to coś jest starego i nie chcesz tego wywalić bo wspomnienia, bo to lubiłeś, bo to prezent… miłe uczucie. Trochę nostalgiczne.
- Czyli czułbym do chłopaka sentyment?
- Bycie z kimś tylko dla sentymentu jest chore. Jeżeli ktoś cię bije, obraża, wyzywa, szarpie, nie szanuje, zdradza, okłamuje i w ogóle to możesz sobie tą osobę kochać nadal ale zrywasz z nią i już nigdy do niej nie wracasz.
- Mówisz z własnego doświadczenia?
- Mam nadzieję, że ja nigdy nie zranię tej jedynej pisanej mi osoby.
- Jeżeli będzie to cycata blondyna to pewnie nie.- Didier zaśmiał się głośno widząc minę Johna.- Zagrasz jeszcze raz?- Zapytał cicho z ledwo wyczuwalną prośbą w głosie. John kiwnął twierdząco głową i znowu zaczął grać.

Zaczerpnął głośno powietrze do płuc. Jego palce nie przestawały poruszać się po klawiszach chociaż wiedział co się za chwilę stanie. Za pewne nie dokończy tej rozmowy…

- Już niczego więcej cię nie nauczę.- Powiedział Didier zamykając książkę z nutami.
- Ale będziesz przychodził i słuchał jak gram?
- Jeżeli mnie zaprosisz.- Pokazał mu język i zgarnął na ramię swoją torbę.- Będę dzisiaj trochę później w akademiku.
- Spoko. Otworzę ci okno. Bierz się za niego ogierze!- John zaśmiał się widząc czerwoną twarz Didiera. Chłopak od trzech miesięcy spotyka się z jakimś studentem. Szybko sobie kogoś znalazł w tym mieście.


Siedział razem z Luigim oraz Johen’em u siebie w pokoju. Spojrzał na podłogę. Drażniła go ta żółta taśma, ale nie mógł jej zerwać. Didier się nie zgadzał. Sam dał taki warunek kiedy umieszczono ich w tym samym pokoju. Żeby John nie miał problemów tylko dlatego, że mieszkał w pokoju z gejem naznaczył te granice. Mówiły one jedno. Nie wolno im ich przekroczyć co by się nie działo. Każdy inny mógł tylko nie oni.
On miał zdanie innych w dupie. Mogą go brać nawet za masochistyczną ciotę! On po prostu nie chce być ograniczony w swoim pokoju i zachowywać się jak w czasach gimnazjum, kiedy dopiero zaczęli się poznawać przez karę jaką zapodała mu nauczycielka od muzyki. Tylko ona znała prawdę dlaczego Didier miał połamane palce. I to właśnie na prośbę Francuza nie powiedziała o tym nikomu więcej.
Cała trójka usłyszała ciche stukanie w szybę.
- Wrócił.- Powiedział John podchodząc do okna. Kolana się pod nim ugięły kiedy zobaczył Didiera. Podbiegł szybko do okna otwierając je na oścież.- Co jest kurwa?!
- Nie krzycz…- Poprosił chłopak wyciągając w jego stronę rękę. John złapał go za nią
i podciągnął go do góry pomagając mu dostać się do pokoju. Didier usiadł na parapecie i spojrzał przed siebie. Uśmiechnął się przepraszająco.
- Co… Didier? Kto to zrobi?- John ledwo co panował nad swoim głosem. Didier drgnął
i spojrzał na swoje kolana.
- Mój… mój były.
- Były. Który?
- Ten student.- Powiedział cicho. John zwalił z parapetu doniczkę z kwiatkiem i złapał Didiera za ramiona.
- Co ty pierdolisz?! Dlaczego zrobił coś takiego?!
- John nie krzycz. Granica…
- W dupie mam te granice! Ty mi tutaj mów co się stało!- Chłopak miał ochotę jeszcze coś rozwalić ale powstrzymał się.
- Pobił mnie więc z nim zerwałem. Tak jak mówiłeś. Jeżeli ktoś mnie bije mam z nim zerwać
i nigdy nie wracać. Więc…
- Dlaczego?! Dlaczego cię pobił?!
- John…
- DIDIER!
- Bo mu nie chciałem dać…- Szepnął cały czerwony na twarzy chłopak. John drgnął. Pobił go tak dotkliwie tylko dlatego, że…
- Zajebie.- Warknął i odwrócił się w stronę szafy. Wciągnął na nogi buty.
- Co? Nie. John. Nie rób nic głupiego…- Didier zeskoczył z parapetu i zatrzymał się na swojej części pokoju. Złapał Johna za rękę aby go powstrzymać. Chłopak nawet na niego nie spojrzał.
- Nie daruję nikomu, kto bije moich przyjaciół.- Warknął i wyrwał dłoń z jego uścisku. Wyskoczył przez okno i pognał w stronę miasta.

Jego ręce przestały się ruszać. Oddychał szybko.
- Przerwałeś rozmowę…- Usłyszał zawiedziony głos za sobą. Odwrócił się. Na jednej z kanap siedział Didier oraz Johen. Ten pierwszy wyglądał na zawiedzionego. Zauważył jego spojrzenie przepełnione tęsknotą, kiedy zerknął ukradkiem w stronę instrumentu.
- Przepraszam…- Szepnął i osunął się na podłogę łapiąc się za głowę i dusząc w sobie przeciągły krzyk.

Nigdy nie będziesz bardziej bezbronny, niż wtedy kiedy ci zależy.
Usłyszał w głowie głos Luigiego i po chwili stracił przytomność.

 ***************************************
I jak wam się podobało?



sobota, 7 stycznia 2017

3. „ Festyn nad morzem”. 3

Hejka:)
Bez większych wstępów i marudzenia dodaje kolejny rozdział:)
Zapraszam do czytania:)
******************************************
Pokój w którym przebywali wypełnił się gorącym powietrzem. Stężenie dwutlenku węgla
w powietrzu było dość wysokie. W środku było słychać tylko ich oddechy. Nic więcej. Po korytarzu za drzwiami ktoś właśnie przebiegł śmiejąc się głośno.
Didier wypuścił głośno powietrze i opuścił ramiona w dół patrząc na swoje stopy. John się dowiedział. Odkrył kolejny sekret. Ale jak? Kto mu powiedział? Spojrzał na niego i oparł dłonie za sobą. Uśmiechnął się delikatnie.
- O czym ty opowiadasz? Za bardzo nie rozumiem. Czyżbyś przypadkiem nie wziął za dużo swoich leków?- Zapytał kpiąco. Może jednak to były domysły chłopaka i nie poznał prawdy. Zawsze można spróbować. Szybko odgonił od siebie te myśli kiedy spojrzał na twarz swojego współlokatora.
- Didier!
- Cofnij się.- Warknął patrząc na stopę ciemnowłosego, która jeszcze kilka milimetrów
i znalazła by się na jego terenie, a na to nie mógł pozwolić. Na swoim terenie był… bezpieczny.
- Nie rób ze mnie wariata! Cruncher mi o tym powiedziała!- Wykrzyczał mu w twarz. Didier ściągnął brwi marszcząc przy tym czoło. Przetarł dłońmi po twarzy po czym jęknął głośno.
- Co chcesz abym ci powiedział? Co? Czego ode mnie oczekujesz?- Zapytał spokojnym głosem chociaż w środku się w nim gotowało.
- Prawdy! Chcę prawdy!
- Wkurwiasz mnie! To jest prawda! To, że mnie wkurwiasz!- Krzyknął zrywając się na równe nogi. Podszedł do stolika zatrzymując się przed nim. On granic nie przekraczał.- Tak! Połamałeś mi palce! I to przez ciebie nie mogę grać na żadnym instrumencie! I to ja nauczyłem cię grać na fortepianie! Sam o to poprosiłeś! Szkołę ci tylko zaproponowałem! Sam tutaj przylazłeś!- Wykrzyczał mu prosto w twarz. Oddychał głośno i z całych sił przytrzymał swoje ciało przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu.- Coś jeszcze sobie mości książę życzy wyjaśnić?
- Co cię łączy z Edgardem?- Zapytał patrząc hardo w oczy chłopaka. Zauważył malujące się zaskoczenie na jego twarzy. Zrobił krok do tyłu jakby nie spodziewał się od niego tego pytania.
W sumie sam się sobie dziwił. Co go obchodziły relacje pomiędzy Żabolem a tamtym facetem?
- Po co ci to wiedzieć?
- Jak ty mi nie powiesz to zapytam tego całego Edgarda.
- Noż kurwa jego mać!- Krzyknął i kopnął z całej siły w stolik, który ich odgradzał od siebie.- Raz w tygodniu obciągam mu tak dla zasady! Zadowolony?!
- Didier!- Od strony drzwi dobiegł ich krzyk Luigi’ego. Nawet nie spojrzeli w tamtą stronę.
- Lui nie mieszaj się!
- O co wy się znowu kłócicie?- Johen wszedł do pokoju jak do siebie i zamknął drzwi za sobą oraz Luigi’m. Spojrzał to na jednego to na drugiego, ale nie uzyskał odpowiedzi.- No ja słucham?
- Masz jeszcze jakieś pytania? To się kurwa swoich przyjaciół pytaj, a ode mnie się odjeb.- Warknął chłopak i podszedł do swojego biurka wyciągając z niego MP4. Drżącymi palcami zabrał się za rozplątywanie kabelków od słuchawek.
- Nawet się nie waż zakładać tych jebanych słuchawek na uszy! Jeszcze nie skończyliśmy…!
- Owszem. Skończyliśmy.- Didier wcisnął przycisk Play pozwalając ostrym dźwiękom heavy metalu drażnić jego uszy. Nie przepadał za taką muzyką. Ale tylko ona pozwalała mu nie myśleć.
Położył się na swoim łóżku tyłem do nich i zamknął oczy.
John gapił się na jego plecy oddychając ciężko. Spojrzał na Luigi’ego i pokazał palcem na plecy Francuza. Zmielił pod nosem kilka przekleństw i wplótł palce we włosy. Zacisnął się na nich mocniej i zaczął podskakiwać na dwóch nogach, krzycząc i wyrywając sobie włosy. Miał już tego wszystkiego dosyć! Wszyscy o czymś wiedzieli, ale każdy milczał! Kogo by się nie zapytał zawsze powiedział mu jakąś ciekawostkę z jego życia o którym zapomniał (zawsze był za to ogromnie wdzięczny), ale nikt nie mówił mu tego co tak naprawdę chciał wiedzieć.
Wszyscy milczeli nabierając wody w usta, a on tak bardzo się męczył próbując sobie przypomnieć… Przypomnieć kim jest osoba, z którą się spotkał w dzień swojego wypadku. Wiedział tylko, że z kimś się spotkał. Pokłócił się z tą osobą, a kiedy wyszedł z restauracji w której się spotkali wpadł na Didier ’a, który wracał z księgarni. Postanowili wrócić razem do akademika. Na pasach potrącił ich samochód. Didier zarobił bliznę nad lewą brwią. Miał złamanych kilka żeber no i miał złamaną lewą rękę. A on… on stracił pamięć. Nawet Didier mówił, że nie wiedział z kim tamten się spotkał. Nikt nie wiedział… ale on im nie wierzył.
Wszyscy kłamali ukrywając przed nim jego wspomnienia. Chcieli je sobie przywłaszczyć… Ukraść je…
- Już się uspokoiłeś?- Zapytał Luigi siadając na podłodze centralnie na żółtej linii. Johen usiadł naprzeciwko niego. Wszyscy mogli przekraczać granice tylko nie owa dwójka, których one dotyczyły.
- Pieprz się.- Warknął  i rzucił na stół pomięty wcześniej przez Francuza kawałek papieru.

^^~^^

Colette wraz z niską dziewczyną o brązowych włosach sięgających jej do ramion i wielkich brązowych oczach spoglądających na wszystkich zza okularów w niebieskiej oblamówce stały przy wejściu do szkoły.
- Judith jak go zobaczysz to daj znać.- Poprosiła przyjaciółkę. Ona i Judith Wonderwold znały się od pierwszej klasy gimnazjum. Od tamtego czasu trzymały się razem.
- Spoko.- Powiedziała cichym głosem dziewczyna i wgryzła się w orzechowe, kruche ciastko z rodzynkami. Uniosła głowę do góry i pokazała na coś palcem. Coś co było ciężko widoczne nawet dla wysokiej osoby, ale ta mała istotka jakoś sobie z tym poradziła.
Colette powiodła wzrokiem za jej palcem i skrzywiła się na twarzy. Jej brat znowu gdzieś szedł z tym głupim, skórzanym typkiem! Nienawidziła tego chłopaka.
Złapała przyjaciółkę za rękę i ruszyła szybkim krokiem w stronę swojego brata, który szedł
w stronę wyjścia. Za nim jak cień szedł Edgard pogwizdując głośno. Przecisnęła się jeszcze przez kilka osób i wyprzedzając swojego brata zastąpiła mu drogę.
- Co jes…- Didier urwał w połowie zdania i spojrzał zaskoczony na swoją siostrę. Wypuścił głośno powietrze i zerknął na chwilę w stronę chłopaka. Dziewczyna nie widziała w tym momencie jego twarzy, ale typek za jego plecami kiwnął głową i przystanął.- Co jest?
- Znowu z nim idziesz.- Nie zapytała. Stwierdziła. Didier zacisnął dłonie w pięści.
- Idę.
- Przestań.
- Wiesz, że to nie jest takie łatwe.
- Brat! Przestań już! On ma dziewczynę! Niech ta cała Amanda mu obciąga, a nie ty!- Krzyknęła zdenerwowana. Spojrzała nad głową brata i otworzyła szeroko oczy. Cofnęła się o krok
i zasłoniła zaskoczona usta. Didier cały sztywny odwrócił się powoli w stronę, w którą patrzyła. Drgnął i uderzył otwartą dłonią o czoło.
- Świetnie, kurwa. Świetnie. Dzięki siostra.- Warknął kiedy dojrzał za Edgardem Luigiego, Johen ’a, John ’a oraz Amandę. Ta ostatnia zerknęła na Didier ‘a i wypuściła głośno powietrze po czym podeszła w jego stronę. Stanęła z nim twarzą w twarz.
- Skoro już wszystko wyszło na jaw, żaden z was nie będzie miało pretensji abym nie musiała się już spotykać z tym typkiem.- Stwierdziła mówiąc to bardzo głośno. Za głośno jego skromnym zdaniem.
- Nie taki był układ. Miało być do czasu aż sobie nie przypomni.
- Za chwilę sobie przypomni. Męczyło mnie to ciągłe udawanie i spanie z nim.- Powiedziała
i cofnęła się kilka kroków do tyłu po czym stanęła koło Edgarda. Ten objął ją ramieniem.- Mam nadzieję, że nieźle zająłeś się moim chłopakiem.
- Nikt nie obciąga tak jak ty kotek.- Powiedział chłopak i pocałował ją w czubek głowy.
- Się wie. Panowie…- Zaczęła i zwróciła się w stronę chłopaków, z którymi tutaj przyszła.- Resztę pozostawiam w waszych rękach.- Dodała i odeszła nie odwracając się w ich stronę. Didier
w dość powolny sposób spojrzał w stronę swojego współlokatora, który stał sztywno i gapił się przed siebie marszcząc przy tym czoło. Zaklął w duchu.
To nie tak miało być!
Spojrzał na siostrę, która skuliła się pod siłą jego spojrzenia.
- Ja nie chciałam…- Szepnęła cicho. Chłopak potargał delikatnie jej włosy po czym uśmiechnął się blado.
- Spoko. Idziemy gdzieś?- Zapytał. Dziewczyna otworzyła zaskoczona oczy. Nie spodziewała się po nim takiego zachowania.
- Zostajesz.- Padła chłodna odpowiedź. Gdyby Didier nie był uwieszony ramienia siostry pewnie by się przewrócił. Spojrzał za siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że John, którego znał wrócił. Ale to pewnie był tylko przebłysk wspomnienia. Coś co nie ma prawa bytu.
- Bo?- Zapytał zaczepnie. Jedno krótkie spojrzenie sprawiło, że po jego plecach przebiegł zimny dreszcz. John spojrzał na swoich przyjaciół i kiwnął im głową dając w ten sposób znać, że również mają za nim pójść. Bez słowa ruszył w stronę plaży, na której odbywał się dzisiaj festyn. Colette jeszcze raz przeprosiła brata po czym patrzyła na jego oddalające się plecy.
- Przesadziłaś.- Rzuciła z wyrzutem Judith.
- Wiem! Skąd miałam wiedzieć, że on się tam pojawi?!
- Trzeba umieć patrzeć.
- Patrzę!
- Tak jak zawsze? Ty byś przegapiła kolesia przebranego za Pokemona nawet jeżeli stanął by przed tobą i zapytał o drogę.
- Nie przesadzaj!
- Pożyczyć ci moje okulary?
- Wal się!
- Nie siebie ale mnie.- Odparła Judith i odeszła bez słowa w sobie znanym kierunku. Lubiła Colette. Od kiedy spotkały się po raz pierwszy zaprzyjaźniły się, ale dziewczyna czasami zachowywała się w bardzo nieodpowiedni sposób. Tak jak na przykład teraz. Przecież dobrze wiedziała jak jej brat, Luigi, Johen oraz rodzice John ‘a starali się o to, aby ten odzyskiwał pamięć stopniowo.
Sama dobrze pamiętała jak to było. Chłopak chodził z tą całą Amandą przez rok w gimnazjum. Byli w sobie tak bardzo zakochani. A przynajmniej on tak myślał. Po roku dowiedział się, że spała z Jackobem, Carlay’em, Seth’em, Edgardem, Cordelią i jakąś Niki. O tych ludziach wiedzieli, ale ilu ich było naprawdę…
No cóż. Po tym jak przyłapał ją z Edgardem w magazynku na sprzęt sportowy pobił się
z chłopakiem, ją wyzywał od dziwek, szmat, kurw i innych różności po czym się załamał. Pół roku dochodził do siebie. Zaczął pić. Nawet palić! Ha! Zakochani ludzie są głupi, nie ma co. No i właśnie w momencie tego całego swojego bycia ale nie bycia złamał palce Didier’a. Nauczyciele na prośbę Francuza nie wnieśli tej sprawy wyżej. Tak samo rodzice chłopaka.
No i później właśnie Luigi, Johen i o dziwo Didier sprowadzili go na dobrą drogę. Ale to jest półtora roczna historia. To za dużo aby John przyjął to ze spokojem.
Wypuściła głośno powietrze i wgryzła się w ciastko.

**
Spojrzał na nich z furią w oczach. Starał się nie krzyczeć… na razie. Nie interesowało go piękne otoczenie, które w normalnych chwilach zaparłoby mu dech w piersiach. Nie mógł zobaczyć tego pięknego obrazka na plaży na jakiej się właśnie znajdował. A szkoda. Gdyby tylko na chwilę oderwał wzrok od przyjaciół mógłby zobaczyć jak woda pięknie mieni się w blasku zachodzącego słońca. Jak drzewa po drugiej stronie brzegu kołyszą się delikatnie na wietrze. Gdyby tylko spojrzał w stronę jeziora… Widział tylko ich zakłopotane spojrzenia, które na dobrą sprawę nie wiedziały gdzie się miały podziać.
- Długo mam czekać?- Zapytał. Spojrzeli po sobie by dopiero później obdarzyć do przepraszającym spojrzeniem. Didier trzymał się na uboczu i nie zerkał w ich stronę. Patrzył w stronę czarnej toni. Myślał nad czymś. John warknął cicho pod nosem. Dlaczego denerwowało go to, kiedy chłopak go ignorował?
- John, ale my naprawdę nie wiemy co mamy ci powiedzieć.- Zaczął spokojnie Luigi. Wypuścił głośno powietrze z płuc kiedy kumpel obdarzył go bardzo chłodnym spojrzeniem.- Didier…- Zaczął i spojrzał przez swoje ramie. Chłopak obdarzył go pustym spojrzeniem. Przez ułamek sekundy na jego twarzy zagościł ból, który sprawnie został ukryty pod maską obojętności, którą ostatnimi czasy chłopak przybierał notorycznie. Wypuścił głośno powietrze z płuc i ponownie spojrzał w stronę jeziora.
- Zerwałeś z Amandą po roku chodzenia. Okazało się, że zdradzała cię wszędzie i z wszystkimi. Przyłapałeś ją z Edgardem. Po tym zaczęło ci odbijać. Uspokoiłeś się po jakimś czasie. Od cała historia.
- Cała?! Jak cała?! Skoro z nią nie byłem to dlaczego…?- Urwał kiedy stojąca przed nim trójka obdarzyła go tym dziwnym rodzajem spojrzeniem. Drgnął i cofnął się o krok. Nie znosił kiedy tak na niego patrzyli. Jakby pytał o coś bardzo oczywistego. Jakby omijał prawdę mimo tego, że ta była na widoku. Starczyło tylko po nią sięgnąć, a on ślepy jej nie zauważał i przechodził dalej.- To wasza sprawka? Tak? Wy to uknuliście?
- To nie było trudne.- Powiedział Didier i wzruszył obojętnie ramionami. Niech wszyscy myślą, że to nie było trudne. Bo dla niego… dla niego to była masakra…
- Co nie było trudne? Nakłonienie Amandy do ponownego chodzenia ze mną?- Zapytał. Didier zaśmiał się cicho pod nosem.- Czemu kurwa rechoczesz?!
- Amanda? Na tym skończmy nasze zwierzenia.- Powiedział i odwrócił się do nich plecami zmierzając w stronę miasteczka. Zatrzymało go gwałtowne szarpnięcie. Odskoczył jak poparzony od trzymającego go chłopaka.
- No chyba nie!
- Chłopaki….?- Zapytał Didier zerkając nad ramieniem niebieskowłosego. Johen oraz Luigi patrzyli na niego zagubionym spojrzeniem. Sami nie wiedzieli co mieli w tej kwestii zrobić. To nie oni wyznaczali granice… Chłopak wypuścił głośno powietrze z płuc i spojrzał w te przenikliwe niebieskie oczy. Dlaczego to on miał sobie radzić ze wszystkim sam? W końcu to oni byli jego przyjaciółmi, a nie on. Nawet rodzice John’a oczekiwali, że chłopak nadal będzie pomagał im w leczeniu ich syna. A on ich nawet nie lubił! Gdyby to od niego zależało wykrzyczałby mu wszystko prosto w twarz i odszedł zostawiając go w tym miejscu samego. Ale nie był takim człowiekiem. Nie potrafił się przemóc. W końcu sam wyznaczył granice. - Coś jeszcze „Panie z czteroletnią luką w pamięci”?- Zapytał. Zaciągnął się głośno powietrzem kiedy jego lewy policzek zapiekł od wymierzonego ciosu. W jego oczach stanęły łzy. Przełknął je głośno nie patrząc w ich stronę.
- Nie waż się tak do mnie mówić ty lachociągu zajebany. Zdechnij. I tobie podobne cioty. Sam się dowiem tego czego chcę się dowiedzieć.- Wycedził przez zaciśnięte zęby John i wyminąwszy go ruszył w stronę miasteczka. Gdyby tylko się odwrócił zobaczyłby jak tak bardzo znienawidzony przez niego Żabojad upada na kolana zanosząc się cichym szlochem.
John nie odwrócił się. Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Miał wrażenie że jest cięższa niż wcześniej. Wkurwiony na cały świat i siebie udał się w stronę Akademika.
Dlaczego miał wrażenie, że zrobił coś niewybaczalnego? Odnosił wrażenie, że z każdym dniem pogrążał się w bezdennej otchłani. I kiedy tylko odzyska wspomnienia będzie chciał aby piekło go pochłonęło. Ale co on takiego robił? Chciał tylko odzyskać wspomnienia. Czy prosił o tak wiele?  Przemierzając szybko ciemną alejkę dojrzał przed sobą pewną ciemną postać. W ciemnościach zamajaczyły białe nauszniki zarzucone na szyję. Przyspieszył kroku.
- Colette?- Zapytał cicho. Dziewczyna drgnęła i spojrzała w jego stronę.
- John?- Zapytała. Rozejrzała się dookoła jakby jeszcze kogoś szukała, ale kiedy upewniła się, że chłopak jest sam znowu spojrzała w jego stronę.- John.- Powtórzyła jego imię.
- Um… Colette?
- Tak mam na imię.- Powiedziała i zaśmiała się z jego zagubionej miny.- Wybacz. Wybacz. Coś się stało?
- Możemy porozmawiać?
- Jasne. O czym?- Zapytała uśmiechając się delikatnie.
- Chce wiedzieć wszystko o mnie, Amandzie, Edgardzie oraz o tym jak połamałem palce twojemu bratu? Dlaczego byłem z nim na tym koncercie? Dlaczego uczył mnie grać na pianinie… fortepianie… chuj…- Warknął. Dziewczyna zaśmiał się cicho do swoich myśli i rozejrzała się po alejce w jakiej się znajdowali.
- Brat mnie zabije jeżeli się dowie, że teraz z tobą rozmawiam, a jak już bym miała odpowiedzieć na twoje pytania…
- W dupie mam twojego brata!- Warknął. O dziwo dziewczyna się nie wystraszyła tylko zaczęła znowu się śmiać.- Masz rozdwojenie jaźni?
- Kiedyś zrozumiesz.- Powiedziała. Wypuściła głośno powietrze z płuc i spojrzała na niego smutnym wzrokiem.

Colette szła wraz z nowo poznaną koleżanką przez plac dźwigając ze sobą kosz z piłkami do siatkówki. Miały to odnieść do magazynu za szkołą. Podobało jej się tutaj. Szkoła była fajna. Był tutaj jej brat… jej brat, który z nieznanego jej powodu zamknął się w sobie i nie chciał rozmawiać z nikim. Co przerwę znikał w Sali muzycznej i raczył wszystkich uczniów tej szkoły swoją przepiękną grą.
- Ty puszczalska zdziro!- Usłyszała krzyk dobiegający z magazynka do którego zmierzały. Spojrzała na swoją towarzyszkę, ale tamta zajadając się ciastkiem gapiła się w niebo. Chyba nie przywiązywała zbytnio uwagi do tak przyziemnych spraw jak ta, która właśnie odgrywała się
w magazynku.
- O co ci znowu chodzi? Wcześniej jakoś ci to nie przeszkadzało…
- Wcześniej?! Wcześniej?! Mówisz, że wcześniej też się kurwiłaś lachociągu zajebany?!
- Nie mów tak do mnie! Jak ci obciągałam to ci się podobało!
- No ja pierdole, kurwa jego mać!- Usłyszała krzyk i drzwi z hukiem otworzyły się na oścież. Koło nich szybkim krokiem przeszedł znany jej tylko z wyglądu chłopak. John White. Zaciskał mocno usta. W oczach zbierały się łzy.
Colette zerknęła do magazynu i drgnęła zaskoczona. Na jednym z materaców leżał chłopak bez koszulki. Obok niego siedziała dziewczyna w spódnicy i bez bluzki. Koło niej leżały również majtki…
- Kontynuujemy?- Zapytała dziewczyna. Chłopak zerknął na nią i uśmiechnął się delikatnie. Po chwili spojrzał w stronę dwóch pierwszoklasistek które stanęły w przejściu do magazynku. Uśmiechnął się jak psychopata.
- Chcecie się dołączyć?- Zapytał. Colette pokręciła przecząco głową. Jej koleżanka ciągle gapiła się w niebo. Ciekawe czy ta dziewczyna wiedziała co się dookoła niej działo.
Tak właśnie Colette poznała John’a, Amande oraz Engarda.

Dziewczyna przyglądała się uważnie każdej jego najmniejszej zmianie w mimice twarzy oraz ciała. Wiedziała, że jeżeli zacznie się dziwnie zachowywać musi niezwłocznie przerwać i zadzwonić do brata aby ten dostarczył tutaj jego leki. Wtedy wszystko się wyda… Didier ją zamorduje…
- A więc o to mu chodziło- Powiedział John wypuszczając głośno powietrze z płuc i patrząc na gwieździste niebo.
- O co?
- Jakieś pół godziny temu powiedziałem przy twoim bracie „Amanda”. A on zaskoczony powtórzył to imię i stwierdził, że koniec tematu…
- No wiesz… przeważnie jak przypominałeś sobie jedną rzecz to się jej trzymałeś i ta przypomniana rzecz była rozwinięta. Ale jak dowiedziałeś się o Amandzie nie przypomniałeś sobie za pewne całej historii i nadal nazywałeś ją Amandą, a nie tak jak po tym zdarzeniu które ci właśnie opowiedziałam.
- A jak na nią wtedy mówiłem?
- Pomyśl… przypomnisz sobie…
- Proszę ja ciebie. Nie każ mi wysilać swojej mózgownicy, aby móc sobie przypomnieć jak mówiłem na tą kurwę.- Warknął chłopak ukrywając twarz w dłoniach.
- I widzisz? Szybko sobie przypomniałeś.- Uśmiechnęła się delikatnie. John spojrzał na nią zza swoich palców zaskoczony. Szli w milczeniu jakiś czas po czym usiedli na pierwszej lepszej, wolnej ławce jaką znaleźli po drodze. John spojrzał na bezchmurne niebo. Jakaś samotna gwiazda zakończyła swój długi żywot przecinając ciemny nieboskłon. Chcę odzyskać wszystkie wspomnienia. Pomyślał gapiąc się na gwiazdę. Po chwili wyśmiał sam siebie. Co on? Głupi dzieciak jest aby uwierzyć, że jakaś głupia spadająca gwiazda spełni jego życzenie?
- I co było dalej?- Zapytał chłopak kiedy dziewczyna nie kontynuowała wypowiedzi. Spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Wybacz. Zamyśliłam się. Teraz usłyszysz część której wręcz nienawidzę. Szczerze…?- Zapytała i spojrzała na niego chłodnym spojrzeniem.- Chciałam cię wtedy zabić.
- Co? O co…
- Za chwilę się dowiesz.


(w tym momencie proponuję posłuchać tego utworu https://www.youtube.com/watch?v=jMMYoLwxU7Q )

Colette siedziała na małym krzesełku koło pianina, przy którym siedział jej jedyny brat. Jak zawsze na długiej przerwie śniadaniowej zamknął się w tej klasie i grał spokojne melodie. Dziewczyna w ogóle zauważyła, że jej brat lubi grać w samotności. Od kiedy przyszła za nim do tej szkoły nigdy nie wiedziała, aby z kimś gadał. Zawsze zamykał się w tej klasie. Czasami do niego przychodziła
i słuchała, a czasami pozwalała mu grać w samotności.
- To piosenka na twój nowy konkurs?- Zapytała kiedy piękna melodia zakończyła się jednym delikatnym dźwiękiem. Chłopak spojrzał na nią uśmiechając się od ucha do ucha. Tak. To coś co robił bardzo rzadko, ale kiedy już to robił… był uroczy.
- Tak. Muszę ją jeszcze trochę dopracować.
- Oj tam. Już z takim zapleczem na pewno wygrasz i dostaniesz się dzięki temu do wymarzonego liceum. Przecież ty masz talent. Nie to co ja.
- Przesadzasz.- Uśmiechnął się do niej kiedy ta smutna opuściła głowę.- Chciałbym mieć twoje zdolności aktorskie. Mógłbym robić ludzi w bambuko tak jak ty to teraz robisz spryciulo mała.- Dodał. Dziewczyna podniosła głowę do góry i wyszczerzyła się szeroko.
- Zagraj ją jeszcze raz.- Poprosiła. Chłopak kiwnął głową i przykładając palce do klawiszy zamknął oczy. Po krótkiej chwili pomieszczenie wypełniały przyjemne dźwięki instrumentu. Bujała się na boki oglądając mini występ swojego brata. Drzwi do klasy otworzyły się z głośnym hukiem. Didier nie przestał grać. Nigdy nie przestawał. Dla niego to było hańbiące. Przerwać w połowie piosenki przez jakieś głupie przyziemne problemy.
Colette spojrzała na przybysza i aż skrzywiła się z niesmakiem. W przejściu stał John dysząc ciężko jakby przebiegł kilka kilometrów. Za nim stała ta zawsze nieodstępująca go dwójka. Włoch
i Niemiec.
- Oj! Żabol!- Warknął chłopak. Dziewczyna spojrzała na brata, który nie przestawał grać
i nawet nie raczył swojej „widowni” obdarzyć krótkim spojrzeniem.- Pierdolony pedale mówię do ciebie!- Wydarł się i podszedł do niego. Dziewczyna drgnęła. Dlaczego on tak wyzywał jej brata
i mówił, że ten jest… pedałem. Nie. Nie uważała, że to coś złego, ale nie rozumiała dlaczego ten tak go nazwał. Wpatrywała się w twarz brata. Zmarszczył czoło i zmrużył oczy. Był podenerwowany, ale
i przerażony. John zatrzymał się przy pianinie i szturchnął Didier’a.- Przestań napierdalać w te klawisze! Już mam dosyć słuchania tego dennego jazgotu co przerwę!- Krzyczał. Przyglądał mu się przez chwilę. Na jego czole wyskoczyła niebezpieczna żyłka, kiedy chłopak nadal nie przestawał grać.- A chuj ci w dupę!- Ryknął i z impetem zamknął klapę od klawiszy. Muzyka ucichła zastąpiona przeraźliwym krzykiem.
- DIDIER!- Colette podbiegła do brata odpychając po drodze niebieskowłosego. Chłopak opierał czoło o pianino. Jego ręce luźno zwisały wzdłuż jego ciała. Drżał.
- John! Coś ty zrobił?!- Chłopak Niemieckiego pochodzenia podbiegł do kumpla i złapał go za ramie. Ten cały sztywny gapił się na jasnowłosego.
- Didier! O Boże… Didier… twoje… twoje palce…- Z ust dziewczyny wydobył się głośny szloch. Chłopak bardzo powoli okręcił głowę w bok i z załzawioną twarzą spojrzał na siostrę. Uśmiechnął się delikatnie i krzywiąc się z bólu przygryzając wargę uniósł prawą rękę do góry. Położył jej delikatnie dłoń na głowie.
- Nie… płacz… głupia… - Powiedział z ledwością łapiąc oddech.- To tylko palce….
-To jest całe twoje życie! Twoje marzenia! Jak możesz mówić, że to tylko palce?! Didier!- Krzyknęła kiedy chłopak nieprzytomny osunął się powoli na podłogę. Złapała go za ramiona próbując go ocucić.- Jakim prawem? Jakim prawem?! To, że dziewczyna cię zdradziła i zniszczyła ci jakąś część życia nie znaczy, że i ty masz niszczyć życie i marzenia innych!- Krzyczała nie patrząc w ich stronę. Spojrzała na dłonie brata i drgnęła kiedy zobaczyła białe elementy jego kości przebijające się przez mięśnie i skórę. Załkała. Tego już nic nie naprawi. Jej brat…- TY ŚMIECIU!!!!!- Wydarła się i rzuciła z drobnymi pięściami w stronę niebieskowłosego.

Colette spojrzała na swojego milczącego towarzysza. John przyglądał się swoim dłonią myśląc o czymś zawzięcie. Dłonie mu się trzęsły. Marszczył czoło i zaciskał mocno usta. Próbował sobie przypomnieć to zdarzenie, ale nie mógł. Kiedy już miał wrażenie, że jest blisko boleśnie zderzał się z niewidzialną ścianą, której nie mógł przekroczyć z której strony by do niej nie podszedł. To było takie frustrujące uczucie. Wiedział, że odpowiedź jest za tą ścianą, ale jak miał ją przejść skoro nie widział jej końca, w którą stronę by nie spojrzał. Musi coś wykombinować, bo jak nie to zwariuje. Nie ma to jak trafić do psychiatryka, bo zwariował przez utratę wspomnień. Przynajmniej rodzice mogliby go codziennie odwiedzać. Rodzice? Dlaczego na samą myśl o nich miał ochotę zwrócić cały swój posiłek i do tego krzyczeć w niebo? Przecież to są jego rodzice, nic mu nie zrobili, ale na samą myśl o nich zalewała go nieopisana złość. Pokręcił przecząco głową. Nie będzie sobie teraz zaprzątał tym myśli. Musi się dowiedzieć więcej. Póki może.  Drgnął i spojrzał na nią przerażonym spojrzeniem.
- Na dzisiaj już chyba wystarczy.
- Nie! Proszę. Opowiedz mi więcej.- Niebiesko włosy wstał gwałtownie kiedy usłyszał, że na dzisiaj już koniec. Dziewczyna popatrzyła mu w oczy.
- Wystarczy. Naprawdę.
- Colette…
- Colette!- Obydwoje drgnęli na dźwięk tego głosu. W dość powolny sposób odwrócili się
w stronę, z której właśnie szybkim krokiem podchodził do nich nie kto inny jak Didier. Chłopak zatrzymał się przy nich oddychając ciężko. Spojrzał na siostrę złym spojrzeniem.- Czy ty wiesz która jest godzina?! W tej chwili wracaj do internatu!- Wydarł się. Dziewczyna zerknęła na zegarek na swojej ręce i przeklęła cicho pod nosem używając języka francuskiego. Za pół godziny zamkną bramę. A oni są poza terenem placówki.
- No na co czekamy. Ruchy! Ruchy!
- Gdyby nie ty już dawno bym sobie smacznie spał!- Warknął Didier. Nawet nie patrzył na towarzyszącego jej chłopaka. Z daleka go poznał, ale jakoś nie chciał wiedzieć co oni razem robili w takim miejscu i co najlepsze o tej porze. Ich miny mogłyby mu wiele powiedzieć gdyby tylko chciał się w nich zagłębić, ale on najnormalniej postanowił mieć ich głęboko gdzieś. Musiał tylko odstawić siostrę do Akademika. Bardzo się zdziwił kiedy pół godziny temu wpadł do niego do pokoju Opiekun Akademika i powiedział mu, że jego siostra nie wróciła jeszcze do pokoju. Od razu domyślił się gdzie jest. Zasze kiedy chciała o czymś pomyśleć przesiadywała w tym parku. Wiedział, że tutaj będzie. Ale nie wiedział, że spotka tutaj tego osobnika. Stęknął głośno kiedy chłodne powietrze podrażniło mu odkrytą szyję. Opatulił się szczelnie bluzą. Dziewczyna potargała mu delikatnie włosy i otworzyła szerzej oczy.
- Kąpałeś się już?
- Tak. Dobra idziemy.- Warknął i ruszył przed siebie nie patrząc nawet na swojego współlokatora, który przyglądał mu się uważnie. Dziewczyna wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się złośliwie.
- John dit , " je l'aieudans le Cul " quand je l'habitudevotre nom . Je pensaisque vous l'aviezdans le cul et la bouche. John , mais pas la totalitédumorceau de viande . Cette pièce cachéedans sonpantalon.- Zawołała za bratem, który przystanął jak wryty i odwrócił się gwałtownie w stronę siostry, która dokładnie w tym samym momencie go wyminęła.
- Colette!- Krzyknął cały czerwony na twarzy.- Ty zboczona kretynko!- Dodał i ruszył szybkim krokiem za nim.
John przyglądał się tej całej sytuacji i doszedł do jednego wniosku.
Musi nauczyć się Francuskiego albo chociaż zapisać na jakiś szybki kurs. Żałował, że w ich szkole nie było możliwości nauki tego języka. Spojrzał na plecy odchodzącego rodzeństwa. Syknął cicho pod nosem i kopiąc pobliski kamień ruszył za nimi w stronę Akademika. Zmarszczył czoło niezadowolony. Dziewczyna właśnie coś o nim powiedziała co wprawiło tego Żabola w taki a nie inny nastrój. A skąd wie, że mówiła o nim. Ponieważ z całego jej wywodu wyłapał swoje imię „John”. Ciekawe co mu powiedziała, że ten chłopak tak uroczo zareagował…
Uroczo?!
O Kurwa. John lecz się! Za dużo czasu spędzasz z tym pedziem!

 ***************************************************
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu:)
Pozdrawiam i zapraszam z tydzień:)
Gizi03031




niedziela, 1 stycznia 2017

2. „ Melodia, która już nigdy nie zabrzmi”. 2

Hej!
No i pierwsza notka w 2017 roku. Boże jak to brzmi:). Em.... co do tego opowiadania, mam nadzieję, że nie urazę nikogo dennymi tłumaczeniami z francuskiego albo włoskiego (sama osobiście w szkole miałam tylko niemiecki i angielski) które całkowicie poszły tłumaczone przez internet, a że zależało mi aby było pisane w danym języku nie miałam wyboru i dodałam to tak jak mi to przetłumaczyło. Mam nadzieję, że nie będzie aż tak tragicznie jak mi się wygaje, że będzie.
No a teraz zapraszam do zapoznania się z kolejnym rozdziałem.
Przysiadłam ostatnio do nowego opowiadania i napisałam aż pięć rozdziałów. Do końca zostało mi siedem i będę miała kolejne dzieło ukończone do dodania tutaj. Pewnie gdybym się przyłożyła napisałabym to w max trzy dni, ale od jutra zaczynam nową pracę na dwie zmiany więc może być trudno. No tak, zawsze jak mam wenę coś musi mi się w nią wpiepszyć.;/
Ok, nie truje więcej i zapraszam do czytania:)
*****************************************************
- A więc teraz pan Lanneugrasse? Te same pytania jakie kierowałem do pana poprzedników, ale proszę o trochę bardziej rozbudowaną odpowiedź.- Powiedział nauczyciel. W klasie zapanowała cisza. Lanneugrasse nie odzywał się na lekcji muzyki. Siedział tutaj bo musiał, a teraz…
- Bo chciałem. Bo mnie to interesowało. Nie gram na żadnym instrumencie, no chyba że nerwy uważa pan za instrument. Jeżeli tak jest to mogę śmiało powiedzieć, że gram ludziom z mojego otoczenia na nerwach- Odparł chłopak i sięgnął po słuchawki wciśnięte na samo dno swojego plecaka. Nauczyciel cmoknął niezadowolony pod nosem.
- Didier nie spodobała mi się twoja odpowiedź.- Powiedział. Chłopak zerknął na niego nie przestając rozplątywać kabelka od słuchawek.- Tylko mi nie mów, że masz zamiar słuchać muzyki na mojej lekcji?
- Mam to narysować, wymigać czy co?- Zapytał chłopak zakładając słuchawki na szyję
i wyciągając MP4 z kieszeni. – Będziemy mieli teraz coś z tworzenia własnej muzyki na komputerze?
- Ja nie prowadzę tego typu zajęć.
- No to mnie nie interesuje nic innego.- Chłopak w bezczelny sposób założył słuchawki na uszy i włączył muzykę. Przez klasę przeszedł szmer poruszenia. Nauczyciel wypuszczając głośno powietrze ruszył w stronę krnąbrnego ucznia. Ściągnął mu z uszy słuchawki jednym, płynnym ruchem. Zignorował spojrzenie chłopaka i pochylił się nad nim.
- Zapraszam pana na podest.- Powiedział i odwrócił się zbliżając w stronę biurka. Zatrzymał się przy nim i zerknął za siebie. Chłopak ani drgnął.- Ogłuchłeś? Na podest!
- Emmerde.- Jęknął chłopak i szurając nogami zbliżył się do biurka.
- Ja ci za chwilę dam ból w…- Urwał nauczyciel, kiedy chłopak stanął na podeście znajdującym się po lewej stronie od biurka nauczyciela. Spojrzał na niego wyczekująco. Po jaką cholerę on go tutaj zawołał?- Słyszałem o panu panie Didier. O panu i pana muzyce. Gra pan na fortepianie.- Powiedział. Didier cofnął się o krok prawie spadając z podestu. W klasie zapanowała grobowa cisza. John nastawił uważnie ucha. Może uda mu się odzyskać jakieś wspomnienia bez nadzoru? W końcu dobrze pamiętał melodie jakie wychodziły spod palców chłopaka na każdej przerwie w ich klasie w gimnazjum. A teraz od kiedy wrócił ze szpitala, chłopak nie zagrał nic.
Nawet nie zerknął w stronę fortepianu. Wiedział o tym, bo od kiedy wrócił do szkoły został bardzo dobrym obserwatorem. Nawet gapiąc się na ludzi odzyskiwał swoje wspomnienia.
Kumpel z ławki obok lubił magazyny motoryzacyjne- czyli, że bardziej chciał być mechanikiem samochodowym, ale przyszedł do tej szkoły dla młodszej siostry. Dziewczyna siedząca pod oknem w przeciągu tygodnia miała już trzeciego chłopaka. Nie lubiła marchewki. A ten osmarkany okularnik, który siedział zawsze przy drzwiach i jako pierwszy znikał z klasy zawsze coś skrobał w zeszycie. Nie dawno dowiedział się, że chłopak pisze własną książkę.
Już tyle się dowiedział, a ciągle było mu mało.
Teraz miał okazję poznać kolejny sekret.
Poprawił okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa i przyglądał się zaistniałej sytuacji z wypiekami na policzkach.
- Źle pan usłyszał. Nie gram.- Odparł chłodno Didier. John zmarszczył czoło. Chłopak kłamał. Grał. Nawet pięknie, ale chłopak nigdy nie powie tego na głos.
- Nalegam, aby pan coś nam zagrał. Sam zdecyduje czy pan gra czy nie.
- Jaki jest sens w bezsensownym nawalaniu w klawisze?
- Graj!- Nauczyciel kolejny raz dzisiejszego dnia podniósł głos. Chłopak wypuścił głośno powietrze z płuc i podszedł do czarnego, lśniącego fortepianu. Przeciągnął palcami po klapie zasłaniającej klawisze. Nie przepadał za nowym nauczycielem. Za bardzo przypominał mu jego pierwszego nauczyciela gry na tym instrumencie. Na całe szczęście po dwóch miesiącach rodzice mu go zmienili. Wtedy nie był pewien ile by wytrzymał z tamtym ograniczonym dziadem. Chociaż może wtedy zrezygnował by wcześniej, a utrata zdolności gry na fortepianie nie zabolała go tak jak to było w rzeczywistości. Już on pokarze temu nauczycielowi oraz tej zgrai lekkoduchów chodzących z nim do klasy jak gra prawdziwy mistrz! Ha! Już nigdy nie poproszą go na ten przeklęty podest!
John spojrzał zaciekawiony na Johen ‘a, który z głośnym świstem wciągnął powietrze do płuc, po czym ponownie zerknął na brązowowłosego. Chłopak rzucił przelotne spojrzenie w stronę nauczyciela i zaczął swój koncert.
White pospiesznie zatkał uszy, kiedy po klasie rozniósł się potworny dźwięk. Didier uderzał całymi dłońmi o klawisze, wciskając je z całych sił. Dźwięk był straszny, drażniący uszy, raz niski
a za chwilę piskliwy. Chłopak uderzył tak kilka razy po czym z głośnym trzaskiem zamknął wieko
i spojrzał na nauczyciela. Skłonił się przed nim teatralnie po czym spojrzał na niego chłodnym spojrzeniem.
- Ja nie gram.- Warknął i zeskoczył szybko z podestu. Nauczyciel ogłupiały gapił się ciągle na fortepian, jakby to właśnie owy instrument miał mu udzielić odpowiedzi na pytanie, co tu się właściwie stało.
Po klasie rozniósł się huk zamykanych drzwi.
John patrzył na puste miejsce na końcu klasy, które jeszcze chwilę temu zajmował Żabol. Co tu się wyprawiało?
Dlaczego ten idiota nie zagrał tak jak zwykle?
- Luigi.- Powiedział nauczyciel zerkając w dziennik. Spojrzał na wezwanego chłopaka.- Znasz się z Didier’em od gimnazjum. Czy możesz mi wyjaśnić co się tak właściwie przed chwilą stało?
- Powinien pan o to spytać Didier ‘a, dyrektora albo pana poprzednika. Ewentualnie pielęgniarka szkolna może panu powiedzieć, ale przy niej proszę nie mówić, że kazał pan mu grać na czymkolwiek.
- Dlaczego?
- Ona nie lubi kiedy ten chłopak na czymś gra.- Luigi zakończył rozmowę otwierając swoją książkę od muzyki i gapiąc się w kartkę mówiącą o życiu Beethovena.

^^~^^
            Wyminęła go kolejna grupka dziewczyn śmiejąc się cicho i zerkając w jego stronę ukradkiem. Przyzwyczaił się do takich spojrzeń. Większość z nich prezentowała żal i tęsknotę. No sorry. Nie jego wina, że był gejem. Przecież nie zmieni się tylko dlatego, że jakaś grupka dziewczyn, które same nie wiedzą czego chcą będzie się na niego gapić z wielkim żalem. Nie rozumiał kobiet. Dla niego były dziwne. On nawet swojej siostry w niektórych momentach swojego życia nie rozumiał, a miał rozumieć obce mu laski?
            Mógł się założyć, że one same siebie nie rozumiały jak i same nie wiedziały czego chcą. Weźmy na przykład ich ciągłe użalanie się nad swoich wyglądem. Te które miały więcej ciałka, do których można było się poprzytulać bez obawy o nabawienie się jakiś wewnętrznych urazów albo siniaków w bliższym kontakcie z ich kościami narzekały przeważnie na swoją wagę. Nie wiedziały tego, że mają duże piersi, piękne oczy czy też ładny uśmiech. Dla nich najważniejsze było to, że ważą za dużo. Bo co? Bo nie mieszczą się w kanonie mody promowanym przez anorektyczce gwiazdy? Głupota!
            Didier wypuścił głośno powietrze z płuc i spojrzał na telefon. Chowając go ponownie do kieszeni spodni wrócił do wcześniejszych rozmyślań. Wiedział, że jeżeli puszystym kobietą nie podobało się ich ciało to tak samo miały kobiety, które on pieszczotliwie nazywał- wieszakami- z racji na ich tusze. A raczej jej brak. Szczupła laska, za której figurę nie jedna by zabiła będzie marudzić, że ma wystające biodra i żebra. Że ma małe cycki i płaski tyłek. I tutaj jest kolejne głupie, błędne koło.
            Z facetami tak nie było, dlatego Didier cieszył się, że jest gejem. Chyba by nerwowo nie wytrzymał, jeżeli co dziennie rano miałby słyszeć o tym jaka to on jest gruba/chuda, brzydka, koślawa i w ogóle. No nie przeczył. Chłopacy też mieli swoje kompleksy, ale nie afiszowali się tak z tym. Nie dochodzili do wniosku, że cały świat musi o nich wiedzieć. Po co komu wiedzieć, że wkurwia go pieprzyk który powinien znajdować się dwa milimetry dalej niż jest teraz. Faceci przeważnie trzymali to dla siebie. Chociaż zdarzały się wyjątki. Rzadko bo rzadko, ale się zdarzały.
            Chłopak przełknął głośno ślinę patrząc na zmierzającego w jego stronę chłopaka. Ten to ze swoimi kompleksami nie krył się w ogóle. Didier skrzywił się delikatnie i wsunął ręce do kieszeni spodni.

**

John siedział na dziedzińcu razem z Luigi’m, Johen’em oraz Amandą. Niską i zgrabną dziewczyną o dużych, niebieskich oczach oraz brązowych włosach do ramion z prosto ściętą grzywką. Obejmował ją czule ramieniem.
W końcu byli parą od drugiej gimnazjum, więc nie widział potrzeby chowania się z tym po kątach. Cztery lata razem do czegoś go zobowiązywały. Uśmiechnął się do niej delikatnie i sięgnął po jabłko które mu podawała.
Jego wzrok poleciał w stronę boiska od piłki nożnej. Kilku chłopaków ze szkoły podawało do siebie czarno-białą piłkę śmiejąc się przy tym głośno. Wygłupiali się.
Wypuścił głośno powietrze z płuc wgryzając się w czerwony owoc. Dlaczego zrezygnował
z gry w piłkę? Przecież to uwielbiał. Ten pęd, wiatr we włosach i zmęczenie nóg po długotrwałym bieganiu po zielonej murawie. Co się takiego stało, że z tego zrezygnował i wybrał jakieś dziwaczne granie na fortepianie?
Spojrzał w błękitne niebo nie zakryte ani jedną chmurką. Uwielbiał taką pogodę. Spokojna
i ciepła. Nikomu nie wadząca. Zamknął oczy delektując się ciepłem słońca na swojej twarzy.
- John gramy dzisiaj w karty?- Zapytał Luigi. Chłopak mruknął tylko i uśmiechnął się szeroko. Jak nie salon gier to granie w karty w akademiku. Włoch zawsze znajdzie sposób aby chociaż częściowo dostać to czego chciał.
- Możemy.- Odparł cicho. Pod powiekami widział ciepłą czerwień.
- U nas czy u was?- Zapytał ponownie Włoch. John otworzył delikatnie powieki, aby spojrzeć na przyjaciela, ale zauważył coś całkowicie innego. Za Ciemnowłosym na parkingu szkolnym stał Żabojad, a koło niego… nie znał tego chłopaka.
Widział go po raz pierwszy na oczy- a przynajmniej tak myślał. Był średniego wzrostu, muskularny, ciemnobrązowe włosy wygolone po bokach z jakimś fantazyjnym wzorkiem układały się w średniej długości irokeza, którego postawił delikatnie do góry. Skórzane czarne spodnie oraz taka sama „koszula” z rozcięciami na ramionach. Pod nią miał białą koszulkę. Na rękach czarne, skórzane rękawiczki bez palców. Ciężkie buty.
Nieznajomy złapał Didier ‘a pod ramię i szarpnął w swoją stronę. John usiadł sztywno przypatrując się tej scenie. Nie wiedział dlaczego ale naszła go dziwna ochota aby podejść tam
i walnąć tego kolesia.
Czuł jedno.
Nienawidził go. Ogarnęła go nieopisana złość kiedy tylko zerkał w jego stronę. Jego współlokator wyszarpnął swoją rękę z jego dłoni i ruszył w stronę wyjścia ze szkoły. Nieznajomy za nim.
- Kto to?- Zapytał niebiesko włosy. Poczuł na sobie ich spojrzenia dlatego pokazał w dość niekulturalny sposób palcem w stronę bramy szkolnej. Johen jęknął głośno.- No więc? Kto to?
- Edgard.- Powiedział cicho Amanda. John spojrzał na nią zaciekawiony. Nawet ona go znała.- Taki nieciekawy typ. Lepiej będzie jak nie będziesz sobie nim zawracać głowy.
- Żabol z nim polazł.- Zauważył inteligentnie. Luigi wypuścił głośno powietrze z płuc i wstał ze swojego miejsca.
- Idźcie prosto do Akademika. Ja was dogonię. Tylko coś załatwię.
- Lui.- Johen spojrzał na niego zatroskanym spojrzenie. Chłopak spojrzał na niego
i uśmiechnął się delikatnie. John zmarszczył czoło. Co to za spojrzenie i uśmiech jakim obdarzyli się jego kumple?
- Weź moją torbę.- Powiedział i wciskając ręce do kieszeni ruszył w stronę bramy szkolnej. John spojrzał na jego plecy a później na jego współlokatora.
- On polazł za Żabolem?- Zapytał. Nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Spojrzał na twarz przyjaciela. Twarz wyrażającą napięcie.- Johen?
- Nom?
- Dlaczego Żabol nie gra już na fortepianie?- Zapytał. Zamiast odpowiedzi uzyskał tylko nikły smutny uśmieszek i pełno bólu w oczach przyjaciela. Drgnął. Znał skądś to spojrzenie. Znał je… ale jednocześnie było dla niego całkowicie obce.
- Dzisiaj mam przyjść?- Usłyszał szept przy swoim uchu. Spojrzał w stronę swojej dziewczyny. Pomyślał przez chwilę.
- Jutro. Dzisiaj nie.- Odparł. Dziewczyna kiwnęła twierdząco głową, pocałowała go w policzek na pożegnanie i ruszyła w stronę szkoły. Miała jeszcze jakieś dodatkowe zajęcia. Chłopak po chwili zrównał się z przyjacielem i ruszyli w stronę Akademika.
- To gramy u was czy u nas?
- Może być u nas. Amanda dzisiaj nie przychodzi.
- A.-Odparł tylko zielonowłosy. Nie przepadał za tą laską- z resztą Luigi też.- ale nie mogli tego powiedzieć kumplowi. Cieszył się w duchu z każdego ich nieudanego spotkania lub wypadu na miasto. Miał nadzieję, że John w końcu przejrzy na oczy i rzuci tą… dziewczynę. Nie mógł nazwać jej inaczej nawet w myślach. Jeżeli tylko by spróbował kolejne spotkanie z nią sprawiłoby, że kumulująca się od wielu lat złość znalazłaby jakoś ujście i pewnie urządziłby jej awanturę przy wszystkich. A tego nie mógł zrobić. Nie, że nie chciał, bo chciał- i to bardzo- ale najnormalniej w świecie nie mógł. John by się na niego zdenerwował. A tego nie chciał. Zatrzymał się na chwilę przy czerwonej maszynie, z której mógł sobie za kilka drobniaków kupić cole, o czym nagle zamarzył, kiedy dojrzał przed sobą długi chodnik bez żadnego cienia, pod którym mógłby się schronić. Przecież krótki postój po picie nic nie zmieni. I tak w akademiku będą za jakieś pięć minut. Najwyżej Luigi wraz z Didier’em na nich poczekają przy wejściu. Oczywiście jeżeli Włoch znajdzie chłopaka zanim…
 John podał mu kilka monet i poprosił o to samo. Oparł się o maszynę i spojrzał w bok po czym zamarł.

^^~^^

W przyciemnianej uliczce pomiędzy dwoma budynkami, w której można było zaznać chociaż trochę chłodu było słychać odgłosy przeciągłego ssania. Chłopak ubrany cały na czarno opierał się
o ścianę brudnego budynku, zaciskając mocno palce prawej ręki na włosach klęczącego przed nim chłopaka. Chłopaka który ssał go mocno używając przy tym dużo języka. Uwielbiał pracę jego ust. Zacisnął mocniej palce kiedy poczuł jak jego penis zaczął drgać. Oddychał głośniej. Spojrzał w prawo i uśmiechnął się szeroko.
- Rób to porządnie!- Warknął i przytrzymał głowę chłopaka w miejscu, aby móc pieprzyć jego usta bez jego udziału. Wbijał mu się coraz mocniej w gardło przytrzymując jego głowę. Chłopak zaparł się dłońmi na ścianie, o którą tamten się opierał i zaciskając oczy pozwolił mu na to, co tamten robił. Zacharczał gardłowo kiedy penis w jego ustach zadrgał kilka razy, a później słona ciecz trysnęła z impetem wprost do jego przełyku. Szarpnął głową do tyłu, ale chłopak przyciągnął go mocniej w swoją stronę wbijając mu się aż do nasady w usta i dochodząc w nie obficie. W jego oczach stanęły łzy kiedy poczuł ból w gardle i przełyku. Spojrzał na chłopaka. Edgard uśmiechał się wrednie.
- John idziemy już.- Usłyszał za sobą znajomy głos i szarpnął gwałtownie głową odrywając twarz od włosów łonowych tego idioty. Nie odwracał się. Klęczał nadal przed na wpół nagim chłopakiem. Czekał.- Didier?- Usłyszał. Edgard poklepał go po ramieniu i chowając swojego miękkiego penisa z powrotem do majtek schylił się do jego ucha.
- Opłata za ten tydzień pobrana. Widzimy się w następną środę.- Powiedział i pogwizdując ruszył w przeciwną stronę zostawiając klęczącego chłopaka za sobą.
Didier opadł rękoma na chłodny chodnik i pozwolił aby targający nim żołądek opróżnił się
z tego czego on stanowczo nie chciał w sobie mieć. Zwrócił spermę chłopaka oraz swój lunch na chodnik kaszląc przy tym głośno.
- Johen! Mieliście iść prosto do Akademika!- Luigi podbiegł do klęczącego Didier ‘a. Chwilę wcześniej minął na chodniku zadowolonego Edgarda. Pomasował jego plecy nie przejmując się
w ogóle tym, że chłopak nadal zwracał.
- Wracaliśmy. Cole kupowałem…
- Wypierdalać!- Krzyknął Włoch warcząc pod nosem. Miał nadzieję, że tym razem mu się uda. Ale znowu nie miał szczęścia i znowu widział ten żałosny obrazek.
- Nie krzycz na mnie idioto!- Johen odwrócił się na pięcie i pobiegł w przeciwną stronę niż ta, która prowadziła do akademika. Luigi zaklął cicho pod nosem i wyciągnął z kieszeni chusteczki higieniczne. Podał je Francuzowi, który przyjął je z dziwnym wyrazem na twarzy.
- Na co czekasz? Leć za nim.
- Jesteś pewny, że…
- Tak. Leć.- Powiedział i popchnął go dla potwierdzenia swoich słów. Wstał z kolan
i wyciągając chusteczkę z opakowania spojrzał na jedynego który został i nadal gapił się na niego
z szeroko otwartymi oczyma i buzią prawie, że na chodniku. Wytarł usta i wyrzucił zużytą chusteczkę do stojącego niedaleko śmietnika.- Co się lampisz? Przedstawienie się podobało? Powinienem wziąć od was opłatę za oglądanie darmowego spektaklu.
- Ty na serio masz coś z głową skoro robiłeś coś tak obrzydliwego.- Warknął jadowicie chłopak. Didier spojrzał na niego wygrzebując jednocześnie pieniądze z portfela. Chciał kupić sobie wodę, aby dokładnie przepłukać usta. Aby nie czuć.- Takie cioty jak ty powinny sczeznąć w jakimś obozie. Obrzydliwy lachociąg. I ja muszę z kimś takim mieszkać.- Warknął ponownie. Didier podszedł do maszyny. Wrzucił do niej kilka monet, po czym wybrał spośród wszystkich napoi wodę niegazowaną.
- W takim razie Amanda też ma coś z głową, powinna sczeznąć w jakimś obozie ponieważ jest obrzydliwym lachociągiem, z którym ty musisz chodzić.- Powiedział i wzruszył obojętnie ramionami. Uśmiechnął się wrednie i wlał trochę wody do ust z zamiarem wypłukania ich. Poprawił ramiączko od torby na swoim ramieniu i ruszył w stronę akademika zostawiając oniemiałego chłopaka za sobą.
John zazgrzytał głośno zębami, zacisnął dłonie w pięści i resztkami sił powstrzymał się przed rzuceniem na tego pieprzonego lachociąga. Jak on śmiał tak mówić o jego Amandzie?! Ona nie była taka sama jak on! Odwrócił się na pięcie i ruszył w przeciwną stronę niż poszedł ten nienormalny zboczeniec. Przemierzając spokojne ulice miasteczka zatrzymał się przed budynkiem kawiarenki internetowej. Chciał coś sprawdzić.
Wszedł do środka. Wszystkie komputery jak na razie były wolne, ale wiedział, że to tylko kwestia czasu. Jak tylko skończą się lekcje przybiegną tutaj dzieciaki, które będą chciały spędzić trochę czas przed kompem. Przy biurku za jednym z komputerów siedział młody mężczyzna o czarnych włosach i lazurowym kolorze oczu. Ubrany w ciemne jeansy i czarną koszulkę z jakimś zespołem nadrukowanym na jego piersi. Na nosie miał okulary w grubej oblamówce. Dwudniowy zarost. Spojrzał na niego.
- John.- Powiedział i uśmiechnął się delikatnie. W tym mieście wszyscy go znali, ale on… on nie znał nikogo.- Co cię do nas sprowadza?
- Chcę skorzystać z komputera.- Powiedział chłopak poprawiając ramię plecaka. Okularnik imieniem Steff (plakietka na jego piersi mu o tym podpowiedziała) podsunął mu różowy zeszyt
w kotki oraz długopis. Wiedział co miał zrobić. Wpisać się podając dokładnie imię, nazwisko, zajmowane stanowisko oraz na ile zamierza siedzieć przed kompem.
Po wpisaniu koniecznych danych usiadł przed czarnym komputerem oznaczonym białą liczbą „1”. Klika kliknięć myszką, jeszcze tyle samo w klawiaturę i już był tam gdzie chciał.
Strona główna jego gimnazjum. Przeglądał starą galerię szukając czegoś co mu pomoże. Kiedy stał tam w uliczce i przyglądał się temu wszystkiemu… myślał, że szlak go trafi. Chciał roznieść i jednego i drugiego.
Dlaczego?
Jego uwagę przykuł folder z imprezy zatytułowany: Gimnazjalny koncert młodych talentów.
Otworzył go i kliknął na pierwsze z brzegu zdjęcie. Nic mu nie mówiło. Przeskakiwał
z jednego zdjęcia na drugie obejmując je szybko tylko krótkim spojrzeniem. Zatrzymał się na jednym z ostatnich zdjęć. Młody chłopak siedział przy fortepianie. Jego krótko ostrzyżone brązowe włosy nie mogły zakryć jego oczu, w których gościło zdeterminowanie jak i ból. Zdjęcie zostało podpisane jako: Występ młodego i utalentowanego Didier ‘a Lanneugrasse. Przerzucił na kolejne zdjęcie. Młodsza wersja Didier ‘a stała na scenie z miniaturowym, złotym fortepianem w dłoni. Miał zabandażowane obie ręce. Spojrzał na tytuł: Ostatni koncert zwycięzcy XXIII edycji Gimnazjalnego Konkursu Talentów w kategorii Muzycznej. Didier Lanneugrasse chwilę po zwycięskim wystąpieniu.
Jak to ostatni? W gimnazjum już przestał grać? Co się stało z jego rękami. Wciągnął głośno powietrze ze świstem, kiedy przeskoczył na kolejne zdjęcie. Znał te twarze!!! Didier, ich nauczycielka od muzyki, Luigi, Johen oraz on sam. Siedzieli na siedzeniach w teatrze. Uśmiechali się delikatnie do obiektywu. Zerknął na opis zdjęcia: Didier Lanneugrasse wraz z przyjaciółmi oraz swoją mentorką.
- Errr… Steff? Mógłbym coś wydrukować?- Zapytał nie zerkając w stronę mężczyzny. Coś piknęło dwa razy.
- Jasne. Puszczaj.- Usłyszał. Kliknął prawym przyciskiem myszki i odszukał na pasku zadań napisu Drukuj. Wcisnął go i po chwili wyłączył komputer kiedy tylko brzęczenie drukarki za jego plecami ustało. Podszedł do „Steff ’a”, który nie odrywając wzroku od jakiegoś komiksu podał mu to co wydrukował. Złożył starannie kartkę i schował ją do plecaka.
- Dzięki.
- Spoko. Jak skończyłeś to się wypisz.
- Jasne.- Odparł i sięgnął po długopis. Co to wszystko miało znaczyć?!

^^~^^

Trzymał delikatnie jego twarz w swoich dłoniach. Składał na jego policzkach, ustach, czole,
a nawet skroni delikatne pocałunki. Po każdym z nich mówił ciche „przepraszam”.
- Przepraszam.- Szepnął jeszcze raz. Nie mógł krzyczeć chociaż jakby mógł… wykrzyczał by przeprosiny najgłośniej jakby potrafił. No ale nie mógł. Nie tutaj. Schowani pośród drzew w parku miejskim. Jakoś nie chciał ściągać na siebie, a w szczególności na niego uwagi ciekawskich gapiów. Pocałował ponownie jego czoło.- Przepraszam Kotek. Nie chciałem.
- Nie krzycz… na mnie.- Głos mu się załamał. Nie znosił swoich łez. Łez które zostały scałowane przez usta kochanka. Spojrzał do góry w jego oczy. Luigi przyglądał mu się uważnie nie przestając obsypywać jego twarz pocałunkami.
- Przepraszam. Nie chciałem. Więcej tego nie zrobię. Przepraszam.- Powtórzył. Johen kiwnął twierdząco głową.
- Pocałujesz mnie już normalnie?- Zapytał i spojrzał stęsknionym wzrokiem na usta chłopaka. Chciał skosztować tych ust. Tutaj! Teraz! W tej chwili! Uchylił delikatnie usta, kiedy Włoch przeciągnął kciukiem po jego dolnej wardze. Wysunął delikatnie koniuszek języka i oblizał jego palec. Wstrzymał oddech tylko na chwilę by za raz jęknąć głośno w pożerające go usta. Kochał jego usta.
A jego język… zadrżał na całym ciele opierając się na jego torsie. Drżały mu kolana, ale nie przerywał pocałunku. Od wyjścia z pokoju chciał go pocałować, a nie mógł. Rozpływał się w jego rękach oddając zachłannie pocałunek.
Luigi uśmiechnął się w duchu. Szkoda, że nie jesteśmy w naszym pokoju. Pomyślał zrezygnowany i zassał się na języku swojego chłopaka.

^^~^^

Didier siedział w swoim pokoju przeglądając ostatnio zakupioną mangę. Gejowskie porno. Historia miłości pomiędzy niewolnikiem, a jego panem rozgrywająca się na łamach życia szkolnego
w jakimś państewku w Europie Środkowej. Będzie musiał poprosił autora tego cudeńka o autograf. Uśmiechnął się pod nosem przyglądając się pewnej scenie zawartej w mandze. Ubrany Pan
z rozpiętym rozporkiem i rozebrany Niewolnik z kajdanami na nogach i rękach zostali przyłapani na swoich igraszkach przez ich przyjaciela w szkole.
Zachichotał. Pamiętał dokładnie ten dzień. Jak wlazł do ich pokoju bo mu się śpieszyło. Tak szybko jak tam wszedł tak szybko wyszedł. Oczywiście później przeprosił Włocha jak i Niemca, no ale co zobaczył to zobaczył. Nie sądził, że później będzie to czytał w wczoraj zakupionej mandze. Czyli, że ten zielonowłosy przykurcz z mangi to niby on?
Zerknął w stronę drzwi, kiedy te otworzyły się delikatnie. Widział kto przez nie wejdzie i nie pomylił się. John. Rozmawiał z kimś przez telefon. Telefon… no tak. Musi podładować baterię w swoim. Jeżeli ta laska znowu ma zamiar dzisiaj przyjść do ich pokoju na noc nie ma zamiaru słuchać tego co będą wyczyniać w łóżku. Na takie dni zakładał słuchawki na uszy i się wyłączał. Oczywiście nie miał obowiązku wychodzić z pokoju, jak i gasić światła. Dość często robił lekcje, grał na kompie, czytał, uczył się albo kąpał kiedy oni bzykali się na łóżku ciemnowłosego. Nie słuchał ich, ale widział. Raz chłopak zapytał się go czy nie mógłby wychodzić na ten czas z pokoju. Powiedział mu, że nie będzie każdej nocy spędzać gdzieś schowany przed opiekunami, bo temu chce się jebać. I tak w ogóle na swojej połowie pokoju mógł robić co chce. A tamten niech robi sobie co chce. Byleby nie przekraczał granic.
- Żabol.- Usłyszał głos dobiegający z drugiej strony pokoju. Drgnął. On się do niego odezwał. Znowu. Nie podniósł na niego wzroku tylko przerzucił kartkę dalej.
- No?
- Co to jest?- Zapytał. Znał ten ton głosu. Zdenerwowanie. Zerknął na niego. Stał przy stoliku, na którym coś położył. Zerknął w tamtą stronę. John stał w miejscu oczekując jego odpowiedzi- poprawił tylko okulary. I tyle było z jego ruchliwości jaką przeważnie okazywał na boisku szkolnym. Didier wypuścił głośno powietrze z płuc, zamknął mangę i wstał ze swojego łóżka. Podszedł do stolika, na którym leżała jakaś biała kartka. Sięgnął po nią i odwrócił.
Zamarł.
Skąd on zdobył to zdjęcie?! Wyprostował się z owym kawałkiem papieru w ręku i przyglądał mu się uważnie. Musi kłamać. Przecież nie powie mu co oni robili na tym koncercie… Zacisnął palce na kartce po czym syknął głośno, kiedy to palce niebieskowłosego zacisnęły się na jego ręce.
- Nawet o tym nie myśl.- Warknął i wyrwał mu kartkę z dłoni. Rzucił ją na swoje łóżko. Jego terytorium, jego rzeczy.
- Po prostu to wyjeb.- Didier odwrócił się w stronę swojego łóżka i wrócił na nie. Usiał na nim wygodnie i spojrzał w oczy chłopaka.- To mało istotna przeszłość. Powinieneś się skupić na odzyskiwaniu bardziej wartościowych wspomnień, a nie takiego gówna.
- Nie ty mi będziesz mówił co jest bardziej wartościowe, a co nie!
- Nie unoś się tak, bo znowu boleści dostaniesz.
- Kurwa, Didier! Ja się pytam co to jest?!- Wrzasnął chłopak. Francuz drgnął, kiedy z ust chłopaka padło jego imię. Coś go ścisnęło w dołku. Nie mógł się poddać. Przecież nie powie mu wszystkiego co tamten chciał wiedzieć tylko dlatego, że ten pierwszy raz od kilku miesięcy powiedział jego imię. Nie może mu nic powiedzieć. Obiecał jego rodzicom i lekarzowi. Jeżeli by to zrobił natłok wiadomości mógłby zabić tego wysokiego okularnika, a Francuz nie był mordercą.
- Kawałek papieru.- Odparł obojętnie. Nie zdoła wyjść z pokoju. Gdyby był tutaj Luigi
i Johen… albo chociaż ta pusta Amanda…
- No co ty kurwa nie powiesz?! A może mi wyjaśnisz jak dokładnie na jednej z przerw
w gimbazie połamałem ci palce i przez to już nigdy nie zagrasz na fortepianie?! Oraz to, że to właśnie ty nauczyłeś mnie na nim grać i namówiłeś mnie do przyjścia do tej szkoły?! Co?!- Wydał się na jasnowłosego. Chłopak zamarł oddychając głośno. Spoglądał na niego szeroko otwartymi oczyma.
Przełknął głośno ślinę patrząc w te nieustępliwe oczy. Oczy osoby, która nie odpuści.
 ******************************************************
No i co o tym myślicie? 
Pozdrawiam i zapraszam na kolejny rozdział za tydzień:)